Zapłacili życiem za wywieszenie biało-czerwonej na hutniczym kominie

Rok po wybuchu II Wojny Światowej, w dniu 1 września 1940 roku, trzej młodzi ostrowczanie zawiesili na najwyższym kominie Wielkiego Pieca w Zakładach Ostrowieckich, biało-czerwoną flagę. Wszyscy trafili do obozu koncentracyjnego i w konsekwencji zapłacili za swój czyn własnym życiem.
Trzech śmiałków
W tej trójce znalazł się Stanisław Wojsławski, znany przedwojenny pięściarz KSZO. Zdaniem najstarszych ostrowczan był to pierwszy, tak spektakularny akt odwagi i walki w okresie hitlerowskiej okupacji. O tym wydarzeniu przez wiele dni i miesięcy mówiło całe miasto. Wydawało się, że jubileusz 90-lecia KSZO będzie okazją do przypomnienia młodszym mieszkańcom Ostrowca Świętokrzyskiego tego faktu. Wielu sportowców naszego klubu w okresie okupacji wykazało się niezwykłą odwagą i patriotyzmem. Walczyli w wojnie obronnej 1939 roku, uczestniczyli w akcjach dywersyjnych.
-Tego dnia szedłem z mamą i starszą siostrą, mieszkającą przy ulicy Denkowskiej, do rodziny na ulicę Zgoda – wspominał Maciej Smoleński. – Miałem wtedy kilka lat, ale pamiętam, że gdy przechodziliśmy aleją przez tory kolejowe, a wtedy, rzecz jasna, nie było wiaduktu, i zbliżaliśmy się do Zakładów Ostrowieckich, to mijały nas motocykle i samochody wojskowe. Widoczne było podenerwowanie u Niemców, słychać było ich krzyki. Mama w pewnym momencie ręką pokazała nam biało – czerwoną flagę na hutniczym kominie. Inni ludzie też patrzyli w tamtą stronę.
Ogólne poruszenie
Pan Janusz mieszkał przy ulicy Kamiennej. Z wału rzecznego widać było Wielki Piec, stalownię, a przede wszystkim kominy górujące nad hutą.
-Sąsiad Antoni Biel, przywołał nas, wtedy młodych chłopaków grających w piłkę na ulicy, na wał rzeczny i pokazał ręką na biało -czerwoną flagę na najwyższym kominie – wspomina pan Janusz, emerytowany hutnik. -Patrzyliśmy z niedowierzaniem. Było ogólne poruszenie, jakaś wewnętrzna radość, sygnał, że Polska żyje, istnieje. Był to przecież czas terroru, strachu, egzekucji, a wieczorem zasłaniania firankami okien w domach. O tym wydarzeniu mówiło się w czasie długich, jesiennych wieczorów. Zastanawialiśmy się, kto miał tyle odwagi, by wdrapać się na najwyższy komin Wielkiego Pieca i zawiesić tam polską flagę?
Pan Janusz wspomina też innego sąsiada – Sobonia, który w tym czasie pracował na Wielkim Piecu i opowiedział mieszkańcom z jego ulicy, co wydarzyło się w Zakładach Ostrowieckich. Niemcy wpadli w furię. Nikt z pracowników Wielkiego Pieca nie chciał wejść wtedy na szczyt komina i zdjąć flagę. O tej akcji napisał wiele lat później w „Zeszytach kombatanckich” Kazimierz Kocowski, były wieloletni pracownik huty i prezes Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w powiecie ostrowieckim.
Szybko i sprawnie
Akcję zaplanowali trzej młodzi członkowie Armii Krajowej, a dokładniej ZWZ AK Związek Odwetu, oddział dywersji. O planach zawieszenia sztandaru na hutniczym kominie, dowódcy oddziału powiedzieli Józefowi Mularskiemu. Z tym pomysłem zgłosił się do niego Stanisław Wojsławski, 33-letni pracownik Zakładów Ostrowieckich, znany w Klimkiewiczowie (wtedy była to oddzielna osada fabryczna) i w Ostrowcu pięściarz oraz szkoleniowiec hutniczego klubu. Tajniki boksu zdobywał w Warszawie, gdzie okresowo mieszkał i uczył się, a po powrocie do naszego miasta wspólnie z grupą miejscowych działaczy założył sekcję pięściarską.


Kazimierz Kocowski przypomniał, że propozycja ta nie zyskała aprobaty kierownictwa ZWZ, ale też nie przekreślono tych planów. Zapewne brano pod uwagę spodziewaną reakcję okupanta i ewentualne koszty takiej akcji.
Niemcy mogli w odwecie rozstrzelać lub wysłać do obozów koncentracyjnych dziesiątki osób.
Wojsławskiemu towarzyszyli dwaj inni młodzi żołnierze AK. W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1940 roku weszli na teren zakładu od strony ulicy Kolejowej z ukrytą pod kurtką flagą. Uszyła ją Władysława Nowak, siostra 20-letniego Marcelego Lipińskiego. Był on najmłodszym i najsprawniejszym uczestnikiem tej akcji, dlatego jemu przypadło to najważniejsze zadanie. Już na terenie huty Lipiński wciągnął flagę na przygotowany drzewiec, przytwierdził go do pleców i krok po kroku wdrapał się po klamrach komina na jego szczyt. Potem umocował drzewiec w przygotowanym wcześniej uchwycie. Wszystko przebiegło sprawie i zgodnie z planem. Na dole czekał na niego Stanisław Wojsławski i trzeci z uczestników akcji, 22–letni Marian Gieparda. Wielki Piec znajdował się mniej więcej w miejscu obecnej niedokończonej hali tuż za budynkiem urzędu pracy i niedaleko dzisiejszego Ronda Republiki Ostrowieckiej. Tej samej nocy cała trójka zniszczyła pasy transmisyjne w montowni wagonów, powodując wielogodzinny postój i problemy produkcyjne wydziału.
Wściekłość gestapowców
Pracownicy Zakładów Ostrowieckich, którzy wczesnym rankiem 1 września szli do swojego zakładu na pierwszą zmianę, ujrzeli biało -czerwoną flagę na kominie Wielkiego Pieca. Zaskoczenie było ogromne. Ludzie idący aleją zatrzymywali się i w grupkach komentowali ten widok. O niczym innym nie mówiło się tego dnia w hutniczych wydziałach. Sztandar widać było nie tylko z Klimkiewiczowa, ale i z Ostrowca.
Zaraz powstało ogromne zamieszanie. Rano na teren huty przyjechali gestapowcy i granatowi policjanci. Niemcy biegali, krzyczeli, wygrażali hutnikom. W odruchu bezsilności zaczęli strzelać w górę z pistoletów maszynowych do biało -czerwonej flagi. Zakłady Ostrowieckie były przecież jednym z zakładów koncernu „Hermann Goering Werke” i znajdowały się pod specjalnym nadzorem. Tu produkowany był sprzęt wojskowy, m.in. elementy do pocisków artyleryjskich i torped, odlewy stalowe do łodzi podwodnych i zawieszenie do wozów bojowych.
Od kierownictwa wydziału Niemcy domagali się, by wytypowało pracowników, którzy wejdą na górę i ściągną sztandar. Ci odpowiadali, że w czasie wytopu jest to niemożliwe. Flaga powiewała więc nad Klimkiewiczowem aż do zmroku. Rano już jej nie było.
Zagrozili egzekucjami
Mimo, że Niemcy posiadali na terenie miasta i huty licznych konfi dentów, pomimo gróźb kierowanych do polskiej kadry kierowniczej, przesłuchań osób podejrzewanych o współpracę z rodzącym się ruchem oporu, nie udało się uchwycić śladu, który by doprowadził do grupy osób, która zaplanowała i przeprowadziła tę spektakularną akcję. Okupanci mieli świadomość, że zrobili to ludzie młodzi, sprawni, być może związani z klubami lub związkami sportowymi. Podano więc do publicznej wiadomości, że jeśli nie ujawnią się uczestnicy tej akcji, to rozstrzelanych zostanie 10 pracowników Zakładów Ostrowieckich. Kilka godzin później zgłosiła się cała trójka.
Na czas przesłuchań wszyscy przebywali w areszcie w Ostrowcu. Wzięli na siebie całą odpowiedzialność. Nie ujawnili żadnych informacji. Po pewnym czasie przewiezieni zostali do więzienia w Radomiu.
-Wiem, że długo zastanawiano się nad sposobem wydobycia z rąk okupanta młodych hutników -mówił Maciej Smoleński. Wielu ludzi zatrzymanych w Ostrowcu i okolicy, udawało się wykupić. Członkowie podziemia już wtedy mieli kanały, którymi docierali do Niemców. Wiedzieli przez kogo lub z kim można rozmawiać i negocjować uwolnienie, a mówiąc wprost – wykupienie. Na początku była nadzieja na wydostanie z aresztu uczestników akcji przeprowadzonej w Zakładach Ostrowieckich. Uruchomiono kontakty, podobno przekazano duże pieniądze. Jednak kiedy przewieziono ich do Radomia, sprawa nabrała rozgłosu.
-Do naszego domu przychodził Stanisław Saski, przyjaciel ojca – wspominał Maciej Smoleński. -Był właścicielem ostrowieckiego browaru, wpływowym i zamożnym obywatelem miasta. Wcześniej wstąpił do AK i był jednym z najbardziej zaangażowanych członków ruchu oporu. Tata opowiadał, jak Stanisław Saski przeżywał tę nieudaną próbę wydostania Wojsławskiego i kolegów z aresztu. Postawił sobie za punkt honoru uratowanie całej trójki. Chodziło przecież o bardzo młodych i odważnych ludzi. Znanymi sobie kanałami ostrowczanie zdobyli informację, że w tej spawie nic nie da się zrobić. Jest zbyt poważna, głośna i nadzoruje ją gestapo.
Bez renty i pomocy
Stanisław Wojsławski z Radomia trafił do Oświęcimia. Na początku 1941 roku napisał do rodziny kilka listów. Z treści i formy najbliżsi wnioskowali, że jego stan zdrowia pogarsza się. Wreszcie 20 lutego przyszedł do Ostrowca telegram o śmierci Wojsławskiego. Do obozu koncentracyjnego Auschwitz trafili też dwaj pozostali uczestnicy akcji: Marceli Lipiński i Marian Gieparda. Wszyscy zapłacili życiem za akcję w Zakładach Ostrowieckich.
Wysoką cenę płaciły też przez lata ich rodziny.
Maria Wojsławska została po śmierci męża sama z synami, bez środków do życia. Starszy syn miał cztery lata, młodszy półtora roku. Trudny okres wojny przeżyła dzięki pomocy rodziny i przyjaciół. Ale sytuacja Wojsławskich nie poprawiła się po wojnie. Stanisław Wojsławski był przecież żołnierzem Armii Krajowej, więc w 1950 roku wdowie zabrano, przyznaną tuż po wojnie, skromną rodzinną rentę, ponieważ poległy mąż nie należał do demokratycznego ruchu oporu. Znów jedynym wsparciem okazała się rodzina. O Wojsławskich pamiętało też środowisko sportowe. Wielu przedwojennych sportowców, później działaczy walczyło w szeregach AK. W kolejnych latach polityka państwa zmieniała się i pani Maria mogła wreszcie dostać się do huty.
-Pamiętam ją, pracowała jako prowiantowa na wydziale mechanicznym – wspomina pan Janusz. -Wszyscy wiedzieliśmy o jej sytuacji i odnosiliśmy się do niej z sympatią oraz szacunkiem. Wtedy Ostrowiec był mniejszym miastem. Wszyscy się znali. Muszę przyznać, że wielu ludzi z ulgą odetchnęło, wiedząc, że rodzina Wojsławskich ma zapewnione przynajmniej podstawowe środki do życia. W hucie pracowali także bracia pani Marii, byli mistrzami na wydziałach Starego Zakładu.
W ślady ojca
Synowie Stanisława Wojsławskiego wychowywali się w bloku z czerwonej cegły przy ulicy Traugutta. Zapewne dość szybko zdali sobie sprawę, że w życiu muszą liczyć wyłącznie na siebie. W latach powojennych nie było chyba chłopaka z hutniczego osiedla, który by nie grał w piłkę, pływał czy boksował. Gdzie mieli spędzać czas, jak nie na podwórku czy na pobliskich obiektach sportowych – pisał Wacław Włostowski w monografii osiedla fabrycznego Klimkiewiczów. To była zabawa, rozrywka, a dla wielu ludzi także sposób na życie, bowiem sport otwierał drzwi na świat, umożliwiał poznanie nowych ludzi i miejsc, uczył wytrwałości w dążeniu do celu, dyscypliny wewnętrznej.
Starszy syn, Bogusław, kontynuował rodzinne tradycje pięściarskie. Odziedziczył talent po tacie. Bokserem był też brat ojca Mieczysław. Walczył na ringu w barwach Polonii Warszawa, a tuż przed wojną przyjechał ze stolicy do Ostrowca i został trenerem pięściarzy KSZO. Bogusław Wojsławski w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku reprezentował bar w y KSZO, zdobył m.in. tytuł mistrza województwa. Ukończył Akademię Górniczo -Hutniczą w Krakowie i przez wiele lat był kierownikiem dużego hutniczego wydziału Walcowni Uniwersalnej i Blachy. Był człowiekiem niezwykle profesjonalnym w tym co robił, bezpośrednim i lubianym przez pracowników.
Młodszy syn, Leszek, został piłkarzem. Na przełomie lat 50. i 60. stał się podstawowym zawodnikiem KSZO, strzelał bramki dla hutniczej jedenastki. Gdy zapytałem o niego Czesława Kurka i Marka Krajewskiego, byłych piłkarzy KSZO, podkreślali, że Maciek był niezwykle utalentowanym zawodnikiem i szkoda, że tak wcześnie zakończył karierę. Później pan Leszek wyjechał na studia. Ukończył Akademię Górniczo – Hutniczą i… budował Nowy Zakład. Na przełomie lat 70. i 80. został zastępcą dyrektora huty ds. inwestycyjnych. To była jedna z najważniejszych i najbardziej odpowiedzialnych funkcji w ostrowieckiej hucie.
Wojsławscy zapisali się na trwałe w historii naszego miasta. To jedna z najbardziej usportowionych i znanych ostrowieckich rodzin. Już miałem dodać – typowych ostrowieckich rodzin, bowiem przez całe życie związanych z hutą, ale przecież nietypowa, wyjątkowa.
fot. D. Kostkowski

Print Friendly, PDF & Email

One thought on “Zapłacili życiem za wywieszenie biało-czerwonej na hutniczym kominie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *