Z ukosa. Ratunek, czy kolejne, pozorowane posunięcie?

Dwudziestoletnia historia SM „Hutnik” zatoczyła koło.
Los kilku tysięcy mieszkańców, jak był tak i nadal jest w rękach wierzycieli upadłej Huty „Ostrowiec”, czytaj: w rękach syndyka! Sądu. Zarządu, od lat tego samego, który odpowiada za bankructwo spółdzielni.
Mieszkańcy Hutnika, niewiele rozumieją z sytuacji, w jakiej się znajdują. Mają nieustającą nadzieję, że jakoś to będzie. Otóż nie będzie! Musi być ktoś lub coś, co zmusi syndyka, formalnie zaś wierzycieli upadłej huty, do odstąpienia od roszczeń. To z wielu względów dawno powinno się stać, choćby etycznych i moralnych. Trzymając się literalnie prawa sytuację można przedłużać w nieskończoność, a dług zamiast maleć, będzie rosnąć.
Dowodem na to, że syndyk nie odpuści, było we wrześniu ubiegłego roku wejście komornika do spółdzielni i zajęcie jej konta. W efekcie kosztem miasta, kosztem miejskich spółek syndyk odzyskał kilka milionów zł, czym zubożył kasę miejską o taką właśnie sumę. MEC i MWiK zasponsorowały na kilka milionów złotych mieszkańców SM i w nawiasy rzecz ujmując, syndyka. A dług spółdzielni wzrósł o kolejnych kilka milionów zł.
Sprawa spółdzielców „Hutnika” staje się powoli sprawą wszystkich mieszkańców gminy Ostrowiec. Krzyk rozpoczął się dopiero, gdy w tym sezonie grzewczym miasto powiedziało nie. Przestało ogrzewać spółdzielcze bloki. We wrześniu ciepło nie popłynęło do spółdzielczych mieszkań. Rodzi się pytanie: dlaczego władze spółdzielni, pełniący obowiązki prezes wiedząc, że zbliża się ostateczny termin spłaty długu wobec huty nie doprowadziły do indywidualnego rozliczania się każdego spółdzielcy ze spółkami miejskimi? Prosta sprawa. Pieniądze dostawałyby spółki miejskie, a nie zabierał komornik. Pytanie retoryczne i jedno z wielu, jakie chciałoby się zadać pełniącemu obowiązki prezesa, który przez lata był w zarządzie spółdzielni, przedniemu prezesowi dziś także pracownikowi spółdzielni, zarządowi. To pod ich wieloletnim zarządem spółdzielnia stała się bankrutem. Kolejne kuriozum. Znajdująca się w tak tragicznym stanie spółdzielnia od kilkunastu miesięcy formalnie nie ma prezesa, a tylko „po” prezesa.
Kolejny niby przełam. Nie ma już komornika, do domów płynie ciepło, a spółdzielnia „Hutnik”, postanowieniem Sądu Okręgowego w Kielcach od 3 października tego roku, objęta zostaje otwartym postępowaniem sanacyjnym. Jest zarządca, jest sędzia komisarz. Wspaniale, tylko że… – Spółdzielnia ma obowiązek regulowania wszystkich bieżących należności. Musi także zawrzeć ugodę z wierzycielami, co pozwoli wszystkim wierzycielom na uzyskanie zaspokojenia roszczeń. Zatem, kto liczy na to, że dług spółdzielni, sięgający blisko 16 mln zł, zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, może się słono przeliczyć. A skąd na to pieniądze? Źródło jest jedno. Kieszeń mieszkańców hutniczych osiedli.
Jest i druga strona medalu – wstydliwa, jakby ukrywana. Dziewięć milionów złotych, jakie nie wpłynęły do kasy spółdzielni od samych mieszkańców. Historia zatoczyła koło. Żaden z ważnych problemów, generujących obecny dramat SM „Hutnik”, nie został rozwiązany. Jest szesnastomilionowy dług, taki jak był od początku lat dziewięćdziesiątych i są siejące dziewięć milionów złotych zaległości czynszowe nieuczciwych spółdzielców. Niezły węzeł gordyjski. Mętna woda, która pozwala na to, że uczciwi słono płacą i płacić będą ze swojej kieszeni za cudze błędy, niedopatrzenia, wielką niegospodarność, złą wolę. A ich słabą stroną jest to, że nie bardzo wiedzą, jak się bronić i kogo obwiniać za to, co się dzieje. Smutne jest to, że polskie prawo pozwala na tak rażącą niesprawiedliwość. Na to, że spółdzielnie mieszkaniowe to jedna wielka patologia. Pomnik dla tego, kto rozwiąże problem i stanie po stronie ludzi, okradanych w majestacie prawa. 

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *