Mateusz Masternak: „Pięściarze KSZO są szczęściarzami…”

-Mateuszu, twoje wspólne treningi z pięściarzami KSZO, to już można rzec tradycja…

DSC_7161
-Zawsze cieszę się z przyjazdu do Ostrowca – mówi Mateusz Masternak, wychowanek KSZO, a dziś zawodowy bokser, który z naszymi zawodnikami przeprowadził charytatywny trening. -Pięściarze KSZO są szczęściarzami, bo mają znakomite warunki do treningów. Wiem, co mówię, bo trenowałem już w wielu miastach Polski i Niemiec. Niewiele klubów, jak KSZO ma ring na podwyższeniu. Mój jeszcze do niedawna trener Ulli Wegner zawsze podkreślał, że ring musi być chociażby na 20-centymetrowym podwyższeniu, bo powoduje to, że ten, kto wchodzi między liny, zawsze odczuwa większe emocje i jest świadomy, że wszyscy na niego patrzą. Ma to pozytywny wpływ na psychikę pięściarza.
-Mówisz, że nasze społeczeństwo znów zaczyna się znać na boksie tak, jak wtedy, gdy mistrzami pięści byli Drogosz, Pietrzykowski, Szczepański. Dlaczego tak się dzieje?
-Fani sportu, przy tej mieszaninie walk i swoistej szopce sportowej, zaczęli patrzeć znów na boks, jak na szermierkę na pięści. Wraca to poczucie wartości boksu, jako dyscypliny sportowej, która cieszy się takim uznaniem niezmiennie w USA, czy za sprawą braci Kliczków na Ukrainie. Mają coraz bardziej dość celebrytów wychodzących walczyć do klatki. Ta szopka nie ma nic wspólnego ze sportem i jego promocją. Młodzieży warto dawać dobre wzorce. Dlatego wierzę, że takie wspólne treningi z młodymi adeptami pięściarstwa temu właśnie służą i są cegiełką w budowie drogi do kolejnej, złotej ery polskiego boksu.
-Nie tak dawno zakończyłeś współpracę z niemiecką grupą Sauerland Event. Teraz otwierasz nowy rozdział w swojej karierze sportowej? Jaką lekcję wyniosłeś z niemieckiej i jakbyś ją porównał do polskiej szkoły boksu?
-Tak polska, jak i niemiecka szkoła boksu mają swoje plusy i minusy. Uważam, że nasza szkoła boksu jest lepsza, bardziej rozwinięta, ale brakuje jej konsekwencji i obrony. Często nasi trenerzy uczą zawodników wszystkiego, a Niemcy opierają wszystko na szczelnej gardzie i ciosach prostych. W efekcie polscy bokserzy z większym stażem zawodniczym są bardziej porozbijani. Kiedyś mówiono, że lepiej przyjąć jeden mocny cios i być znokautowanym, niż być solidnie obijanym przez 10 rund. Okazuje się, że jest zupełnie inaczej. Jedno, mocne uderzenie potrafi nas zwalić z nóg, zniszczyć. Dlatego warto trzymać wysoko gardę, bo wtedy zawsze uda nam się amortyzować uderzenia rywala. Niemieccy pięściarze, mający nawet ponad 300 walk na koncie, poza porozbijanymi łukami brwiowymi nie mają kłopotów neurologicznych, np. z wysławianiem się. U polskich pięściarzy takie kłopoty występują częściej. Warto byłoby chyba połączyć polską z niemiecką szkołą boksu, choć z kolei jak mamy dobrą gardę, to trudno dbać nam o nogi, a z kolei jak mamy dobre nogi, to trudno utrzymać gardę. To dla mnie, jako przyszłego, potencjalnego trenera wyzwanie, bo chciałbym, aby moi zawodnicy wygrywali, ale byli też zdrowi, by boks był dalej sportem i pozwalał normalnie funkcjonować po zakończeniu kariery. Chyba jednak warto większą uwagę przykładać do obrony, co jest najsłabszym ogniwem polskiego boksu. Technika, praca nóg, wyczucie dystansu – tak, w tym jesteśmy mistrzami.
-Wróciłeś do treningów z Andrzejem Gmitrukiem, który przygotowuje cię teraz do kolejnych walk. Na co zwraca uwagę na zajęciach?
-Trener Gmitruk, który mnie ukształtował, był zaskoczony, że niemieccy szkoleniowcy nie zmienili mojego stylu walki. Okazało się, że mam zupełnie inne predyspozycje sportowe. Dziś wiem, że obrona to element walki, który stawiam ponad wszystko. Z Gmitrukiem współpracuje się nam, jak za dawnych walk.
-Podkreślasz, że nie stać cię już na walki o nic. Chcesz walczyć o wszystko. 24 czerwca w hali Ergo Arena stoczysz kolejną walkę, tym razem z Ukraińcem, Ismajiłem Siłłachem. Jak oceniasz swojego rywala?
-No właśnie, to walka zgodna z moimi obecnymi założeniami. Ukraiński pięściarz na arenie amatorskiej zdobywał medale na mistrzostwach Europy i świata i ma dobry rekord. Mój ostatni rywal, Rosjanin Aleksander Kubicz, okazał się owszem solidny, niewygodny, obdarzony silnym ciosem, ale miał jedynie 10 walk na koncie. Odbiór społeczny takiej walki nie okazał się dobry, bo kibice chcieliby, aby mniej znanego rywala posadził na deski w pierwszych rundach. Tymczasem mnie lepiej walczyło się z Tony Bellewem, który ostatnio pokonał Davida Haye. Nie postawiłbym też większych pieniędzy na to, że Haye dałby mi lepszą walkę, niż Kubicz, choć w zawodowym boksie jest wielką gwiazdą. Jest tak, że zarówno pięściarz setny, jak i pierwszy w rankingu obaj mają dwie ręce. I z tym, i z tym, możesz wygrać i przegrać.
-29 kwietnia Władimir Kliczko zmierzy się z Anthonym Joshuą. Ta walka elektryzuje światowy boks. Kto, twoim zdaniem, wygra?
-Myślę, że Joshua, i to prawdopodobnie przez nokaut, bo jest młody, ambitny, na fali. Ma też doskonałe warunki fi zyczne. Jest też biznesmanem i profesjonalistą, który w pełni żyje z boksu. Kliczko natomiast nigdy nie miał takiego charakteru, tym bardziej teraz, kiedy ma 41 lat.
-No właśnie, co sądzisz o pięściarzach, którzy po czterdziestce jeszcze walczą?
-Bernard Hopkins zarzekał się, że nie będzie walczył po czterdziestce,  ale pewnego ranka wstał, umył kilka swoich porsche, wysprzątał garaż, wrócił na obiad, a później postanowił, że będzie przygotowywał się do kolejnej walki. Miał 52 lata i jeszcze boksował. W życiu szybko trzeba znajdować sobie pasje. Ja chcę w przyszłości trenować młodzież. Na pewno bardziej będę się cieszył z sukcesów mojego podopiecznego, niż własnego. Taki już jestem. Zamierzam na swojej posesji wybudować prywatną salę treningową. Chcę być trenerem. Mam całe zeszyty rozpisanych treningów. Wielu z zawodników nawet nie wie, skąd na konto płyną mu pieniądze, nie mają pomysłu na życie i dlatego po czterdziestce wracają na ring, narażając się na ryzyko utraty zdrowia. Chcę skończyć z boksem w wieku 35-36 lat.
-Dziękuję za rozmowę.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *