Nowy film ostrowczanina Pawła Ferdka już w Canal+ (zdjęcia, wideo)

Kasia i Tomek udają się na wakacje na Bali. Podróż ta ma dla nich być czymś więcej niż po prostu urlopem – z dala od codzienności, w egzotycznej krainie jak ze snu, chcą poradzić sobie z podkopującym ich relacje kryzysem. Właśnie tak zaczyna się nieoczywista opowieść filmowa, w której mieszają się elementy dramatu, kina przygodowego i horroru. Tak w kilku zdaniach można streścić najnowszy film pt. „Holiday”, Pawła Ferdka – reżysera, który ma swe korzenie w Ostrowcu Świętokrzyskim. Obraz obecnie możemy oglądać na antenie Canal +. 

 

Co zainspirowało Cię do napisania scenariusza filmu Holiday?

Dziesięć lat temu razem z moim przyjacielem, wytrawnym podróżnikiem i współscenarzystą filmu, Arunem Milcarzem, wybraliśmy się morskim autostopem do Nowej Zelandii. Wyruszyliśmy z Singapuru, skąd szybko dopłynęliśmy na Jawę. Wyspa nas wciągnęła, zasiedzieliśmy się. Nocowaliśmy u poznawanych po drodze ludzi, mieliśmy więcej sprytu i uroku osobistego niż pieniędzy. Przemierzaliśmy wyspę od domu do domu, od kuzyna do kuzyna, i w ten sposób trafiliśmy do rodziny w Selo, wiosce położonej na stoku wulkanu Merapi.

Gdzie się zatrzymaliście?

Zamieszkaliśmy w chacie przywodzącej na myśl czasy pierwotne. Na środku izby było palenisko, z którego dym bez pośrednictwa komina unosił się pod powałę. Drzwi zdjęte z jakiejś starej szafy prowadziły wprost z izby do pomieszczenia dla krów. Porozumiewaliśmy się za pomocą śmiechu i gestów. Zasiedzieliśmy się tam w czasie padającego przez tydzień deszczu, gdy drogi były nieprzejezdne. Pewnego wieczora przy palenisku w oparach dymu zrodził się pomysł na historię, którą po wielu szlifach można będzie obejrzeć w kinie.

Co było esencją Waszego pomysłu – zwykłe zderzenie kultur czy może podczas wyjazdu zdarzyło się coś szczególnego, o czym chcieliście opowiedzieć?

Musimy zdać sobie sprawę z sytuacji tamtych ludzi. Mieszkają pod wulkanem, który jest dla nich śmiertelnym zagrożeniem, a jednocześnie uważają, że to właśnie on  dał im życie, bo to wulkany wyłoniły z oceanu tamte wyspy i stworzyły żyzne ziemie dające pożywienie. Czuliśmy, że jesteśmy w krainie żywego mitu, w świecie oswajania na co dzień spraw większych niż pojedyncza biografia, mierzenia się z ostatecznością. Natura jest dla tamtych ludzi bytem posiadającym własną osobowość i ducha.

Wysłałeś swoich bohaterów w bardzo ciekawe, ale i niebezpieczne miejsce.

Średnio co dwa lata następuje niewielka erupcja wulkanu. Ta, która zdarzyła się niedługo po naszym wyjeździe, przybrała katastrofalne rozmiary. W te okoliczności trafia para naszych bohaterów, wakacyjny wyjazd miał przynieść ważny zwrot w ich życiu i relacji. Kasia i Tomek są zanurzeni w swoich osobistych dramatach i nadziejach i muszą się odnaleźć w sytuacji, która wymaga od nich ostatecznego określenia się. To, co miałoby się im kiedyś zdarzyć  – stopniowo, powoli –  wydarza się gwałtownie i dotkliwie. Nasi bohaterowie chcieliby obłaskawić na swoją korzyść siłę, która ich pociągnęła, ale czy zdołają utrzymać się na jej fali? Podobnie miejscowa społeczność chce swoim prastarym zwyczajem obłaskawić gniew wulkanu. I właśnie w tym momencie na ich horyzoncie pojawiają się Kasia i Tomek.

Jak obłaskawia się gniew wulkanu?

Na przykład poprzez składanie darów. Wypytaliśmy o to sąsiada naszych gospodarzy, który znał parę słów w języku angielskim. Raz w roku ze wsi wyrusza uroczysta procesja, prowadząca zwierzęta hodowlane, głównie krowy, kozy i kury, na sam szczyt wulkanu, gdzie są składane w ofierze poprzez wrzucenie do krateru. Podobno w dawnych czasach to samo robiono z ludźmi. W naszej filmowej wizji chodziło zatem o to, by w taką rzeczywistość zaprosić ludzi żyjących w świecie racjonalno–materialnym. Ludzi, którzy ciężko pracują w Warszawie na spłatę kredytu, na swój życiowy komfort i osobiste spełnienie. I nagle trafiają do miejsca, w którym odczuwają napięcie emocjonalne i ruchy tektoniczne…

Swoim filmem dużo mówisz o współczesnej kondycji człowieka – o aktualnym spojrzeniu na związki, o relacjach, o racjonalnym myśleniu. O tym, jak łatwo może rozbić się to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Nasza bańka wydaje się bardzo stabilna, ale w zderzeniu z czymś obcym natychmiast uchodzi z niej powietrze.

To prawda, udało się sporo powiedzieć o kondycji i naszych fiksacjach jakby mimochodem, bo film w gruncie rzeczy jest awanturniczym zanurzaniem się w inny świat, oddalaniem się od wyuczonej kultury, a nawet od języka, bo przez ostatnie 25 minut filmu pada raptem kilka zdań. Bańka w filmie nieuchronnie zmierza do spotkania z inną, lecz obie potrzebują się nawzajem. Czy nasza bezpieczna bańka pęka przez zderzenie z czymś obcym? Mamwrażenie, że Kasia i Tomek od początku próbują ją przebić, nieświadomie i nieporadnie. Właśnie dlatego, że jest bezpieczna, stała się zbyt ciasna i nie tylko krępuje ruchy, ale wręcz dusi. Przecież oni sami wplątują się w awanturę.

Wasza wyprawa miała miejsce 10 lat temu. Dlaczego tak długo czekaliśmy na film?

Produkcja powstawała powoli, bo takie mieliśmy tempo. Pomysł rozwijał się, obrastał w kolejne sceny i dialogi. Długo szukałem kogoś, kto podjąłby się współpracy aż w końcu trafiłem na Mikołaja Pokromskiego. Finansowanie i przygotowania pochłonęły kolejne lata, bo działaliśmy w zupełnie innym środowisku niż to, które było nam znane. Zdobywaliśmy nową wiedzę i nowe terytoria. Indonezyjczycy są cudownymi ludźmi, jednak mają inne podejście do kwestii organizacyjno–zadaniowych. Już w trakcie przygotowań obserwowaliśmy zderzenie kultur. I to wszystko zajęło wiele czasu. Ale myślę, że to dobrze, bo kilka lat temu ten film byłby inny. A jestem zadowolony z efektu.

Jak ci się podobała praca w zespole złożonym z Polaków, Indonezyjczyków i Niemców?

To samo w sobie brzmi jak początek dobrego dowcipu. Przygotowania i okres zdjęciowy to była przygoda i ogromne wyzwanie. To była wymagająca praca, dająca dużo satysfakcji, praca kreatywna i nieprzewidywalna. Bardzo dużo się nauczyłem. Myślę, że making of naszego filmu może być jedną z lepszych tego typu historii w świecie polskiej kinematografii. W celu przygotowania produkcji wybraliśmy się kilka razy na Bali i Jawę. Pierwotnie planowaliśmy zdjęcia na wulkanie Agung na Bali. „Agung” zresztą to tytuł filmu poza polską dystrybucją. Góra jest jednym z głównych bohaterów opowieści – jest spiritus movens, punktem odniesienia. Tuż przed zdjęciami nastąpiła potężna erupcja Agunga, która trwała miesiącami. Konieczne było wyznaczenie strefy ewakuacyjnej. Nie jestem pewien, czy dym nie unosi się do tej pory.

Jak to na was wpłynęło?

Przerzuciliśmy się w miejsce, w którym wszystko się zaczęło, czyli do wioski Selo pod wulkanem Merapi. Miejscowi o dziwo mnie pamiętali, więc łatwiej było nam się zaaklimatyzować. Weszliśmy naprawdę głęboko w ich życie codzienne, nie byliśmy tylko ekipą filmową. Ale co z tego, skoro Merapi wszedł w fazę erupcji. Wioska nie została na szczęście ewakuowana, ale wszystkie zdjęcia, które zaplanowaliśmy na zboczach wulkanu, musieliśmy przenieść w inne miejsce.

Dokąd Was poniosło tym razem?

Indonezyjczycy zaproponowali nam znany, turystyczny wulkan Bromo we wschodniej części Jawy. Rozpoczęliśmy proces zdobywania pozwoleń, w trakcie którego wulkan eksplodował i straciliśmy kolejną lokację. Miejscowa część ekipy znalazła inną górę o podobnej sylwetce co Agung – Sinabung na wyspie Sumatra. Ale znów nastąpiła erupcja i plany się posypały. To się czasami zdarza, bo wulkany znajdują się w tak zwanym pasie ognia, który ciągnie się przez całą Indonezję i Filipiny. Potrafią wybuchać seriami. W końcu znaleźliśmy w nasze wiosce Selo przewodnika, który zgodził się wprowadzić nas na wulkan pod osłoną nocy, omijając check pointy. Nakręciliśmy zdjęcia na Merapi, który nieustannie dymił, ale był bezludny i cały dla nas.

Tego filmu nie byłoby gdyby nie wulkan i para głównych aktorów. Jak znalazłeś Annę Krotoską i Marcina Czarnika?

Miałem określone typy bohaterów. Marcina obsadziłem dość wcześnie, trochę przypadkiem podsunął mi go Grzegorz Jarzyna. Natomiast poszukiwania aktorki do głównej roli kobiecej trwały dłużej. Anię podpowiedziała mi przyjaciółka. Kiedy zobaczyłem jej zdjęcia, wiedziałem, że to musi być ona. I okazała się świetnym wyborem. Zadzwoniłem do niej – wcześniej się nie znaliśmy – i powiedziałem, że mamy w planach nakręcenie filmu na Bali. Zaniemówiła na dobre pół minuty, po czym powiedziała mi, że dopiero co była przez dłuższy czas na wyspie i zgodziła się bez wahania.

-Dziękuję za rozmowę.


Zdjęcia filmowe

 

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.