Wojna przyszła z góry

Na początku września 1939 r. niemieckie samoloty zbombardowały w Drygulcu dwa pociągi jadące na front, pełne żołnierzy, sprzętu wojskowego i amunicji.
To było tak traumatyczne i bolesne przeżycie dla miejscowej społeczności, że pamięć o tym wydarzeniu wciąż żyje w kolejnych pokoleniach.
Coś wisiało w powietrzu
O zbliżającej się wojnie mówiło się już latem 1939 r. Przed 15 sierpnia kobiety z okolicznych miejscowości wybrały się tradycyjnie na pielgrzymkę do Częstochowy. Wróciły pieszo przeświadczone, że coś złego wisiało w powietrzu. Drogi opustoszały, wszędzie pełno było oddziałów wojska. -Byłam dzieckiem, ale miałam już świadomość tego, co dzieje się wokół mnie – opowiadała jedna z mieszkanek Drygulca.
-Pamiętam jak tata rano wbiegł z podwórza do domu i powiedział: wojna! Mama zaczęła płakać. Było nas w domu kilkoro dzieci. Drugiego czy trzeciego dnia ktoś z wioski mówił, że widział na drodze z Ćmielowa do Ożarowa niemieckie motocykle, a ktoś inny samochody wojskowe. Niby życie toczyło się normalnie, ludzie pracowali, ale każdy z obawą czekał, co przyniesie kolejny dzień.
Przytuleni do granicy
Był środek tygodnia. Zaczynały się przygotowania do wykopków. Rano poszłyśmy z siostrą w pole. Znajdowało się ono kilometr w prostej linii od przystanku kolejowego. Teren był równy i w oddali widać było drogę pod lasem w stronę Ożarowa i Drygulca – opowiadała mi, wiele lat temu, gdy po raz pierwszy pisałem o tym wojennym dramacie, mieszkanka jednej z pobliskich wiosek.
–Przed południem, w górze słychać było odgłos lecącego samolotu. Po godzinie, dwóch, ponownie usłyszałyśmy samolot i nagle rozpętało się piekło. Błyskawicznie pojawiły się kolejne samoloty. Leciały nisko wzdłuż linii kolejowej. Przerażone leżałyśmy z siostrą w dołku przy granicy, z głowami wciśniętymi w ziemię, bowiem samoloty przelatywały tuż nad nami. Następnie wracały w kierunku Ożarowa, nabierały wysokości, robiły zakole, zniżały lot i z ogromną prędkością nadlatywały nad przystanek kolejowy. Ryk silników był potworny. Słychać było wybuchy bomb i serię z karabinów maszynowych. Straciłyśmy rachubę czasu. Później samoloty na chwilę odleciały, ale wróciły i z jeszcze większą zaciekłością strzelały z karabinów maszynowych.
Przystanek w szczerym polu
Tego dnia na torowisku w Drygulcu zatrzymał się pociąg gospodarczy 3. Pułku Piechoty z Jarosławia. Jechał w kierunku zachodnim. Obok żołnierzy przewoził polową radiostację, konie, sprzęt wojskowy i amunicję. Kilka dni wcześniej został on sformowany. Szczęśliwie, mimo nalotów niemieckich, pociąg przejechał odcinek między Dęblinem a Sandomierzem. W Drygulcu zatrzymał się na dłuższy postój. Obok niego, na sąsiednim torze, 6 września rano stał inny pociąg wojskowy, wiozący żołnierzy na front. Rodzice Leszka Króla, mieszkańca Ostrowca Świętokrzyskiego, byli właścicielami działki w Drygulcu, na której przez lata stał też budynek stacyjny. Pan Leszek powiedział mi, że pociągi wojskowe zatrzymały się jakieś 150, 200 metrów przed stacją w szczerym polu. Były więc widoczne z dalszej odległości i stały się łatwym celem dla niemieckich samolotów. Żołnierze z kolei nie mieli się gdzie schronić przed ostrzałem.
– Miałam wtedy 5 lat – opowiadała w czasie rocznicowych uroczystości przed pomnikiem w Drygulcu, Jadwiga Żak z domu Mozal, chyba najstarsza już uczestniczka tamtego tragicznego zdarzenia. –Gdy nadleciały samoloty i zaczęły bombardować pociągi, mama właśnie przygotowywała ciasto na chleb. Kazała najstarszej siostrze, by została w domu, a sama ze mną i pozostałym rodzeństwem schroniła się w lesie. Po drodze spotykałyśmy leżących na polu rannych żołnierzy. Większość zdołała się ukryć w pobliskich zagajnikach. Co chwila eksplodowały bomby. Huk był potworny. Te wybuchy były tak potężne, że blisko naszych zabudowań, oddalonych o pół kilometra od torów, spadały kawałki szyn kolejowych. Po wojnie na tych szynach dziadek i mąż klepali przed żniwami kosy.
Zostali w wagonach
Miejscowi opowiadali, że dowódca jednego z pociągów wydał żołnierzom rozkaz opuszczenia pociągu i schronienia się w okolicznych lasach. Dzięki temu większość z nich ocalała. Dowódca drugiego pociągu kazał swoim podwładnym zamknąć się w wagonach. Wskutek tego na tym przystanku śmierci, jak przez lata nazywano Drygulec, zginęło kilkudziesięciu żołnierzy.
-Moi rodzice mieszkali w Drygulcu w pierwszym domu za przejazdem kolejowym po lewej stronie szosy w kierunku Ożarowa – mówi pani Danuta z domu Pałasz, dziś mieszkanka Ostrowca Świętokrzyskiego. –Mama wielokrotnie opowiadała o zbombardowanych pociągach. Były to tak ciężkie i traumatyczne przeżycia, że rodzice wracali do nich podczas każdych świąt czy rocznic. Mówili, że część żołnierzy zdołała się wydostać spod ostrzału.
Przeszli przez szosę, a później czołgali się w stronę lasu. Ranni prosili o wodę. Mama wszystkie prześcieradła i poszwy pocięła na opatrunki. Po zapadnięciu zmroku, rannych przenoszono na furmanki i przewożono do Ożarowa. Po południu samoloty odleciały i zdobiło się cicho.
-Przed wieczorem do ojca, który w tym czasie był sołtysem we wsi Jasice, ktoś przyjechał – wspominała inna mieszkanka Jasic, a później Ostrowca. -Po rozmowie ojciec zaprzągł do furmanki konie i pojechał, nikomu nic nie mówiąc. Razem z mamą modliłyśmy się przez noc i czekałyśmy na niego. Gdy przyjechał rano, deski wozu były czerwone od krwi przewożonych do szpitala żołnierzy. Pamiętam, że tata siedział przez jakiś czas na tym wozie i płakał.
Okna bez firanek
Przed wieczorem na polach przylegających do toru, mieszkańcy Drygulca widzieli księdza z Wojciechowic. Przyklękał przy ciężko rannych i konających żołnierzach i spowiadał ich. Przez pozostałe lata wojny, w oknach większości budynków w Drygulcu nie było firanek. Przeznaczono je na opatrunki dla rannych żołnierzy. Po kilku dniach od ataku niemieckich samolotów nie było już śladów tego potwornego starcia. Poza wybitymi szybami nie został uszkodzony żaden budynek mieszkalny czy gospodarczy, choć niektóre znajdowały się w odległości kilkudziesięciu metrów od toru. Nie było też śladu bombardowania czy ostrzału na budynku stacyjnym.
Pułk zakończył wojnę
Już 6 września 3. Pułk Piechoty Wojska Polskiego z Jarosławia zakończył w Drygulcu swój udział w wojnie obronnej 1939 r. Wskutek bombardowań i ostrzału śmierć poniosło ponad 50 żołnierzy. Krew za Polskę przelali już w pierwszym tygodniu wojny. Pociąg gospodarczy jadący z Jarosławia na front, nie był przygotowany chociażby do powstrzymania ataku z powietrza. Nie miał żadnej osłony przeciwlotniczej.
Przez całą noc okoliczni gospodarze przewozili furmankami rannych do prowizorycznego szpitala w Ożarowie. Rany odniosło blisko stu żołnierzy. Zmarli w szpitalu zostali pochowani na cmentarzach w Ożarowie, Bidzinach i innych okolicznych cmentarzach. Ci, którzy polegli w pociągu i przy torach, pochowani zostali w 4 mogiłach w polu obok linii kolejowej. Kilka lat później przeprowadzono ekshumację. Szczątki polskich żołnierzy przewieziono do kwatery cmentarza wojskowego w Sandomierzu.
Blaszki śmierci
Józef Myjak, w monografii gminy Wojciechowice „Tam gdzie świt cywilizacji rolniczej”, wydanej w Sandomierzu w 2006 r., zamieścił wspomnienia jednego z żołnierzy jadących pociągiem z Jarosławia, kaprala Stanisława Wilka. Był on szoferem dowódcy pułku. Samochód przewożony był na specjalnej platformie pociągu. Kapral był mechanikiem i przysłowiową złotą rączką. Otrzymał więc od dowódcy niezwykle zadanie, grawerowania nazwisk i danych kolegów z pułku na tzw. tabliczkach śmierci. Były to owalne blaszki z nacięciem w środku. W przypadku śmierci żołnierza, jedną część blaszki wsuwano w zęby poległemu, druga część blaszki trafiała do dowództwa. W czasie postoju w Drygulcu kapral wybijał nazwiska. Był otoczony grupką żołnierzy, którzy czekali na swoje blaszki, ponaglali kaprala do szybszej pracy, jakby przeczuwali los pułku.
Tej pracy już nie dokończył, bowiem przed południem pojawiły się niemieckie samoloty. Gdy bomby spadały coraz bliżej jego platformy, zeskoczył na ziemię i ukrył się pod wagonem. Kolejna bomba eksplodowała tuż obok najbliższego wagonu. Podmuch powietrza wyrzucił go kilkanaście metrów na sąsiednie pole. Gdy odzyskał przytomność, leżał w kartoflisku. Później podbiegł do najbliższego słupa telefonicznego. Jeden z pilotów dostrzegł go, zawrócił samolot i posłał w jego stronę serię z karabinu maszynowego. Pociski odcięły druty, które przygniotły kaprala. Stanisław Wilk przeżył tę nawałnicę. Zdołał jeszcze przewieźć rannego dowódcę pułku do szpitala.


Pamięć przetrwała
Pamięć o tym pierwszym wrześniowym dramacie wojennym przetrwała wśród miejscowej ludności. W 1969 r. w nocy do Drygulca przywieziono potężny głaz, który kilka lat później został ustawiony w obecnym miejscu.
Pierwsza z kilku tablic znajdujących się na tym obelisku, poświęcona jest pamięci poległych w walce z hitlerowskim najeźdźcą w latach 1939 – 1945. Druga przypomina o dramacie polskich żołnierzy 6 września 1939 r. w Drygulcu. Na kolejnych tablicach znajdujemy nazwiska poległych żołnierzy i miejsce ich pochodzenia. Większość z nich miała dwadzieścia kilka lat. Najstarszy zaledwie 40 lat. Pochodzili z różnych stron kraju i rożnych miejscowości: Tarnopola, Ostrowa Wielkopolskiego, Kalisza, Łodzi, Nowego Sącza. W 1991 r. na pomniku pojawił się orzeł w koronie.
Co roku 1 września, w dniu wybuchu wojny, pod pomnikiem spotykali się byli żołnierze września, uczestnicy ruchu oporu w czasu wojny, a później ich dzieci, mieszkańcy Drygulca i okolicznych miejscowości, młodzież szkolna, przedstawiciele władz samorządowych gminy Wojciechowice i powiatu opatowskiego, przedstawiciele lokalnych firm i organizacji społecznych. Przed pomnikiem spotykają się już kolejne, powojenne pokolenia Drygulca i okolicznych miejscowości. Mimo, iż od tego dramatycznego zdarzenia minęło 81 lat, pamięć o nim wciąż jest żywa. W czasie rocznicowych uroczystości pani Jadwiga Żak przypomina młodzieży piosenkę o bombach, które spadły w Drygulcu na polskich żołnierzy jadących na front. 

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *