Pasja ukryta nie tylko w kapeluszach

Kapelusze, czapki, toczki, futrzane kołnierze, niegdyś były nieodłącznym elementem życia Zofi i Jurkowskiej –Zaczkiewicz.
Jej pracownia modniarska cieszyła się olbrzymim zainteresowaniem nie tylko wśród mieszkańców Ostrowca Świętokrzyskiego. Któż w latach 70. nie znał pani Zosi? Modystki, która ubierała niemalże całe miasto. Dziś już nikt nie kontynuuje pracy w tym zawodzie. Po pracowni modniarskiej zostały jedynie wspomnienia, którymi chętnie dzieli się jej właścicielka.
Z panią Zosią spotkałam się w jej przytulnym mieszkaniu, którego wyposażenie zdradza jej zamiłowanie do sztuki. Znajdujące się w nim przedmioty kryją dużo wspomnień, do których pani Zosia przywiązuje wraca z ogromnym sentymentem. Są to chociażby bilety z teatru, z opery warszawskiej, z rejsu Stefanem Batorym do Anglii z lat osiemdziesiątych czy też stare fotografi e, dokumenty będące częścią rodzinnej historii. Pani Zosia jest niezwykle serdeczną, otwartą na świat i ludzi osobą. Lubi sztukę, dobry smak, styl z nutą ekstrawagancji, a może nawet szaleństwa. Jest pełna pozytywnej energii, lubi podróże i dzieli swoje życie pomiędzy Ostrowcem, a Warszawą, skąd pochodzi rodzina jej ojca, który urodził się na Mariensztacie.
Dziś pani Zosia jest już na emeryturze, choć zdarza jej się wykonywać nakrycia głowy, lecz jedynie dla przyjaciół na wyjątkowe okazje. Czasem, wśród przypadkowych przechodniów, gdzieś na ulicy, zdarzy jej się wychwycić dzieło swoich rąk i wtedy budzą się wspomnienia…
U warszawskiej modystki
16–letnia Zosia spędzała mnóstwo czasu w pracowni Marii Gruszczyńskiej, warszawskiej modystki, która miała swoją pracownię w „Wąskiej Uliczce”, podpatrując jej pracę.
-Pani Maria pochodziła z Warszawy. Do Ostrowca przyjechała zaraz po wojnie. Otworzyła pracownię w Wąskiej Uliczce. Często tam przychodziłam z mamą, która była jej stałą klientką. Obie przyjaźniły się, więc kiedy rozmawiały przy kawie, ja krzątałam się pomiędzy drewnianymi modelami, oglądając nakrycia głowy i dotykając formy. Bardzo mnie to inspirowało i ciekawiło. Cieszyłam się bardzo, że mogę wykonywać tę pracę. Rozpoczęłam naukę w liceum, jednak cały czas biegałam do pracowni pani Marii. Chciałam uczyć się zawodu. I tak, kapelusze stały się moją pasją. Zrobiłam maturę i kontynuowałam naukę na kierunku dekorator wnętrz i wystaw w Krakowie. Marzyłam o tym, aby mieć swój zakład i tworzyć nakrycia głowy –mówi pani Zosia.
Ubierała Ostrowiec, a nawet Hankę Bielicką
Pani Zosia przez prawie 40 lat prowadziła swoją pracownię – Modniarstwo Eleganckie. Najpierw w Wąskiej Uliczce, uczyła się zwodu, potem na ul. Siennieńskiej 10, wynajmowała lokal, zaś później na Okólnej miała już własną. Pracownię. Szybko pozyskała zacną klientelę. Nakrycia głowy zamawiały u niej znane ostrowieckie rodziny. Robiła na zamówienie kapelusze, toczki , futrzane czapki i kołnierze na różne okazje, w najmodniejszych fasonach, kolorach i stylach. Podpatrywała je z różnych czasopism, ale też uczestnicząc w targach i pokazach mody. Pomagały w tym liczne kontakty z rodziną w Warszawie oraz znajomości za granicą.
-Były to niełatwe czasy. Nie było materiałów. Musiałam sobie jakoś radzić. Często wyjeżdżałam do Warszawy, Poznania czy Bielska –Białej. Starałam się ściągać najmodniejsze fasony, dodając swoje elementy, co tworzyło niepowtarzalną całość. Dopasowywałam nakrycie głowy do stylu klientki, kształtu jej twarzy, ulubionego szyku. Często moje modele były dość odważne, a nawet szalone –wspomina pani Zosia.

Jej prace trafiały także na warszawski rynek, zyskując stałych klientów. Nakrycia głowy wstawiała do salonu „Leda” na ul. Kruczej i do „Mody Polskiej” na ul. Ordynackiej. Jej częste wyjazdy do Warszawy wiązały się również z zamiłowaniem do sztuki. Przy okazji tych wizyt, chętnie odwiedzała teatr, operę czy bywała na innych premierach. Tak też było w 1975 r. w „Domu Chłopa” z z recitalem Hanki Bielickiej.
-Poszłam tam z koleżanką. Podczas występu zamarzyłam sobie, aby Hanka Bielicka miała wykonane przeze mnie nakrycie głowy. Po recitalu udałam się za kulisy i powiedziałam, że chcę ją ubrać w mój kapelusz. Artystka zgodziła się i zamówiła różowy kapelusz z dużym rondem –wspomina pani Zosia.
Wśród jej klientek była też aktorka Krystyna Sienkiewicz, która zamówiła zielony kapelusz. Częste wizyty w Warszawie owocowały znajomościami z wyjątkowymi osobowościami bohemy artystycznej stolicy.
Praca pani Zosi wymagała częstych wyjazdów. W tamtych czasach zdobycie własnego auta było nie lada wyczynem. Pani Zosi to się udało. Była jedną z pierwszych kobiet w mieście, która w latach osiemdziesiątych jeździła własnym, kremowym „maluchem”. Jak mówi, objechała nim całą Polskę.
Szanujmy wspomnienia….
Pani Zosia w rozmowie ze mną często wracała do wspomnień swoich korzeni. Ma duży szacunek do przeszłości i historii, które budują naszą tożsamość. Jak mówi, jest to winna swoim przodkom. Wśród rodzinnych dokumentów znajdują się te, poświęcone jej wujowi Romanowi Witkowskiemu, bratu jej mamy. Niegdyś, przed wojną prowadził on cukiernię, znajdującą się przy skrzyżowaniu ulic Kilińskiego i obecnej alei 3 Maja. Tam skupiało się życie towarzyskie miasta. Tam też poznali się jej rodzice –Marianna i Tadeusz.
-Tato pochodził z Warszawy. Do Ostrowca przyjechał w czasie wojny. Do cukierni przyszedł wraz z kolegą. Tam poznał moją mamę. Bardzo się w niej zakochał. Cukiernia była wyjątkowym miejscem, skupiającym „śmietankę towarzyską” miasta. W 1942 r. Niemcy zorganizowali „łapankę” i jedną ze schwytanych osób był mój wuj, Roman Witkowski. Bardzo długo nie wiedzieliśmy co z nim się stało. Nie było żadnych informacji. Na prośbę mamy pisałam do różnych instytucji, aby poznać jego losy. Dopiero w 2009 r. z Państwowego Muzeum Auschwitz –Birkenau w Oświęcimiu otrzymałam list z informacją, że wujek przebywał w obozie przez dwa miesiące. Zmarł w wieku 36 lat, a oficjalną przyczyną jego śmierci była opuchlizna osierdzia –mówi pani Zofia.
Inaczej potoczyły się losy drugiego brata mamy pani Zosi, Jana Witkowskiego, który był pilotem. W czasie wojny brał udział w bitwie pod Monte Cassino oraz w bitwie o Anglię.
-Swoje życie związał z Wielką Brytanią. Za męskość i odwagę został odznaczony Orderem Virtuti Millitari. Rodzina także niewiele wiedziała o jego losach. Po wojnie nie powrócił do kraju. W Anglii poznał Lilly Beton. Była sekretarką Winstona Churchilla i pochodziła ze znanego, arystokratycznego rodu. Ze względów bezpieczeństwa wujek przyjął jej nazwisko. Wysyłane przez niego listy ginęły gdzieś po drodze. Dopiero w latach siedemdziesiątych udało nam się nawiązać kontakt i wujek przyjechał do Polski. Dwukrotnie odwiedziłam go w Anglii. Pierwszy raz w 1972 r. Lubiłam te podróże. Wtedy tam, za żelazną kurtyną, był inny świat –wspomina pani Zosia.
Wśród ogromu dokumentów i zdjęć jest jeszcze jedna ciekawa postać, kuzyna ojca pani Zosi – Stanisława Szwarca –Bronikowskiego, reżysera, podróżnika, autora esejów, redaktora tygodnika „Dookoła świata”, kolegę W. Cejrowskiego.
-Ze Stasiem wiąże się pewna anegdota i to bardzo prawdziwa –mówi pani Zosia. – Po ukończeniu szkoły podstawowej, kontynuował naukę w gimnazjum w Sandomierzu. I tam na świadectwie w 1930/ 31 roku, wśród pozostałych dobrych ocen, jest dwója z geografii. Dziś chyba nikt nie uwierzyłby w to, że wuj, który znał niemalże cały świat, miał ocenę niedostateczną z tego przedmiotu – śmieje się pani Zosia.


Nie trzeba bać się marzeń
Choć pani Zosia często wspomnieniami wraca do przeszłości, wciąż śmiało patrzy w przyszłość i realizuje swoje marzenia. Nadal jest aktywną osobą i ma głowę pełną pomysłów. Wyjeżdża na koncerty, z przyjaciółmi odwiedza ciekawe miejsca. Uczestniczy w imprezach dla seniorów w Ostrowcu i Warszawie, chętnie spędza czas na basenie. Wciąż brakuje jej czasu. Aktywnie uczestniczy w życiu kulturalnym nie tylko Ostrowca. Lubi spotykać się z ludźmi, chętnie służy pomocą. Przywołuje w pamięci rady swojej mamy – aby być dobrym człowiekiem i dzielić się z innymi. Pani Zosia dzieli się z ludźmi swoją dobrą energią, radością i pozytywnym myśleniem.
-Nadal jestem ciekawa świata. Kocham życie i ludzi. Zawsze pomalutku osiągałam swoje cele. Byłam odważna i nie bałam się realizować swoich marzeń. To zostało mi do dziś. Chcę chłonąć życie, cieszyć się nim i wykorzystać każdą chwilę. Jestem otwarta na świat i ludzi, może trochę szalona. Jednak jest to mój sposób na życie. Nie lubię monotonii i byle jakości, to mnie męczy. W życiu tak jest, że wciąż musi się coś dziać – mówi pani Zosia.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *