Gdy zrywa się wiatr, ręce mam mokre…

Choć od pamiętnej trąby powietrznej, jaka przeszła nad Sarnówkiem Dużym, minęło ponad dwa i pół roku, nadal część mieszkańców walczy o odszkodowania z firmami, w których ubezpieczyli swoje domy.
Większość mieszkańców Sarnówka Dużego twierdzi, że nie da się zapomnieć tego zdarzenia. Przeżyli chwile grozy, które do tej pory znali tylko z programów telewizyjnych, w których łowcy burz i tornad prezentowali te rzadkie zdarzenia atmosferyczne.
Nic nie zapowiadało, że dzień 23 lipca 2015 r. mieszkańcy wsi zapamiętają na całe życie. Dominika Kiszka tego dnia była w domu zajęta przygotowaniem do wyjazdu. Nazajutrz wraz z mężem i córką mieli jechać na wakacyjny wypoczynek. Akurat była w pokoju na górze piętrowego budynku. Stanęła z dzieckiem przy oknie, gdy usłyszała huk, trzask łamanego materiału. Chwilę później nastąpiło coś, o czym do tej pory nie może zapomnieć. Nastąpiła dziwna cisza. Chciała odejść od okna i położyć dziecko na łóżku, ale jakieś tajemnicze siły nie pozwalały jej się ruszyć. Nie mogła ruszyć ani ręką, ani nogą. Nie docierały do niej żadne odgłosy z zewnątrz. Wszystko trwało 2 minuty. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że nad Sarnówkiem przeszła trąba powietrzna. Na odcinku kilkuset metrów zniszczyła domy i zabudowania gospodarcze, wyrwała słupy elektryczne, drzewa, położyła ogrodzenia. Gdy nagle wszystko ucichło, wyjrzała przez okno, na podwórzu leżał dach jej domu i część jednej ze ścian bocznych.

wiatr
-Strażak, któremu później opowiedziałam, w jakiej znalazłam się sytuacji, wyjaśnił mi, że znalazłam się w tzw. próżnociągu i miałam ogromne szczęście, że trąba nie „wyrwała” mnie razem z dachem – wspomina pani Dominika. Do dzisiaj, gdy zrywa się większy wiatr, mam mokre ręce i serce bije mi szybciej. Przeżywam także bardzo wichury w Polsce, a ja widzę zniszczenia jedynie w telewizji. Z niepokojem patrzę również na tegoroczną zimę. Pogoda jest niepewna. Boję się, że latem będzie równie nieprzewidywalna. W Sarnówku pojawiły się pojazdy strażackie i specjalistyczne wozy służb energetycznych. We wsi nie było światła. Powyrywane słupy leżały wzdłuż drogi. Jednostki straży pożarnej zakrywały plandekami dachy na budynkach mieszkalnych. Obawiano się kolejnej burzy i ulewy. Akcja ratunkowa i porządkowanie posesji, kontynuowana była następnego dnia.
-Nigdy wcześniej ani później nie przeżyliśmy czegoś takiego – podkreśla Władysława Ćwik, mieszkanka sąsiedniej Starej Dębowej Woli, Przewodnicząca Rady Gminy Bodzechów. –Uszkodzonych było dziesięć domów mieszkalnych i szesnaście budynków gospodarczych. Niektóre z nich, jak u państwa Kiszków, były niedawno wyremontowane. Oczywiście gmina pospieszyła z pomocą finansową. Pamiętam, że wójt apelował do lokalnych firm. Przekazały one najbardziej poszkodowanym rodzinom materiały budowlane, blachę itp. Ale to nie zrekompensowało strat materialnych. Wiem, ze niektórzy długo dochodzili po tym zdarzeniu do równowagi psychicznej. Państwo Kiszkowie stoczyli także batalię z towarzystwem ubezpieczeniowym, w którym  mieli ubezpieczony dom. Firma, w której ubezpieczony był dom, nie miała zamiaru wypłacić odszkodowania. Państwo Kiszka nie ukrywają, że bardzo duże wsparcie otrzymali od wójta gminy, Jerzego Murzyna. Nie była to tylko pomoc finansowa, ale także propozycja zamieszkania w lokalu zastępczym.
-Wójt na bieżąco prosił o informacje w sprawie odszkodowania, a gdy tylko dowiedział się, że mamy problem z ubezpieczycielem, mogliśmy skorzystać z porad prawnika w gminie – mówi pani Dominika. Trafiliśmy do kancelarii prawniczej w Lublinie. Prawnik zajął się naszą sprawą po kosztach.
Firma, w której był ubezpieczony dom państwa Kiszków, swoją odmowę wypłacenia jakiekolwiek odszkodowania tłumaczyła tym, że dach nie został pokryty zgodnie ze sztuką budowlaną.
-Poinformowałam wcześniej ubezpieczyciela, że dach będzie zmieniany na blachę – mówi pani Dominika. Pytałam, czy wiąże się to ze zmianą polisy? Agent zaznaczył tylko, że materiały użyte do pokrycia dachu nie są łatwopalne.
Małżeństwo początkowo chciało podjąć się rozmów przedsądowych. Problemem zajął się także rzecznik finansowy. Firma ubezpieczeniowa była jednak nieugięta. Sprawa trafiła do sądu. Państwo Kiszkowie są po pięciu długich rozprawach sądowych.
Pod koniec września 2017 r. Sąd Rejonowy w Ostrowcu Świętokrzyskim wydał pozytywny dla nich wyrok.
-Wyrokiem z dnia 29 września 2017 r. Sąd Rejonowy w Ostrowcu Świętokrzyskim zasądził od pozwanego Towarzystwa Ubezpieczeń i Reasekuracji na rzecz Mariusza i Dominiki Kiszków łącznie kwotę 50.454,14 zł z ustawowymi odsetkami w stosunku rocznym od dnia 1 września 2015 r. do 31 grudnia 2015 r. i odsetkami ustawowymi za opóźnienie od dnia 1 stycznia 2016 r. do dnia zapłaty oraz kwotę 8.234 zł tytułem kosztów procesu – informuje rzecznik prasowy ds. cywilnych Sądu Okręgowego w Kielcach, Monika Gądek –Tamborska. Wyrok jest nieprawomocny.
-To nas kosztowało tyle nerwów i stresu – mówi pani Dominika. Tym bardziej, że w międzyczasie dwukrotnie firma proponowała nam ugodę, po czym na sali rozpraw słyszeliśmy, że podtrzymuje swoje stanowisko. Ubezpieczyciel działa na zwłokę.
Jak mów i pani Dominika, firma ubezpieczeniowa na kilka godzin przed uprawomocnieniem się wyroku wniosła apelację do Sądu Okręgowego w Kielcach. Państwo Kiszkowie zawdzięczają wiele wójtowi, pracownikom gminy, służbom ratunkowym, a także ludziom dobrej woli. Jednak, jak przyznają, wdzięczni powinni być także ubezpieczycielowi. Niestety, ten zgotował im przedłużającą się walkę o należne pieniądze. Obecnie dom państwa Kiszków jest ubezpieczony w innej firmie. Zanim doszło do podpisania umowy ubezpieczenia, przedstawiciel firmy był na miejscu i obejrzał budynek.
J.Boleń, K.Florys

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *