Etos kupieckiego zawodu. Tradycje kultywowane w rodzinie Kaczmarskich (zdjęcia)

Rodzina Kaczmarskich należy do grona znanych i cenionych ostrowieckich rodów kupieckich.
Tradycje zapoczątkował senior Stanisław, który przed wojną zajmował się skupem żywca. W czasie wojny walczył w partyzantce. Schwytany przez Niemców 1 listopada 1943 roku został rozstrzelany na ulicy Sandomierskiej w Ostrowcu.
Gen przedsiębiorczości

Wojciech Kaczmarski z żoną Krystyną i wnukiem
Wojciech Kaczmarski z żoną Krystyną i wnukiem

-Tata był najstarszym dzieckiem i z dnia na dzień w wieku 22 lat został głową rodziny – wpomina Wojciech Kaczmarski. Zaopiekował się matką i czworgiem rodzeństwa. Do wojska nie poszedł, bowiem lekarze w czasie komisji stwierdzili u niego płaskostopie. W trudnych powojennych latach, musiał w pierwszym rzędzie wyżywić dość liczną przecież rodzinę, dlatego kontynuował działalność swojego ojca. Skupował żywiec, który następnie sprzedawał m.in. na Śląsku. Wtedy region ten był przysłowiową studnią bez dna.
W 1947 roku Kaczmarscy przenieśli się z Denkowa do Ostrowca, gdzie łatwiej było prowadzić działalność handlową. Kupili wtedy dom przy ulicy Daszyńskiego, dzisiejszej Żabiej 14, gdzie zamieszkali. Później ojciec pana Wojciecha kupił jeszcze kawałek ziemi przy ulicy Opatowskiej i pożydowską działkę, tzw. plombę, przy ulicy Okólnej 8, gdzie w 1956 roku ukończył budowę kamienicy.
-Miałem wtedy 5 lat, ale zapamiętałem tę budowę – dodaje p.Wojciech. Ojciec doskonale radził sobie ze wszystkimi problemami. Z satysfakcją muszę przyznać, że odziedziczyłem po nim wiele cech charakteru, w tym łatwość do nauki, upór w dążeniu do celu i chyba przedsiębiorczość. Poza tym, wszyscy, myślę także o bracie i siostrze, bardzo dobrze uczyliśmy się, a ponieważ wtedy wartością była wiedza, więc rodzice postanowili nas wszystkich wykształcić i zapewnić nam odpowiedni start życiowy.

Rodzina córki Joli w komplecie, obok niej jej dwaj synowie Mateusz i Jan, z lewej – mąż Tomasz Sala (też ostrowiak), poniżej najmłodszy, 6.letni Maksymilian
Rodzina córki Joli w komplecie, obok niej jej dwaj synowie
Mateusz i Jan, z lewej – mąż Tomasz Sala (też ostrowiak),
poniżej najmłodszy, 6.letni Maksymilian

Wtedy dzieciom z rodzin rolniczych łatwiej się było dostać na studia. Mogły liczyć na dodatkowe punkty, choć w moim przypadku nie były one potrzebne Po ukończeniu liceum im. Chreptowicza Wojciech Kaczmarski jako 17-latek dostał się na Wydział Elektryczny Politechniki Warszawskiej. Należała ona do najbardziej cenionych i prestiżowych uczelni technicznych w kraju. Jego rodzeństwo też miało umysły ścisłe. Starszy brat studiował na politechnice i pracował w ostrowieckiej hucie. Z kolei siostra ukończyła matematykę i jako informatyk całe swoje życie zawodowe przepracowała w Telekomunikacji Polskiej.
Ziemia obiecana
Po zakończeniu studiów pan Wojtek przez blisko 6 lat pracował w Warszawie. Jako absolwent państwowej uczelni musiał odpracować co najmniej 3 lata. A ponieważ żona Krystyna, którą poznał w Warszawie, jeszcze studiowała, więc w sumie dobrze się młodemu małżeństwu ułożyło.
-Trafiłem do Warszawskiej Fabryki Pomp. Po stażu pracowałem jako mistrz energetyk, ale krótko. Niebawem otrzymałem propozycję pracy na stanowisku główny energetyk w Warszawskiej Fabryce Platerów.
O powrocie do Ostrowca wtedy nie myślał. Postanowił pojechać w świat i zarobić na realizację własnych planów. Cały czas myślał o własnym lub rodzinnym biznesie. Jako student jeździł w wakacje do Szwecji. Pieniędzy zarobionych podczas dorywczej, kilkutygodniowej pracy starczało mu na własne wydatki w Warszawie.
-Cały czas myślałem o Ameryce – kontynuuje swe wspomnienia. Wtedy bez zaproszenia nie można się było starać o wizę i wyjazd. Zaproszenie przysłał mi kolega ze studiów, który kilka lat wcześniej „poleciał” za ocean. Wtedy z roku na rok sytuacja w kraju pogarszała się. Z pensji nie można było nic odłożyć. Mieliśmy dwoje dzieci. Gdy emigrowałem, miałem 30 lat. Bez problemu znalazłem pracę w fabryce produkującej blachy i akcesoria aluminiowe. Potrafiłem komunikować się w języku angielskim, w liceum uczyłem się przecież w klasie z językiem angielskim. Zaklimatyzowałem się w nowym miejscu i powoli oswajałem się z myślą, że sprowadzę rodzinę i w USA spędzimy resztę życia. Tak by się prawdopodobnie stało, gdyby nie stan wojenny. Nagle pojawiły się obostrzenia w wydaniu paszportów. Żona co prawda miała wizę, ale nie mogła odebrać paszportu. Zmuszony byłem zmienić plany i w 1983 roku w końcówce stanu wojennego wróciłem do kraju i do rodziny.
Od ogórków do futer i jeansu
W tym czasie żona p. Wojciecha, Krystyna, która ukończyła niezwykle trudny kierunek na Politechnice Warszawskiej – Wydział Mechaniki Precyzyjnej, mechanikę precyzyjną, pracowała i mieszkała z dziećmi w Warszawie. Jednak po powrocie męża postanowili, że trzeba wrócić do Ostrowca. Bo to miasto bezpieczne i łatwiejsze do życia.
-Żona jakiś czas pozostawała jeszcze z dziećmi w Warszawie, a ja tuż po powrocie do kraju zabrałem się za budowę domu przy ulicy Bławatnej w Ostrowcu Św. – kontynuował nasz rozmówca. Wprowadziliśmy się do niego w 1985 roku. Uznałem, że najlepszym z kilku pomysłów na dalsze życie, będzie działalność handlowa, którą zapoczątkował ojciec. Można więc powiedzieć, że wróciłem na swoje włości. W tamtym czasie rodzinna firma funkcjonowała przyzwoicie. Na własnych polach uprawialiśmy warzywa, a w sadzie owoce, które sprzedawaliśmy we własnym warzywniaku. Ojciec specjalizował się w kwaszeniu ogórków i kapusty, które wysyłał także na eksport. Jako student w wakacje pomagałem rodzicom w gospodarstwie, wiedziałem więc jaka to praca.Wspólnie z bratem przejęliśmy po ojcu pałeczkę.
Strzał w ”dziesiątkę”
W życiu nic nie trwa wiecznie. Tak też było z rodzinną spółką. Po latach prosperity nadszedł trudniejszy okres. Handel warzywami nie był już w stanie „ utrzymać” dwóch rodzin.
-Po trzech latach wspólnej pracy zmuszony byłem zostawić warzywniak bratu. On się na tym lepiej znał – przyznaje po latach pan Wojciech. Zacząłem szukać nowej branży. Koniec lat 80. i początek lat 90. był dobrym okresem dla rozwoju przedsiębiorczości. W Ostrowcu nie było sklepu skórzanego z prawdziwego zdarzenia. Zdecydowałem się więc na jego otwarcie. Była wtedy już dość liczna grupa osób, które były zainteresowane towarami z górnej pólki. Aby zwiększyć dostępność tych towarów dla wszystkich klientów, wprowadziłem wspólnie ze Zdzisławem Szostakiem, dyrektorem Banku Spółdzielczego, jako pierwsi w kraju sprzedaż ratalną odzieży. Wkrótce okazało się, że to bardzo dobre rozwiązanie. Na tym jednak nie poprzestawałem. Zgłosiłem się do nowo otwartego w Warszawie przedstawicielstwa firmy Wrangler i Lee – najpopularniejszych na świecie marek odzieży jeansowej. Te towary były wówczas dostępne w sklepach PEWEX oraz na bazarach w Warszawie. Wkrótce stałem się czwartym w kraju przedstawicielem tej firmy, po Warszawie, Krakowie i Poznaniu.

Syn Piotr z żoną Katarzyną
Syn Piotr z żoną Katarzyną

To był przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Towary te cieszyły się w naszym mieście dużym popytem. W sklepie przy ulicy Okólnej zawsze był ruch. Spodnie, kurtki jeansowe, kupowali zarówno młodzi, jak i pokolenie, którego młodość przypadała na lata 70 i 80-te poprzedniego wieku.
Przeprowadzka do Galerii
Wojciech Kaczmarski nie kryje dziś tego, że był jednym z przeciwników budowy „Galerii”. Obawiał się ograniczenia handlu w centrum miasta i upadku mniejszych placówek handlowych. Ostrowieckim kupcom nie udało się jednak „zablokować” tej inwestycji i przeforsować swojej propozycji, budowy centrum handlowego z udziałem rodzimego kapitału.
Ostrowieccy kupcy zamierzali stworzyć w rejonie ulic 3 Maja, Kilińskiego i Focha centrum administarcyjno-handlowe. Ówczesny architekt miejski Andrzej Papierz przygotował projekt urbanistyczny zabudowy tej części miasta. Planowano tam budowę dwupiętrowych stylowych kamieniczek. W części parterowej miały być sklepy, zaś na piętrze lokale usługowe, biura, galerie itp. Nie wiedzieć dlaczego, gmina nagle wycofała się ze współpracy. Miasteczko zostało tylko na papierze, a szkoda, bo idealnie komponowało się z zabudową i tradycjami gospodarczymi dolnej części miasta.
-Wiedziałem, że przeprowadzka do Galerii jest nieuchronna – podkreślał nasz rozmówca. Właściciele tej firmy zaproponowali warunki współpracy. Podpisaliśmy pierwszą umowę, przedłużając ją do 2018 r. Otworzyłem w Galerii cztery sklepy, m.in. z wyrobami skórzanymi, dżinsowymi. Jednak te sklepy przestały być opłacalne. Dochodowa okazała się jedynie sprzedaż damskiej bielizny firmy Triumph. Po pięciu latach przetrwała tylko ta placówka. Umowa na wynajem tego stoiska kończy mi się za rok.
Bez następców
Pan Wojciech chce jeszcze dopracować do końca 2018 r. Co będzie dalej robił?

Dzieci syna Piotra - 10.letnia Marysia i 12.letni Mikołaj
Dzieci syna Piotra –
10.letnia Marysia i 12.letni Mikołaj

-Nie mam konkretnego planu – przyznaje. Na pewno muszę trochę zwolnić tempo pracy, zadbać o zdrowie, po przebytym niedawno zawale. Dużo więcej czasu poświęcam teraz dzieciom i wnukom. Częściej przebywam w Warszawie, dokąd wyjechała żona, aby pomagać w wychowaniu wnuka. Jeżdżę do stolicy, aby doglądać budowy domu syna. Jestem człowiekiem spełnionym. Wychowaliśmy dwójkę dzieci. Córka Jolanta, choć ma ścisły umysł, pewnie odziedziczony po rodzicach, dodaje z uśmiechem pan Wojciech, skończyła dwa fakultety, ale o kierunku humanistycznym: dziennikarstwo na Politologii i prawo. Pracuje jednak jako prawnik. Natomiast syn studiował bankowość na SGH. Kierunek studiów, którego nie było w kraju, ukończył w Szwecji. Obecnie jest dyrektorem w centrali jednego z banków w Warszawie. Chciałbym też pochwalić się swoimi wnukami. Mam ich pięcioro. Najstarszy, Mateusz, jest na ostatnim roku medycyny. Drugi, to Jan, tegoroczny maturzysta.
Też wybiera się na medycynę. Trzeci, Maksymilian ma sześć lat. Zdał pierwszy w życiu egzamin do „super szkoły” w Warszawie. Jako jedyny ze 128 kandydatów bezbłęnie rozwiązał wszystkie zadania mimo, iż był najmłodszy ze wszystkich kandydatów. Dwunastoletni Mikołaj ma piłkarski talent, zaś 1o.letnia wnuczka Marysia, talent do tańca. Uczy się go w szkole Augustina Egurroli, znanego tancerza i choreografa. Choć wszystko wskazuje na to, że nie będę miał następcy w kupieckim zawodzie, to i tak  jestem dumny ze swych dzieci i wnuków. Każde z nich pracowitością i wytrwałością osiągnęło swój życiowy sukces. To dla mnie olbrzymia radość i satysfakcja.
Danuta Moskalik
Krzysztof Florys

Print Friendly, PDF & Email

One thought on “Etos kupieckiego zawodu. Tradycje kultywowane w rodzinie Kaczmarskich (zdjęcia)

  • 22 czerwca 2017 at 14:29
    Permalink

    Jedynym warunkiem handlowego prosperity jest dostosowanie cen sprzedaży do realiów konkretnego miejsca sprzedaży.Amen.
    Kto tego nie chce przyjąć,ZAWSZE, poniesie porażkę…

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *