Obalanie pomników też buduje tożsamość. Dra Pawła Gotowieckiego refleksje wokół Święta Niepodległości

Jakkolwiek Narodowe Święto Niepodległości od lat symbolizuje raczej podziały światopoglądowe polskiego społeczeństwa, niż ideę unifikacji wokół powszechnie uznawanych symboli, w tym roku, pomimo pandemii, listopadowej rocznicy towarzyszyły szczególnie silne emocje. Choć niedawne masowe protesty przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego spowodowane były konkretnymi decyzjami legislacyjnymi, istota współczesnych podziałów i przyszłych rozdźwięków społecznych jest bardziej złożona i posiada nie tyle polityczny, ile właśnie tożsamościowy wymiar. Aby zrozumieć rzeczywistość, warto się przyjrzeć procesom, które w okresie III RP odpowiadały za kształtowanie świadomości zbiorowej – jeden z nich ostatecznie dobiegł końca, drugi zapewne już ujrzał kres swych dni.

Zakontraktowana tożsamość

Pierwszy z owych procesów, nazwałbym konwencjonalizacją tożsamości i pamięci zbiorowej, a sięga on swą genezą przełomu lat 80. i 90. XX w. O mającej wówczas miejsce transformacji ustrojowej zwykło się mówić w kategoriach politycznych, ewentualnie polityczno-gospodarczych. Idea „mądrej zgody” miała jednak także inne płaszczyzny. Transakcyjny wymiar procesu transformacji zakładał bowiem nie tylko podział beneficjów między elity postkomunistyczne, solidarnościowe oraz żyranta porozumienia – Kościół katolicki. Do kompromisu doszło także w wymiarze symbolicznym. Sygnatariusze okrągłostołowych porozumień bardzo dużą wagę przywiązywali do narracji, porządkującej społeczeństwu prawdziwy sens przemian. W narracji tej bardzo ważne miejsce odgrywało swego rodzaju imaginarium – przesiąknięta ideałami demokratycznymi, wykreowana (choć nie do końca prawdziwa) wizja spuścizny okresu komunizmu i „Solidarności”, mająca stanowić trzon podmiotowości wspólnoty. W tej „zakontraktowanej” wizji odrzucono wszelkie skrajności, zwłaszcza z przedrostkiem –anty: antykomunizm, antysemityzm (nie jest żadnym odkryciem, że dla wielu architektów Okrągłego Stołu rok 1968 stanowił większą traumę, niż represje stanu wojennego), ale także antyklerykalizm w wymiarze instytucjonalnym (pozostawiając wentyl bezpieczeństwa w postaci zwulgaryzowanego i ludycznego antyklerykalizmu à la tygodnik „Nie”).

Z trzech wzmiankowanych grup – profitentów bezkrwawej transformacji, nieco więcej uwagi chciałbym poświęcić Kościołowi katolickiemu. Wbrew pozorom Kościół zyskał na zmianie systemowej wcale nie mniej, niż dwaj bezpośredni kontrahenci, a może nawet najwięcej. Oprócz przywilejów finansowych, zagwarantowania formalnych wpływów hierarchii, szczególne znaczenie miało odsunięcie groźby lustracji, która dla Kościoła mogła mieć wyjątkowo destruktywny przebieg. Kolejny z profitów – korzystanie z niepisanego prawa omerty w przypadkach działalności przestępczej we własnych szeregach – właśnie w ostatnim czasie jest szeroko omawiany w mediach. Kościół jednak za swą uprzywilejowaną pozycję musiał zapłacić pewną cenę. Była nią dobrowolna relatywizacja postawy i rezygnacja z podmiotowej roli w społeczeństwie na rzecz instytucjonalnej roli w państwie. Tak zrodził się „Kościół kremówkowy”, autorytet swój i społeczną akceptację czerpiący z pontyfikatu Jana Pawła II i dosyć płytkiej, ludowej celebry osoby papieża-Polaka, a z drugiej strony w konformistyczny sposób korzystający z symbiozy z władzą polityczną i twardo stąpający po ziemi w sferze walki o przywileje i realne wpływy. Może nie najwybitniejszym, ale najbardziej charakterystycznym kapłanem tego Kościoła jest abp. Stanisław Dziwisz, który obecnie musi się mierzyć z zarzutami nie tylko tuszowania przestępstw seksualnych, ale i symonii. Kościół w Polsce ma jednak większe problemy – oto bowiem następuje kilka równoległych, rozciągniętych w czasie, ale nieuchronnych procesów, wobec których kłopoty tego czy innego hierarchy wydają się niewiele znaczącym epizodem. „Dewojtylizacja” Kościoła powszechnego, o której piszą otwarcie także publicyści katoliccy, stała się za pontyfikatu papieża Franciszka faktem i to nie tylko w sferze symbolicznej, ale i strukturalno-decyzyjnej. Spośród wszystkich episkopatów, oczywiście w największym stopniu uderza ona w episkopat polski (czego jednym z efektów jest zdjęcie parasola ochronnego z niektórych wpływowych hierarchów). Towarzyszy jej laicyzacja społeczeństwa, znajdująca najlepsze odzwierciedlenie w kościelnych statystykach dotyczących religijności Polaków. Wreszcie Kościół, który przez lata czerpał zyski z  półformalnego sojuszu tronu i ołtarza, z tego samego względu wystawia się na niebezpieczeństwo w okresie społecznych niepokojów. Jeżeli w okresie PRL Kościół miał moralną siłę i realną pozycję, jako reprezentant dążeń i aspiracji społeczeństwa, w III RP, przechodząc na pozycję konserwatywnego obrońcy społeczno-politycznego status quo, kapitał ów stopniowo, acz definitywnie tracił. W tym kontekście nie dziwi daleko posunięta wstrzemięźliwość niektórych hierarchów w kwestii postulowanej obrony miejsc kultu przez bojówki partyjne – Kościół instytucjonalny w Polsce wygodne miejsce na tylnym siedzeniu nieoczekiwanie zamienić musiał na rolę zderzaka, który jako pierwszy przyjmuje na siebie falę społecznej dezaprobaty. Jeżeli walka ideologiczna w Polsce leży obecnie w czyimś interesie, to chyba najmniej w interesie Kościoła.

Idee i dogmaty

 Konwencjonalizacja tożsamości i pamięci zbiorowej największe tryumfy święciła w latach 90., choć jej efekty widoczne są także dzisiaj. Jednym ze środowisk, które stanęły w opozycji politycznej i intelektualnej względem tego procesu było środowisko skupione wokół ówczesnego Porozumienia Centrum, z którego z czasem wyewoluowała partia Prawo i Sprawiedliwość. Jeżeli przypomnimy sobie atmosferę w jakiej PiS doszło w 2005 r. do władzy, to myślę że nie będzie wielkim nadużyciem określenie tego okresu mianem „konserwatywnej kontrrewolucji” (dodatkowo moralnie wzmocnionej narodową żałobą po Janie Pawle II). Kontrrewolucji, która obok haseł stricte politycznych miała własną rozbudowaną aksjologię, symbolikę, wreszcie własną, spójną wizję historii. Wizję przeciwstawną owej skonwencjonalizowanej pamięci zbiorowej, którą Rafał Ziemkiewicz określił barwnie mianem michnikowszczyzny. Co istotne, ta nowa wizja historii, w której dla przykładu nie było miejsca dla Lecha Wałęsy, ale zaistnieli w niej skazani uprzednio na zapomnienie ideowi oponenci przywódcy „Solidarności” z lat 1980-1981 – Anna Walentynowicz czy Andrzej Gwiazda, porządkowała hierarchię znaczeń i wartości nie tylko w wymiarze historycznym. Last but not least była ona wizją względnie atrakcyjną dla młodego pokolenia, o czym świadczy odwoływanie się do tradycji, a nawet swoisty kult „żołnierzy wyklętych” zaadaptowany przez część młodego pokolenia czy swoista moda na patriotyzm, przejawiająca się w noszeniu odzieży o patriotycznej symbolice, słuchaniu takiejż muzyki, wreszcie w organizacji dorocznych Marszów Niepodległości.

Prawicy w Polsce niewątpliwie udało się dokonać istotnego osiągnięcia, jakim było stworzenie własnej narracji świadomościowej i dotarcie z nią także do młodych Polaków. Nie udało jej się natomiast uchronić owej narracji przed procesem rytualizacji. To właśnie drugi z procesów, o których pisałem na początku niniejszego artykułu. W momencie, gdy jakakolwiek myśl czy idea staje się obowiązującym kanonem, traci wiele ze swej atrakcyjności, a zaczyna mieć charakter przymusowego oddziaływania społeczeństwa na jednostkę. Tak więc przekroczenie granicy pomiędzy odkłamywaniem historii a dogmatyzacją własnych, coraz bardziej zmitologizowanych projekcji na temat owej historii, w naturalny sposób będzie skłaniało do prób rewizji owych dogmatów. To samo dotyczy wszystkich pozostałych elementów składających się na naszą tożsamość zbiorową. Ta bowiem nie kształtuje się w oparciu o jakieś odgórnie przyjęte kanony, lecz jest wynikiem nakładania się idei, przekonań, aspiracji jednostek tworzących społeczeństwo. Te zaś pozostają w stałej ewolucji.

Czas przełomu

Zgadzam się z tymi obserwatorami życia publicznego w Polsce, którzy stawiają tezę o pewnym mentalnym przełomie, który dokonuje się w polskim społeczeństwie na naszych oczach. Jest on nierozerwalnie związany z przełomem pokoleniowym. Oto bowiem za protestami aborcyjnymi, ale też za Marszem Niepodległości stoi to samo pokolenie ludzi. Młodych ludzi, którzy odrzucają konwencje, kompromisy tworzone przez starsze pokolenia, a często także świat wartości właściwy przeszłym, czy akurat odchodzącym generacjom. W im większym stopniu wartości te są wpisane w obowiązujący system normatywny, tym gwałtowniejsze będą próby ich obalenia. I choć dziś wszelkiego rodzaju protesty społeczne charakteryzuje dynamizm i dosyć amorficzna struktura, zmierzać one będą ku tworzeniu nowych form. I pewnie niejeden jeszcze pomnik zostanie oblany farbą a może i zburzony, bo jak świat światem ludzie pociągnięci jakąś ideą najpierw burzą uosabiające ancien régime pomniki. Tak też się buduje tożsamość.

Faktem jest, że obecne protesty społeczne pokazują wahnięcie nastrojów społecznych w lewo, a przynajmniej ku liberalnemu centrum. Nie uważam zresztą, że zmiana ta jest jakaś anormalna, w sytuacji gdy władzę od kilku lat sprawuje prawica. Nie sądzę też, aby była to zmiana trwała. Społeczeństwo polskie pomimo wszystko pozostaje społeczeństwem tradycyjnym i poglądy konserwatywne w przewidywalnym okresie kilku następnych dziesięcioleci będą znajdować swoich zwolenników. Choć zapewne w przyszłości będzie to inny model konserwatyzmu, bardziej zachodnioeuropejski w stylu i formie, i z pewnością mniej przesiąknięty wpływami Kościoła, który jest już u zmierzchu swej potęgi i wpływów. Zresztą – paradoksalnie – im wcześniej się owo przekształcenie rodzimej prawicy dokona, tym więcej może ona, nie tracąc kontaktu z rzeczywistością,  na tym skorzystać.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *