Rowerem przez życie

Pokonał rowerem ok. pół miliona kilometrów. W 2002 r. otrzymał złotą odznakę Polskiego Związku Kolarskiego, a na 80– lecie KSZO – brązową odznakę ministerstwa sportu.
Mieszka wraz z rodziną w Szewnie, lecz jego korzenie sięgają Grzegorzowic w gminie Waśniów. Od najmłodszych lat zafascynowany jest rowerem. Pasja ta wciąż trwa, pomimo upływu lat. Czesław Gardian z rozrzewnieniem wspomina swoje starty na pierwszej kolarzówce, emocje związane z wyścigami i zwycięstwa. Dzięki rowerowi poznał wspaniałe miejsca, których nie dostrzega się przez samochodową szybę. Choć minęła mu siedemdziesiątka, na zdrowie nie narzeka i nadal jeździ rowerem ustanawiając życiowe rekordy prędkości w swojej kategorii wiekowej. Dwa lata temu na rowerze osiągnął rekordową prędkość 97 km na godzinę.
-Miałem 5 lat, jak przekładałem nogę przez ramę i jeździłem na rowerze taty. Kiedy skończyłem 9 lat, ojciec kupił mi pierwszy rower. Była to czeska „eska”.
Wtedy nikt z moich kolegów nie miał roweru. Dojeżdżałem nim do pobliskiego Kunina. Często nauczyciele wysyłali mnie po chleb do Nowej Słupi. Jako nastolatek rozpocząłem naukę w szkole zawodowej w Ostrowcu Świętokrzyskim. Nadal podróżowałem do szkoły rowerem. Tata kupił mi czeskiego „favorita”. Był to rower profesjonalny z przerzutkami, drogi jak na tamte czasy, bowiem kosztował aż 2400 zł.
Pierwsze starty
W latach 60. w wielu miastach i miasteczkach, organizowano kolarskie wyścigi. Marzyłem, aby kiedyś wystartować w takich profesjonalnych zawodach. Trenowałem w drodze do szkoły i z powrotem, pokonując trasę z Ostrowca Świętokrzyskiego do Grzegorzowic. Nie rozstawałem się z rowerem.
Największe zainteresowanie budziły pierwsze wiosenne zmagania kolarzy – 1 Maja. Start wyznaczano na Bielinach. Później zawodnicy jechali do Nietuliska i wracali do Ostrowca Świętokrzyskiego. Tego dnia w lasku na Bielinach odbywał się festyn. Przychodziło tam mnóstwo ludzi.
-Postanowiłem w nim wystartować. Był to mój pierwszy wyścig i pierwsze zwycięstwo. Wtedy nie wszyscy mieli rowery z przerzutkami i specjalna komisja zabezpieczała manetki plastrem, aby wszyscy mieli równe szanse. Nie można było ich używać. Na mecie ta sama komisja sprawdzała nienaruszalność zabezpieczonych przerzutek. Później startowałem w jednodniówkach w Nisku i Iwaniskach.  W tym czasie powstawały sekcje kolarskie Ludowych Zespołów Sportowych. Taka sekcja kolarska działała w Bodzechowie, jednak ja zapisałem się do LZS w Starachowicach.
Najlepszy kolarz Starachowic
LZS Starachowice organizował wyścigi ogólnopolskie, co stwarzało szansę młodym kolarzom. Na jednym z takich wyścigów pan Czesław zdobył puchar i tytuł najlepszego kolarza Starachowic.
-Wtedy miałem przyjemność ścigać się z Ryszardem Szurkowskim. Z LZS –u wywodzili się też tacy kolarze jak Mytnik czy Szozda. Później przyszedł czas na wojsko. Trafiłem do marynarki wojennej. Ale zamiast pływać na okrętach, ścigałem się na rowerze w klubie z Gdyni. Do dziś zastanawiam się, jak to się stało, że właśnie tam trafiłem do wojska. To nie był przypadek. Myślę, że wychwycono mnie ze Starachowic. Otrzymałem szansę ścigania się w ogólnopolskich wyścigach.  Wtedy zmaganiom kolarzy towarzyszyły ogromne emocje. Na trasach gromadziły się tłumy.
Kiedy ścigał się pan Czesław, nie było zapasowych rowerów, a za kolarzami nie jechał wóz serwisowy. Samemu trzeba było zadbać o kask, rękawice, potrzebne części i poradzić sobie z defektem roweru na trasie.
-Podczas jednego z etapów kolega z mojej ekipy, wyżej klasyfikowany w wyścigu, miał defekt. Bez chwili zastanowienia oddałem mu swój rower, a wziąłem jego. Naprawiłem go i ukończyłem etap. Byłem bardzo zaskoczony, kiedy podczas rozdawania pucharów wyczytano moje nazwisko. Otrzymałem wtedy tytuł „Kolarza fair play”, a w nagrodę dostałem dwie koszule non -iron. -I tak już zostało. Zająłem się naprawą rowerów. Jeździłem w wyścigach z walizeczką, w której miałem taki mini warsztat. Kiedy coś kolegom się psuło, rozkładałem walizkę i brałem się do pracy.
Mistrzostwo Polski i nagroda po 50 latach
Po odbyciu służby wojskowej pan Czesław wrócił do Ostrowca Świętokrzyskiego. Założył rodzinę. Podjął pracę w Ostrowieckim Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego.
-Tak się jednak złożyło, że firma ta budowała bloki w Starachowicach. Wróciłem więc do dawnego klubu. W 1967 r. wziąłem udział w zgrupowaniu w Radomiu i wystartowałem z trzema kolegami: Zdzisławem Topolskim, Zbigniewem Dziórdżem i nieżyjącym już Andrzejem Jurkowskim w drużynowym wyścigu o Mistrzostwo Polski, reprezentując LZS Starachowice. Ścigaliśmy się z liderem, aktualnym Mistrzem Polski, z drużyną z Wrocławia. I wygraliśmy! Jednak nie otrzymaliśmy żadnej nagrody. Mistrzowskie koszulki wręczono nam uroczyście dopiero teraz po 50 latach.
Był taki okres w życia pan Czesława, gdy z tras kolarskich przeniósł się na ring. Star Starachowice walczył bowiem o II ligę i szukano pilnie zawodnika wagi ciężkiej.
-Koledzy namówili mnie na boksowanie. Trenował mnie Jan Król. W 1968 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim zdobyłem wicemistrza okręgu. Boksowałem również przez rok w Stali Mielec. Jednak z każdą walką uświadamiałem sobie skutki zdrowotne, z jakimi wiąże się uprawianie boksu. Miałem przecież rodzinę. Z żoną Henią wychowywaliśmy córki: Annę, Małgorzatę i Dominikę. Zająłem się więc usługami remontowo –budowlanymi. Wkrótce pojechałem na kontrakt na Bliski Wschód do jednego państw arabskich.
Mistrzostwa seniorów i pielgrzymki
Po latach pan Czesław wrócił do jazdy na rowerze. Traktuje ją jako dobry sposób na spędzanie wolnego czasu na emeryturze. Startuje też w corocznych mistrzostwach kraju Master Open.
-W 1988 r. mój przyjaciel, Włodek Rezner zorganizował Mistrzostwa Polski. W grupie wiekowej 35 lat zdobyłem V miejsce. Byłem zaskoczony. Co roku uczestniczę w tych wyścigach, zajmując różne lokaty. Co roku uczestniczę także w Wyścigu im. Andrzeja Imosy. We wrześniu w Solcu Zdroju w kategorii 70+ zdobyłem II miejsce. Od 2012 r. jeżdżę po Polsce na rowerowe pielgrzymki, organizowane przez diecezję sandomierską. Byliśmy w Świętej Lipce, Wambierzycach, Wilnie, Sierkierkach nad Odrą. W tym roku pielgrzymka przebiegała pod hasłem: Madonny Wschodniego Pogranicza. Jeżdżę najczęściej jako wolontariusz i pomagam przy rozmaitych awariach rowerowych. Współpracowałem także z sekcją ks. Zbigniewa Kurasa, niegdyś proboszcza parafii w Grzegorzowicach. Kamil i Piotr Zielińscy są jego wychowankami. Mam więc komu kibicować i pomagać.
A.Mroczek, K.Florys

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *