Rowerem ponad chmury

Siedmiu śmiałków: Paweł Jabłczyk, Grzegorz Górnisiewicz, Paweł Kulikiewicz, Stanisław Dunin-Borkowski, Krzysztof Potocki, Łukasz Spychała oraz Michał Agatowski tegoroczne wakacje zapamięta na długo.
Zdobyli oni ukraiński szczyt Czarnohory – Pop Iwan. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale na 2022 m n.p.m. dotarli na rowerach.
To nieprzypadkowe miejsce, bowiem to właśnie tu znajduje się Obserwatorium Astronomiczno – Meteorologiczne im. Marszałka Józefa Piłsudskiego, potocznie nazywane “Białym Słoniem”, które wznieśli w 1938 r. Polacy. Było to jedno z dwóch najnowocześniejszych obserwatoriów wysokogórskich w ówczesnej Europie. Jednak już rok później, wraz z wybuchem II wojny światowej zostało zamknięte. Po jej zakończeniu tereny te zostały przejęte przez Związek Radziecki, a budynek służył jedynie jako okazjonalne schronienie dla turystów. Teraz rozpoczęły się prace, aby obiekt odbudować.


– To niejako kontynuacja naszej podróży sprzed roku, kiedy to we czterech zdobyliśmy Dach Bieszczad – mówi Stanisław Dunin Borkowski. Teraz nasza ekipa rozrosła się do siedmioosobowej, ale i tak jej trzon stanowiły osoby z Ostrowca Świętokrzyskiego. Doświadczenia sprzed roku zaprocentowały szczególnie w okresie przygotowawczym, kiedy wiedzieliśmy, że nie możemy zabrać zbyt wielu rzeczy, bo czeka nas wymagająca droga i nasze rowery wraz z ekwipunkiem muszą być lżejsze. Należało też odpowiednio przygotować rowery i do tego podróżnicy zabrali dodatkowe szprychy, zapinki do łańcucha, czy zapasowe klocki hamulcowe. Nikt nie zapomniał o zestawie uniwersalnych narzędzi, dodatkowej oponie, czy dętkach.
Uczestnicy pod wodzą logistyka całego przedsięwzięcia, Grzegorza Górnisiewicza wytyczali już od listopada minionego roku zakątki, które chcieliby odwiedzić podczas rowerowego wyjazdu na Ukrainę.
– Przeanalizowaliśmy około piętnastu wariantów, aby w końcu wybrać ten optymalny – przyznają. Naszym celem numer jeden był szczyt Pop Iwan, a wszystko inne było uzależnione od tego, jak przebiegnie nasza podróż. Wspólnie zebraliśmy się dopiero na przejściu granicznym, gdzie dojechaliśmy samochodami ze spakowanymi już rowerami. Jak dzisiaj opowiadają, stres towarzyszył od samego początku, bowiem nigdy nie wiadomo, czy wszystko udało się spakować.
Dla uczestników jednym z pierwszych wyzwań było dotarcie na samą Ukrainę z przejścia granicznego ze Słowacją, skąd pociągiem mieli dojechać w pobliże celu swej misji.
– Do stacji od granicy czekała na sześćdziesięciokilometrowa trasa – mówią. Już niemal na początku nie było łatwo. Jeden z nas złapał kapcia i trzeba było zmieniać dętkę na polu z barszczem Sosnowskiego. To nie było nic przyjemnego, ale udało się dotrzeć na miejsce niemal w ostatniej chwili, ale tutaj na stacji też czekało nas kolejne wyzwanie, bo nikt nie wiedział, gdzie ma znaleźć się pociąg, do którego musimy wsiąść.
Podróż pociągiem też nie należała do najprzyjemniejszych ze względu na panującą w nim temperaturę, a także niemożność otwarcia któregoś z okien.
– W takich warunkach spędziliśmy około siedmiu godzin, a nie dość tego pociąg po drodze się zepsuł i podstawiony został inny. Około godziny 18 termometry zamontowane na rowerach pokazywały temperaturę, bagatela 42 stopni Celsjusza. Na szczęście dotarliśmy do celu i dość szybko znaleźliśmy hotel, w którym po kilku bezsennych nocach związanych z podróżą mogliśmy się przespać – opowiadają.


Uczestnicy wyprawy ruszyli dalej w kierunku „Białego Słonia”, na szczęście tutaj wszystko przebiegło już bez przeszkód.
-Po drodze poznaliśmy rodzinę przemiłych pasterzy ze stadem krów, w którym każde zwierzę miało swój dzwonek przy szyi – mówią. Później przyszła kolej na kolejny nocleg, który spędziliśmy w dość szemranym miejscu, ale o tym cicho sza.
Wejście na szczyt Pop Iwan nie należało do najłatwiejszych i nie ma się co dziwić, że trwało dwa dni. Uczestnicy podróży pierwszy nocleg zrobili na wysokości tysiąca metrów już w swoich namiotach.
– Spałem w drewnianej budce przygotowanej z myślą o turystach, miałem świetny widok na szczyt, czyli cel naszej podróży. Do tego zachodzące i wschodzące słońce rekompensowały trudy minionego dnia. Później czekała nas jeszcze cięższa wspinaczka, olbrzymie nachylenie, las, do tego rowery trzeba było pchać albo przenosić. Nie dość tego, rozpętała się burza, a nas czekała droga po kamieniach, między którymi łatwo było o skręcenie nogi. Rozpadlina pomiędzy skałami pozwoliła nam przeczekać trudny czas. Bliżej szczytu rowery taszczyliśmy po dwóch, choć przez myśl przeszło nam nawet to, aby rozbierać je, aby łatwiej je transportować. Kiedy dotarliśmy do celu, tamtejszy „goprowiec” zrobił zdziwioną minę twierdząc, że na szczyt w tym roku jeszcze nikt z rowerami nie doszedł, a tak w ogóle, to trasę, jaką pokonaliśmy, chyba nikt nigdy z rowerami nie pokonał. Mieliśmy więc na swoim koncie jakiś sukces, no może trochę szalony.
Kolację zjedliśmy już ponad chmurami na szczycie na wysokości 2022 m n.p.m. Czasami chmury przelewały się przez nas, co dawało niesamowite przeżycia. Noc spędziliśmy na drewnianych pryczach w pomieszczeniu przy odbudowywanym obserwatorium „Biały Słoń”. Poranek, nad chmurami, był znowu dla nas wyzwaniem, bowiem jako miłośnicy fotografowania, to co zobaczyliśmy było dla nas czymś niesamowitym.

Później czekał nas znów całkiem niełatwy zjazd ze szczytu, choć po wytyczonej trasie pod nową drogę. Pół dnia ponad 40 km, ale znów widoki rekompensowały trudy. Hamulce zdawały egzaminy lub nie, jeden z nas zagotował wręcz płyn hamulcowy, sam swoich nie mogłem po tym zjeździe dotknąć, tak były gorące. Następnie siedmiu śmiałków zdecydowało się na wzięcie kilku noclegów w hotelu, aby w międzyczasie poznać okolice, a także udać się do Rumunii na tzw. „Wesoły cmentarz”, wrócić Karpatami znów na miejsce.
– Tu znów dopadła nas burza, która utrudniła powrót, bowiem wszystkie ścieżki zamieniły się w rwące potoki – dodają. Na szczęście nagraliśmy całe mnóstwo materiałów filmowych, zrobiliśmy setki, jak nie tysiące zdjęć, wiec na pewno pochwalimy się nasza wyprawą miłośnikom rowerów, których w naszym mieście nie brakuje.
Jak dziś wspominają, to kilkudniowa podróż, która z założenia miała być łatwiejsza niż przed rokiem, ale okazała się ekstremalną wyprawą z całą masą przygód, ale chyba nikt tego nie żałuje.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *