Krzysztof Ciok – epitafium

Krzysztof Ciok nie żyje. Umarł w szpitalu. Miał niespełna 60 lat. Ta smuta wiadomość obiegła Ostrowiec lotem błyskawicy i była niczym grom z jasnego nieba. Zapewne każdy, kto go znał, kto ma w domu jego obrazy lub grafiki, zatrzymał się na chwilę myślami nad kruchością życia i jego przemijaniem. Nie ulega wątpliwości, że ta śmierć jest niezwykle bolesna dla środowiska artystycznego naszego miasta.
Ból artysty jest potężniejszy od bólu zwykłego człowieka i nie łatwo go, ot tak, uśmierzyć. On przecież był niezwykle nadwrażliwy. Jeśli w życiu mu się nie wiodło, nie mógł malować. Po śmieci taty nie malował przez pół roku. Miewał też problemy w pracy. Różne przejścia życiowe łamały go psychicznie i znajdowały odzwierciedlenie w malowanych obrazach pod wielkim wpływem emocji i melancholijnego nastroju. Komfort psychiczny artysty zastępowała wielka emanacja wrażliwości emocjonalnej.
Mam w pamięci cieszącą się wielkim zainteresowaniem przed sześcioma laty, retrospektywną wystawę w Pałacu Wielopolskich, będącą podsumowaniem 35-letniego dorobku artystycznego Krzysztofa Cioka. Znalazły się na niej starannie wyselekcjonowane obrazy spośród kilkuset, które namalował, a które zaświadczały o jego artystycznych latach doświadczeń malarskich i ciągłych poszukiwaniach stylu. Wystawa stanowiła swoistą syntezę twórczości. Można było na niej zobaczyć obrazy w konwencji realistycznej, ale także impresjonistycznej, ekspresyjnej i abstrakcyjnej. Krzysztof już wówczas żyjący dość samotnie i w biedzie, w pożyczonym od kolegi garniturze, z dumą mówił, że ta kilkudziesięcioletnia wędrówka malarska pozwoliła mu wyklarować własny, osobisty styl. Nie przypuszczał chyba, że teraz, po jego śmierci, będzie przez ostrowczan chyba jeszcze bardziej rozpoznawalny… Miał jednak świadomość, że drugiej takiej wystawy w życiu już nie będzie miał…


Rozterki artysty są nie do zniesienia. Kiedykolwiek spotykaliśmy się, czy to w redakcji, czy na ulicy, Krzysztof zawsze zastanawiał się, co przez te lata twórczości zrobił? Czy stanął w miejscu, czy rozwija się twórczo, czy w dobrym kierunku podąża? Mówił, że nie chce malować ciągle tego samego, bo nawet sam Picasso miewał różne okresy w swej karierze – błękitny, różowy, kubistyczny… Niósł więc cały ten swój bagaż doświadczeń i jednocześnie starał się poszukiwać coraz to nowszych inspiracji. Te rozterki z roku na rok go zmieniały, wręcz zatracały. Chyba gdzieś tam w świadomości zdawał sobie sprawę z tego, że w jakimś wymiarze zbliża się w ten sposób w objęcia Tanatosa.
Pozostawił nam po sobie wiele, nie boję się tej opinii, wybitnych dzieł. Zaliczyć do nich można bez wątpienia obraz „Ostrowieckie schodki”, czy też duży, abstrakcyjny obraz „Kazimierz Dolny” oraz impresję kazimierską „W zieleniach”. Jestem przekonany, że przez lata będą synonimem twórczości Krzysztofa zarówno dla odbiorców sztuki, jak i jej krytyków.
No właśnie, jaka była ta twórcza pasja Krzysztofa Cioka? Fascynacją czystym realizmem, czy może świadomym ograniczeniem palety do pięciu kolorów, jak u malarza doby baroku, Diego Velazqueza? Stosował przecież czerń, biel, ugier jasny, karmin i ultramarynę. Te kolory dominowały na jego obrazach. Tworzyły podstawę do budowania kompozycji. Poprzez świadome wyciszanie kolorów zwiększał dynamikę obrazów. Takie układy kompozycyjne zmuszały odbiorcę do myślenia. Obrazy stawały się dużo ciekawsze. Świadomie ograniczał też paletę malarską do dominacji jednego koloru. Tę transpozycję, przetworzenie rzeczywistości w swój świat, uzyskiwał dzięki świadomej deformacji, skróceniu, uproszczeniu tego, co postrzegał i poszukiwał, np. problemu rytmu, dynamiki, przestrzeni i światła w zestawieniu dwóch przeciwstawnych, ale współgrających jednocześnie ze sobą kolorów.
Nie oznacza to, że Krzysztof nie lubił bawić się kolorami i to nawet wtedy, gdy ograniczał je do minimum, mieszając choćby błękit z czerwienią, czy żółć z brązem. O dziwo, udawało mu się tworzyć wówczas jeszcze bardziej ekspresyjnie. Zabawa z kolorami stanowiła założenie jego poszukiwań twórczych.
Krzysztof Ciok był człowiekiem z zupełnie innej epoki. Takich artystów jak on współcześnie już nie było i nie będzie. Nie miał menedżera, nie zabiegał o wpływy żadnej galerii sztuki, nie używał nawet telefonu komórkowego. Na dodatek, Warszawę zamienił na Ostrowiec. Wolał uczyć plastyki w „Staszicu” i „Chreptowiczu” oraz ognisku plastycznym, niż być asystentem profesora Mariana Czapli na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wyszedł na tym, jak legendarny Zabłocki na mydle, bo reforma Buzka wyrzuciła plastykę z programu nauczania w liceach i jako pedagog stał się zupełnie niepotrzebny. Kto wie, czy ten wybór nie potęgował poczucia u niego pewnej porażki, jakiegoś życiowego zawodu? Jego koledzy zostali profesorami ASP, a przecież na studiach był tak samo dobry, jak oni. Warto było być znanym i rozpoznawalnym w Ostrowcu, czy lepiej byłoby żyć w wymiarze zupełnie innego statusu zawodowego i materialnego w stolicy? My dziś wiemy, że tak dobry artysta, jak Krzysztof potrafił sprawdzić się w każdym miejscu na ziemi, że swoją osobowością wniósł wielką jakość i pewną inność w ostrowiecki świat kultury i sztuki. Nie wiemy jednak, czy on sam podzielał tę naszą tezę…


Kiedy zaczynałem pracę w redakcji, Krzysztof miał niewiele ponad trzydzieści lat. Był szalenie płodnym artystą. Malował – i to z wielkim rozmachem – obraz za obrazem. Jeden z nich otrzymałem w prezencie ślubnym. Był spontaniczny. Dynamiczny. Wybierał duże formaty i płaszczyzny. Lubił malować cykle, tryptyki. Każdy temat, bez względu na to, czy była to martwa natura, czy jakieś wnętrze, chwytał za rogi. Pamiętam, jak mówił, że zawsze wybiera temat, który pozwala wibrować jego wyobraźni. Mówił też, że każdy artysta powinien zmagać się z jakimś problemem, czy to ze światłocieniem, kolorem, czy ustawieniem kompozycji. Musi mieć jakiś pomysł na to, jak się z nim zmierzyć. Czasami tak banalny temat, jak podmuch wiatru, czy też bezwiednie rozrzucone na stole przedmioty dają malarzowi wielką frajdę tworzenia poprzez własną przestrzeń filozoficzną. To ta filozofia tworzenia, kreowania daje ostateczne kolory i w efekcie obraz. Twierdził, że trzy organy artysty decydują o tym, czy obraz będzie udany, czy nie. Mózg, oko i ręka. Innymi słowy, o tym, czy obraz przypadnie komuś do gustu, czy nie decyduje myślenie, obserwacja i samo tworzenie.
Widzieliśmy się ostatnio jakieś pół roku temu z okładem. Krzysztof już od dawna nie malował. Gasł w oczach. Przez wiele ostatnich lat raczej wyprzedawał resztki swych prac. Wielu wykorzystywało to, że jest chory, kupując od niego obrazy i grafiki za bezcen. Uśmiechnął się tylko. Wiesz, że cię lubię, jak mi przyniesiesz farby i płótno, to coś ci namaluję. Taki był. Ktoś pięknie powiedział, że teraz na pewno nie zabraknie mu tych sztalug, farb, palet, szpachli…
Wspomnienia są bezcenne. Kilkadziesiąt lat temu to było chyba, jak widzieliśmy się w jego pracowni w jednym z wieżowców na Pułankach. Mówił, że maluje na tyle, na ile pozwala mu temperament. Wiele zależało od jego nastroju, czy też intuicji twórczej. Jak był smutny, malował w smutnych kolorach. Jak był pogodny, sięgał po ciepłe kolory. Starał się szukać nowych rozwiązań. Jest pewnikiem, że oddalając się od schematów przed płótnem starał się szukać też samego siebie i swój własny świat. Nie mów, rzucał mi swoim przenikliwym spojrzeniem, że nie warto. Czy znalazł? Wszystko, ciągnął dalej, opieram na ekspresji, emocji koloru. Staram się być nowoczesnym kolorystą. Stosuję dość wyszukane, ale w żaden sposób przypadkowe, kolory. Ciągle, by je wydobywać stosuję tradycyjnie tak pędzel, jak i szpachlę. Malowanie szpachlą wpływa na soczystość koloru, a po przetarciu laserunkami nadaje obrazowi niezbędnej przestrzenności. Taki zabieg powoduje, że obraz staje się zróżnicowany i poprzez to bardziej ciekawy. Po prostu ma tę głębię, to coś… Do dziś słyszę jego słowa… Rzeczy, które malował, starał się jakoś interpretować. Jeśli malował naturę, to przetwarzał ją na własny język.
Wszyscy postrzegali Krzysztofa, jako człowieka pogodnego, ale tak naprawdę jako artysta był bardzo nerwowy i wybuchowy. Te cechy charakteru najbardziej uwypuklił w swoich pracach, w eksplozji barw, śmiałej kolorystyce. Dominuje w nich kolor łagodny albo bardzo jaskrawy, czasami smutny, pobudzający do myślenia.
Krzysztofa Cioka fascynowali impresjoniści. Imponowała mu ich swoboda spontaniczności obserwacji, która pozwalała szybko się skupić na samym problemie koloru. Zwracał na to uwagę, gdyż to właśnie kolor w jego twórczości odgrywał niezwykle ważną rolę. Był nieugięty w poszukiwaniu dotknięć tej wrażliwej chwili trwania koloru, który się nieustannie zmienia. Mawiał, że ten sam pejzaż przecież inaczej wygląda rano, a inaczej w samo południe. Ważne, by zapamiętać zmiany światła i koloru. Ważne, by uchwycić moment przejścia koloru, zatopić się w swoistej ciszy kolorystycznej. Najważniejsze, by starać się rozwiązać twórczy problem, bo temat może być wręcz banalny. Mogą go stanowić nawet rozrzucone przedmioty, tworzące wspólną kompozycję. Warto też poszukać relacji między przedmiotami – w pionie i poziomie – oraz tworzących się układów kolorystycznych. To wszystko trzeba przenieść na płótno. Nawet z prostej, banalnej rzeczy można uczynić dzieło.
Takiego artystę, jak Krzysztof, trudno zrozumieć. Musimy więc uwierzyć w to, co mówił. Przecież artyści widzą zupełnie inaczej. Zapamiętam go, jako dobrego i wrażliwego człowieka. Był wielkim, niezwykle utalentowanym, biednym, niemajętnym malarzem. Nierozumianym i osamotnionym. Co z tego malarstwa miał? Nic. Kochał je. Było dla niego po prostu całym życiem.

Krzysztof Ciok – artysta plastyk, pedagog ostrowieckich liceów i ogniska plastycznego. Urodził się 19 listopada 1959 roku w Kętrzynie. Był absolwentem Liceum Plastycznego w Jarosławiu i Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Dyplom w klasie prof. Jana Tarasina obronił w 1988 roku. Jako 19-latek swoje prace wystawiał już W Zakładowym Domu Kultury Huty im. Marcelego Nowotki. Był członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków, jednym z najbardziej znanych przedstawicieli ostrowieckiego środowiska artystycznego. Współtworzył legendarną Grupę 10. Swoje prace wystawiał zarówno indywidualnie, jak i zbiorowo w Polsce i zagranicą, m.in. w Niemczech, Francji, USA, Wielkiej Brytanii, Danii, Czechach i Bułgarii. Tych wystaw było ponad sto. Uchodził za artystę uprawiającego sztukę abstrakcyjną, z dominującymi kolorami i znakomitymi kompozycjami. Parał się także grafiką użytkową.

Print Friendly, PDF & Email

One thought on “Krzysztof Ciok – epitafium

  • 24 sierpnia 2019 at 09:14
    Permalink

    Odchodzi stary romantyczny Ostrowiec

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *