Michał Listkiewicz: -Kibicuję KSZO, bowiem pozostał sentyment do tego klubu…

– Dawno nie widzieliśmy pana w Ostrowcu?

– Ponieważ przeniosłem się z Warszawy do Gdyni i teraz mam spory kawałek drogi do waszego miasta. Ożeniłem się nad morzem i tam jest teraz moje miejsce na ziemi. Działam obecnie w Gdyni, jestem wiceprezesem III-ligowego Bałtyku. Szybko się tam odnalazłem. Trójmiasto jest pięknym, nowoczesnym, dynamicznie się rozwijającym się ośrodkiem z bogatą ofertą sportową, ponieważ Gdańsk, Sopot i Gdynia posiadają mocne kluby we wszystkich dyscyplinach sportu. Ale odwiedzam Warszawę, mam tam przecież rodzinę, synów, wnuczki i mój ukochany klub Polonię Warszawa. Jednak do Ostrowca mam szczególny sentyment, ponieważ razem ze Stanisławem Bobkiewiczem tworzyliśmy tu wspaniałe rzeczy.
– Kiedy pierwszy raz przyjechał pan do naszego miasta?
– Ponad trzydzieści lat temu. W Słubicach odbywały się mistrzostwa Polski amatorów, a mnie wtedy sędziego ligowego poproszono do sędziowania. Przyjechały tam drużyny z fabryk, kopalń. W eliminacjach startowały dziesiątki tysięcy zawodników. Staszek Bobkiewicz był jednym z głównych organizatorów tej imprezy. Zaprosił mnie wtedy do Ostrowca i poznał z działaczami KSZO i z kibicami. Później podziwiałem, jak w Ostrowcu powstawała piłkarska potęga.
– Był pan częstym gościem przy ul. Świętokrzyskiej na pierwszoligowych meczach?
– Z wielką radością przyjeżdżałem do Ostrowca już jako sekretarz generalny i prezes PZPN, bowiem stworzyliście wtedy niesamowity klimat dla piłki. Zresztą, każdy, kto tu przyjechał, był pod wrażeniem atmosfery na stadionie. No i sam obiekt, jak na tamte czasy, uważany za jeden z najnowocześniejszych w kraju. Zawsze się śmiałem jak miejscowi koledzy dogryzali działaczom i szkoleniowcom z Kielc, mówiąc jak chcecie zobaczyć porządna piłkę, to przyjedźcie do nas do Ostrowca. Kielczan to trochę denerwowało.
– Wszyscy wiedzieli o przychylności prezesa Listkiewicza do organizacji meczów międzypaństwowych w Ostrowcu?
-Nie ukrywam, przekonywałem kolegów z PZPN, m.in. ówczesnego wiceprezesa Zbigniewa Bońka do waszego miasta. Kiedyś było takie myślenie, że tylko Warszawa jest odpowiednim miejscem do rozgrywania spotkać reprezentacyjnych. Gdzie tam będziemy jeździć po prowincji – słyszałem od kolegów. Odpowiadałem: tam ludzie też czekają na reprezentację. Też są obiekty. A oni, że tam nikt nie przyjdzie na mecz. Ale jak przyjechali do Ostrowca, zobaczyli pełny stadion, poczuli atmosferę meczu, dowiedzieli się, że w ciągu trzech godzin wysprzedały się wszystkie bilety, to się szybko przekonali do prowincji.

Co poniedziałek szukam wyników spotkan dwóch moich druzyn: Polonii Warszawa i KSZO Ostrowiec. Kibicuję KSZO, bowiem pozostał sentyment do tego klubu – twierdzi Michał Listkiewicz, wieloletni prezes PZPN i znany arbiter miedzynarodowy.

– Jak odbierali Ostrowiec reprezentanci, trenerzy, zaproszeni goście?
– Ocena wyjazdu i organizacji meczu zawsze była wysoka. Po prostu, jesteście bardzo gościnni, otwarci. Nie były to zwykłe standardowe imprezy: mecz i spotkanie pomeczowe, ale zawsze były przygotowane wycieczki. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na wszystkich wizyta w fabryce porcelany w Ćmielowie. Na jedno ze spotkań przyjechał do Ostrowca trener reprezentacji Izraela, Szelomo Szarf, bardzo znana osoba w piłkarskim świecie i mówił, że pierwszy raz widzi, żeby w takim średnim ośrodku powstał tak silny klub z tak okazałym stadionem.
-Wtedy popularność piłki wykroczyła poza miasto. Na mecze przyjeżdżali ludzie z Kielc. Starachowic, ościennych województw. Region też miał głód piłki?
– Podstawowe było zainteresowanie zwykłych mieszkańców. Na meczach reprezentacji rozgrywanych w stolicy dominowali ludzie w białych koszulach, którym zależało przede wszystkim na tym, by pokazać się na trybunie. U was na Świętokrzyską walili ludzie z całego regionu, widać było, że dla nich taki mecz był świętem, sportowym przeżyciem. Bywałem też w waszym mieście na meczach bokserskich i do dziś pamiętam atmosferę w hali i oczywiście dyskusje z kibicami o sporcie. Potrafiliście też stworzyć pierwszoligową drużynę siatkarską. Poznałem tu oddanych działalności sportowej ludzi m.in. Zdzisława Kałamagę i Zbyszka Pacelta, który moim zdaniem był najlepszym w Polsce organizatorem, jeśli chodzi o sport, szefem misji olimpijskiej. Zbyszek zawsze podkreślał „mój Ostrowiec”.
– Dla pana największym wyzwaniem organizacyjnym były zapewne Mistrzostw Europy w piłce nożnej w Polsce i na Ukrainie?
– Zdecydowanie, ale bardzo pomógł nam wtedy Staszek Bobkiewicz, który z Adamem Olkowiczem z Lublina odpowiadał za kontakty ze stroną ukraińską i był w tej głównej grupie organizacyjnej. Część kolegów ze związku nie wierzyła na początku, że możemy otrzymać taką imprezę; mówili, że to jakaś mrzonka i że porywamy się z motyką na słońce. Nie bez powodów w gabinecie Staszka wisi okazały proporzec „Przyjaciel EURO 2012”. Takich proporców jest w Polsce tylko sto. Otrzymali je znani ludzie ze świata polityki, biznesu, sportu i kultury.
– Jak się pan odnalazł w życiu po zakończeniu kadencji prezesa PZPN?
– Nie ukrywam, na początku było ciężko. Nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Często przychodziłem do PZPN. Prezesem byłem 10 lat, wcześniej wiceprezesem i sekretarzem generalnym. Zaczynałem od pracy w dziale zagranicznym PZPN. Działalność w sporcie, w piłkarskim związku była dla mnie całym życiem. Z perspektywy czasu żałuję, że nie powalczyłem o jeszcze jedną kadencję. Zapewne zostałbym wybrany, ale czułem się zmęczony tymi ciągłymi atakami, wtrącaniem się polityków, agresją niektórych dziennikarzy. Rodzina miała tego dosyć. Ostatecznie zdecydowałem, że nie będę się ubiegał o kolejną kadencję i oddałem stery związku w ręce Grzegorza Lato. Zostałem jednak przy piłce. Przez dwa lata pracowałem w Czechach, a później w Armenii. Jestem aktywny na forum FIFA i UEFA jako obserwator lub delegat. Bez piłki nie mogę żyć i cieszę, że jako działacz III-ligowego Bałtyku Gdynia coś mogę zrobić także dla mniejszej społeczności.
– Po panu nastała w PZPN era wybitnych piłkarzy, ale nie osiągnęli oni więcej, jeśli chodzi o wyniki reprezentacji?
– Przyznam się, że z pewnym dystansem, żeby nie powiedzieć rozbawieniem podchodzę do oświadczeń, że teraz oto zaczyna się nowa epoka w piłce i w PZPN. Działalność sportowa charakteryzuje się ciągłością. Nigdy nie odżegnywałem się od tego, co zrobili moi poprzednicy. Co prawda byłem w konflikcie z poprzednikiem Marianem Dziurowiczem, ale doceniałem jego wkład. Wychowałem się przy panu Kazimierzu Górskim, który był najwspanialszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałem i który mi po trosze zastępował ojca. To był bardzo mądry człowiek, świetny psycholog. Piłkarze z tej pamiętnej drużyny Kazimierza Górskiego, wielokrotnie podkreślali, że grali m.in. dla niego, bo nie wypadało go zawieść. Jako trenera podziwiałem pana Kazimierza tylko w telewizji. Później miałem przyjemność pracować z nim. Kazimierz Górski pełnił funkcję prezesa PZPN, ja natomiast byłem wiceprezesem.
– EURO odmieniło naszą bazę. Powstały piękne stadiony, które do dziś są naszą wizytówką?
– Wynik sportowy na EURO w 2012 roku nie był taki, na jaki oczekiwali kibice, ale zostały po nim stadiony, ośrodki treningowe, hotele, lotniska. Wcześniej mieliśmy spore problemy z wyborem w kraju odpowiedniego miejsca na zgrupowane kadry, oczywiście poza ośrodkami olimpijskimi w Cetniewie czy Spale. Obecnie, dobre zagraniczne drużyny przyjeżdżają na zgrupowania do naszego kraju.
-Wybiera się pan na ciekawsze mecze EURO?
– Tym razem nie pojadę na EURO, będę ekspertem ds. sędziowskich w telewizji. Otrzymałem taką propozycję i z przyjemnością się z tej roli wywiążę. Sędziowanie to też moja życiowa pasja.
– Po raz pierwszy nie będzie polskiego arbitra na EURO?
-Pechowo zabraknie Szymona Marciniaka. Problemy zdrowotne wykluczyły go z tej imprezy. Ucierpiał na tym także mój syn, który jest asystentem Szymona Marciniaka, ale trzeba się z tym pogodzić. Za to pojedzie trzech innych Polaków: Paweł Gil z Lublina, który w mojej ocenie jest najlepszym sędzią VAR na świecie, Bartosz Frankowski z Torunia jako sędzia techniczny i Marcin Boniek, bratanek Zbigniewa jako rezerwowy asystent.
-Pan też zaczynał jeśli dobrze pamiętam przygodę międzynarodową jako sędzia techniczny na mistrzostwach?
-Jako sędzia techniczny do robienia zmian, ale miałem wtedy okazję podpatrzeć pracę najlepszych arbitrów na świecie i za chwilę pojechałem jako sędzia główny na olimpiadę a dwa lata później w mistrzostwach świata dotarłem do finału. Nieraz warto pojechać na dużą imprezę po naukę.
–Dziękuję za rozmowę.
fot. pzpn.pl

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *