Zakochana we Włoszech

Lidia Hert połowę swojego dotychczasowego życia spędziła we Włoszech. Jak mówi, zakochała się we Włoszech.
Tam też poznała swojego męża Włocha, Aiello Paolo. Po 27-letnim pobycie we Włoszech w Neapolu wraz z mężem postanowili wrócić do Ostrowca Świętokrzyskiego.
Lidia Hert do Włoch wyjechała w latach 90. do pracy jako młoda kobieta. Do wyjazdu, jak wspomina, popchnęła ją sytuacja rodzinna, ale gdzieś w głębi serca pragnęła podróżować i zobaczyć inny świat. Ojciec L. Hert pracował w ostrowieckim zakładzie Budostal, następnie w Mostostalu i stamtąd wyjeżdżał w zagraniczne delegacje – do Libii, Iranu, Iraku. Gdy wracał, często po rocznych kontraktach, mała Lidia wraz z kuzynostwem siadali na dywanie i wsłuchiwali się w opowieści z wielkiego świata.


-Wtedy pomyślałam, ja też chcę gdzieś wyjechać i zobaczyć inne kraje, poznać ciekawych ludzi – wspomina L. Hert. -Jestem po szkole zawodowej, z wykształcenia fryzjerką. Po 2 latach we Włoszech, kiedy nauczyłam się języka, zapisałam się do prywatnego liceum – słyszę. Uznali mi jeden rok tej 3-letniej naszej szkoły zawodowej. Skończyłam liceum wieczorowe i otrzymałam włoski dyplom. Na początku pracowałam jako opiekunka do dzieci. Zajmowałam się trzema chłopczykami. To była fajna rodzina. Tam nauczyłam się języka, bo jak wyjechałam, to nie znałam nawet jednego słowa po włosku. Języka nauczyłam się szybko. Nie miałam kontaktu z Polakami, bo w latach 90. Polaków było bardzo mało we Włoszech. Jeszcze w trakcie liceum byłam guwernantką u lekarza urologa. Gdy skończyłam liceum, wraz z koleżanką otworzyłyśmy opiekę dla dzieci po przedszkolu lub szkole. Odbierałyśmy dzieci z przedszkola i szkoły podstawowej. Wynajmowałyśmy pod tę opiekę mały 3-pokojowy apartament wraz z kuchnią i łazienką. Zawsze miałyśmy 10 dzieci. Dzieci były odbierane przez rodziców o godz. 19.


Lidia Hert z Paolo poznała się w 1995 r., a pobrali się rok później.
-Mąż zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia (śmiech). W Polsce została moja córka, z którą zawsze miałam dobry kontakt – wspomina Lidia. Przyjeżdżałam do Polski na wakacje, a ona do mnie przyjeżdżała. Zawsze czekałam na to, że będzie chciała przyjechać na stałe do Włoch. Obawiała się trochę szkoły włoskiej. W pewnym momencie powiedziała: „mamo jestem zachwycona, zróbmy tak, abym tam już była”. Pamiętam jak córka przyjechała do Włoch jako gimnazjalistka i całe wakacje uczyła się.
Dzieci Paolo dawały jej korepetycje, bo znała tylko pojedyncze włoskie wyrazy. Nauczyła się wszystkiego na pamięć, zdała egzamin do liceum. Lubiła obce języki. W liceum miała już hiszpański, włoski i niemiecki. Później dostała się na studia lingwistyczne. Pracowała w muzeum jako tłumacz. Potem wygrała konkurs w Milano na pracę w fi rmie polskiej. Pracowała w Ustroniu, a potem w tej samej firmie w Łodzi. Tęskniła za morzem. Gdy pojawiła się możliwość wyjazdu do pracy we Francji, decyzję podjęła w kilka godzin. We Francji pracuje i mieszka od 7 lat. Jak przyznaje L. Hert, nigdy we Włoszech nie spotkała się z żadną formą dyskryminacji.

-Zawsze było mi bardzo dobrze – mówi. Gdy przyjeżdżałam do swoich kuzynów i mówiłam jak dobrze mi się żyje we Włoszech, to się wszyscy obrazili, że ja nie jestem patriotką. Byłam bardzo zakochana we Włoszech. Do tej pory kocham Włochy. Najbardziej podobają mi się krajobrazy, wystroje domów, moda włoska. Włochy to jest taki kraj, który trzeba zobaczyć, by go przeżyć.
-Włosi bardzo kochają kobiety, bardzo je szanują. Polki uważają za przepiękne. Na początku się ich boimy, bo słyszymy „Bella” (piękna) i chcą nas obdarowywać prezentami – mówi Lidia. Dla nas to nie było normalne. Zawsze byłam zdziwiona. Bałam się.
-Włosi, szczególnie południowcy od Neapolu w dół, robią wszystko, aby kobiety się zakochały, umieją się po prostu zachować – mówi Paolo.
Paolo mógł być adwokatem cywilnym, jest po naukach politycznych i po ekonomii. Posiada trzy laurie (dyplomy). Miał swoje biuro rachunkowe, które prowadził od roku 1966.
-W czasie urlopów dużo jeździliśmy po świecie – Lidia wspomina lata spędzone we Włoszech. Udało nam się zwiedzić całą Europę. Mężowi bardzo się podobało w St. Petersburgu w Rosji. Dla południowca to bardzo oryginalne.
-3 lata temu, po odejściu męża na emeryturę, zdecydowaliśmy się przenieść do Ostrowca – mówi L. Hert. Mąż pracował 55 lat. Był czas najwyższy, aby odszedł na emeryturę. Przez ostatnie 5 -6 lat we Włoszech działo się źle, 46 proc. dochodu oddawało się państwu. To bardzo dużo.
O, jak bliskie są Włochy Lidii i oczywiście Paolo, widać po wystroju ich domu. Elementy dekoracyjne, obrazy, meble, porcelanowe ozdoby, rzeźby i wszelakie bibeloty pochodzą wprost z Włoch. Tak mieszkali we Włoszech. Pokaźną kolekcję włoskiego wystroju małżeństwo zawdzięcza Paolo, który wiele lat zbierał wszelakiego rodzaju piękne ozdoby.
-Pasja do zbierania mebli czy porcelany urodziła się we mnie poprzez moich klientów, którzy je wykonywali – mówi Paolo. Gdy chodziłem po zakładach, interesowałem się jak jest wykonywana dana rzecz. To nie był mój sektor, ale lubiłem patrzeć jak wykonywane są te rzeczy.


Włosi lubią otaczać się pięknem. Lubią porcelanę, brąz, drewno. Wiele osób docenia rękodzieło. W Neapolu jest m.in. bardzo wąska uliczka, na której twórcy zajmują się jedynie wykonywaniem fi gurek z gliny, często znanych postaci w świecie sportu, kultury czy polityki.
-Tam jest bardzo kolorowo, często bardzo głośno, bo w Neapolu sprzedaje się na ulicy, nawet jedzenie proste, szybkie, tam nigdy człowiek się nie nudzi – mówi L. Hert. Gdy stoi się na przystanku autobusowym i czeka, powiedzmy 10 minut, to osoba, która stoi obok, podejdzie i zaraz opowie, kiedy się urodziła, kto był jej mężem, kto ją zdradził, jakich ma sąsiadów, co jadła na obiad (śmiech), są bardzo otwarci, co też Polaków na początku dziwi bardzo. Włosi to naród, który lubi się spotykać, bawić, śpiewać, gościć, jeść. Jak jest wigilia, to na nią wszyscy przychodzą, gdy jest babcia i dziadek w domu, to przychodzą dzieci z wnuczkami, przyjaciółmi. Tam jest 20 – 30 osób przy stole. Jemy, rozmawiamy, pijemy wino.
Włosi, na szczęście, darują małą papryczkę, którą należy nosić zawsze przy sobie, w kieszeni, lub jako naszyjnik, bądź w torebce. Włosi produkują także bardzo dobre wino. Zaś na Półwyspie Sorrentyńskim są przepyszne cytryny, z których wytwarzane jest limoncello.
-Najpierw częstują różnymi rodzajami limoncello, są mocno schłodzone – mówi Lidia. Włosi są bardzo gościnni, mają bardzo dobre jedzenie. We Włoszech je się makaron tak jak u nas ziemniaki. To nie jest makaron jajeczny. Grano duro jest zrobiony z mąki wyglądającej jak kasza manna i do tego woda. Ten makaron suszy się naturalnie. Je się go al dente, z groszkiem, z cieciorką, ziemniakami, z pomidorami. We Włoszech wielu mężczyzn gotuje, mają większą wyobraźnię kulinarną, są bardziej kreatywni.
-Bardzo smakują mi polskie zupy, gołąbki, flaczki –przyznaje Paolo.
Paolo, jak przyznaje Lidia, lubi robić wszystkie sosy, prawdziwe spaghetti, które we Włoszech można zjeść z olejem z oliwek, posypać parmezanem.
-Makaron we Włoszech gotuje się 7 minut tylko al dente, ponieważ szybciej się go trawi i nie jest tuczący, nigdy się nie przelewa go zimną wodą, bo to grzech – mówi Lidia. Włosi mają mnóstwo form makaronu. Każdy region ma swoje ulubione. Włosi zwracają dużą uwagę na modę, mężczyźni noszą koszule z lnu czy prawdziwej bawełny, szyją ubrania na miarę. We Włoszech jak kobieta wychodzi za mąż, to zostaje przy nazwisku rodziców. Tylko dzieci noszą nazwisko ojca.
-Jest bardzo dużo osób starszych. Długo żyją, bo dbają o zdrowie, nie piją alkoholu. Zwracają uwagę na jedzenie. O zdrowie dbają od małego – relacjonuje Lidia. -Mąż opowiadał, że jak był mały, to jemu i jego rodzeństwu mama dawała zastrzyki z wapna i żelaza co roku na wiosnę, a na jesieni podawała im rycynę do picia –mówi L. Hert. Starsze siostry Paola, jedna 86 lat, druga 89 lat, prowadzą jeszcze samochody. Włosi kochają także słońce.


Jak podkreśla Paolo, Włosi zawsze mieli do narodu polskiego duży szacunek.
-Naród polski walczył przeciw wrogom, a pod Monte Casino na pierwszej linii frontu – mówi Paolo. Polacy dużo wycierpieli. Z jednej strony wolność zabierała Polsce Rosja, a z drugiej Niemcy. Wygląda na to, że w ostatnich 10 -20 latach Polska stara się walczyć o siebie.
-W hymnie włoskim też mówią o nas, o naszej krwi polskiej przelanej dla ich wolności – mówi Lidia Hert. Lidia i Paolo nie kryją dumy z córki Paolo Federiki Aiello, która jest aktorką teatralną, zaś jej mąż Roberto Giordano aktorem i reżyserem. W 2018 r. gościli ze swoją sztuką „Irena Sendler trzecia matka warszawskiego getta” w Warszawie i Krakowie. Wtedy też poznali obecną na przedstawieniu Elżbietę Fikowską – ostatnie dziecko uratowane z getta, które miało łyżeczkę przy sobie, a była wyniesiona w pudełku na buty.
-Sztuka i teatr był nam zawsze bliski – przyznaje Lidia. Przyjacielem męża jest Mario Santaneli, znany dramaturg nowoczesny, który zdobył zagrodę w Polsce za „Królową Matkę”.
Paolo w Polsce, w naszym mieście, jak przyznaje, czuje się dobrze.
-Mamy spokój, ciszę, bo Neapol jest piękny, ale strasznie głośny – przyznają moi rozmówcy. Decyzję, aby osiąść w moim rodzinnym mieście, było nam łatwiej podjąć, ponieważ dzieci Paolo „wyszły z domu”. Jedna córka Paolo przejęła biuro po mężu, a druga jest aktorką, jego syn wyjechał do Ameryki, osiedlił się w Miami. Moja córka wyjechała do Francji.
I mimo, że Lidii i Paolo żyje się dobrze w Ostrowcu Świętokrzyskim, to obecnie najbardziej brakuje im kontaktów ze znajomymi, przyjaciółmi. Z utęsknieniem czekają także na spotkanie z najbliższymi. Niestety, w pandemii jest to mocno ograniczone.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *