Wyśniony świat figurek Basi Batugowskiej

Pani Barbara należy do grona znanych denkowskich rodzin garncarskich.
Tego niezwykłego fachu nauczyła się u ojca. Na strychu domu przy ulicy Garncarskiej w Denkowie, schowanych jest ostatnich kilkanaście figurek z gliny. Większość, poprzez Cepelię i spółdzielnię pracy z Iłży, rozeszła się po świecie.
Tradycje garncarskie

Stanisław Kaczmarski podczas przerwy w pracy
Stanisław Kaczmarski podczas przerwy w pracy

Pytamy na denkowskim Rynku o słynne garncarskie rodziny. Dwie starsze panie kierują nas na ulicę Garncarską do posesji Batugowskich. Obok Górczyńskich, Wiąków, Kaczmarskich należeli oni do najbardziej znanych i cenionych rodzin, od pokoleń zajmujących się wypalaniem przedmiotów z gliny. Zanim siedliśmy do rozmowy w przytulnej kuchni, gospodyni przyniosła ze strychu ostatnie figurki ze swojej rodzinnej kolekcji i teczkę z pożółkłymi już gazetami z poprzedniego wieku, folderami z wystaw w Krakowie, Warszawie i zdjęciami, wykonanymi przez znanych świętokrzyskich fotografików: Pawła Pierścińskiego i Aleksandra Salija.
Gdy dziadek pani Barbary wrócił z Ameryki, któregoś dnia zawołał jej ojca.
-Pójdziemy synu do Denkowa, tam kupię ci dom –powiedział do zaskoczonego, wtedy jeszcze kilkunastoletniego chłopaka. Akurat była do sprzedania posesja przy ulicy Garncarskiej. I tak zaczął się denkowski okres rodziny naszej bohaterki.
-Tata w młodości pracował w cegielni u Klepackiego przy wykonywaniu garnków. Jako dziewczynka nosiłam mu do zakładu przy zbiegu ulic Sandomierskiej i Opatowskiej obiady, Tam poznał naszą matkę, która przez kilka lat również pracowała w cegielni, a pochodziła z Wólki Bodzechowskiej. Założyli rodzinę i zamieszkali w kupionym domu w Denkowie.
Już wtedy Stanisław Kaczmarski marzył o własnym zakładzie. Pani Barbara wspomina rozmowy z ojcem w warsztacie w czasie pracy.
-Często mi opowiadał, że jako dziecko pasał na łąkach bodzechowskich krowy i w południe, gdy zabierano je do gospodarstw na dojenie, miał z reguły 2 godziny wolnego czasu .Wtedy szedł do garncarza Wiąka na ulicę Niewiadomą i przyglądał się jego pracy. Był szczęśliwy, gdy ten pozwolił mu strugać glinę. Garncarstwo śniło mu się po nocach. Jeden z braci ojca został szewcem, drugi stolarzem, a ojciec garncarzem, choć babcia podobno sprzeciwiała się temu. Uważała, że to „dziadowski” zawód i ponoć bywało tak, że szła do Wiąka z miotłą i przeganiała syna do domu. Ale zamiłowanie do garncarstwa zwyciężyło. Gdy rodzice się pobrali, ojciec jakiś czas pracował w zakładzie w Wierzbniku i zbierał pieniądze na przygotowanie własnego warsztatu, a szczególnie własnego pieca do wypalania.
„Indorki” i „ptaszki”

Pani Basia z mamą i siostrą
Pani Basia z mamą i siostrą

Panu Stanisławowi wiodło się nie najgorzej. Przed wojną doniczki i figurki kupowali od niego Żydzi. Przyjeżdżali też na zakupy do Denkowa właściciele okazałych domów z ogrodami. Z garncarstwa utrzymywał rodzinę, czyli żonę i czworo dzieci. Z nadejściem zimy zamykał warsztat, bowiem glina zamarzała i nie dawała się formować. W tym czasie zajmował się szewstwem. Żonie i córkom szył pantofelki. W wojnę pani Helena zabierała kilkanaście par obuwia i jechała na wieś. Za uzyskane pieniądze kupowała: kasze, nabiał i mięso.
-Kiedy dzieci podrosły, mama miała więcej czasu. Po ugotowaniu obiadu przychodziła do warsztatu ojca. Strugała i ugniatała glinę – wspomina pani Barbara. -Glina musiała być dobrze wyrobiona, bo inaczej rwała się garncarzowi na toczku. Któregoś dnia mama zaczęła lepić figurki, m.in. „indorka” (indyka), którym później zachwycali się fachowcy. Po wypaleniu miały one przepiękny odcień. Pewnego razu przyjechał do Denkowa prof. Zaręba z Kielc. Natychmiast zwrócił uwagę na te figurki i zapytał: któż to stworzył te cudeńka? Moja żona – odpowiedział z dumą ojciec.
Na początku lat 50. większość naszych garncarzy, w tym również pan Stanisław, zapisała się do Spółdzielni Chałupnik w Iłży. Spółdzielnia zaopatrywała ludowych twórców w potrzebne surowce i materiały do produkcji, a co najważniejsze – kupowała całą ich produkcję: gliniane wazony, misy, figurki. Później większość tych wyrobów sprzedawano za dewizy za granicą. Nic więc dziwnego, że, otrzymywali za nie przyzwoite pieniądze.  Glinę garncarze kopali na Kątach Denkowskich. Przed wojną i po wyzwoleniu podjeżdżali tam wozami konnymi i zabierali do warsztatów drogocenny dla nich surowiec. Profesja ta była w tamtych czasach niezwykle popularna. Najwięcej garncarzy mieszkało na Kątach Denkowskich, w Denkowie i w Sudole. Tereny w rejonie Kątów Denkowskich ludzie nazywali kopalnią. Pani Barbara też kilka razy pojechała tam z ojcem i siostrą. Nie spodziewała się, że te pokłady usytuowane są tak głęboko, iż trzeba się było napracować przy ich urobku.
Wystawy i nagrody
W młodości nasza bohaterka nie myślała o garncarstwie. Dzięki pomocy znajomych dostała pracę w sklepie w Bodzechowie. Któregoś dnia wszedł do sklepu młody mężczyzna. O coś tam zapytał, a po kilkunastu miesiącach byli już małżeństwem. Zamieszkali w Denkowie. Mąż pani Barbary pochodził z Opatowa. Rodzina ta znana jest z tradycji piłkarskich. Wywodzą się z niej Andrzej i Janusz Batugowscy, znakomici piłkarze KSZO Ostrowiec.
– Kiedyś przyszłam z synem do rodziców, żeby pomóc ojcu w przygotowaniu gliny, bo garncarstwo to ciężka praca. Mama lepiła w warsztacie Z dumą mówiła, ile wzięła pieniędzy z Iłży za sprzedany towar. .Pomyślałam, że skoro mama potrafi, to ja z pewnością też muszę mieć jakieś predyspozycje w tym kierunku. Zaczęłam lepić „indorka”, ale zamiast niego wyszedł mi piękny „pawik”. Później zaczęłam lepić kurki, kogutki, ptaszki – podobno znakomicie sprzedawały się w sklepach. Iłża domagała się tego typu wyrobów.
Do rodziny Kaczmarskich  zaczęły przychodzić zaproszenia na wystawy. Wspólnie z mamą i siostrą, która również zaraziła się bakcylem garncarstwa, były na kilku wystawach twórczości artystycznej i twórczości i ludowej, m.in. w Warszawie, Krakowie i Poznaniu. Stały się bohaterkami wielu reportaży w miesięcznikach i tygodnikach społeczno – kulturalnych. Pamiątką po tych wystawach są katalogi prezentujące dorobek rodziny Kaczmarskich z Denkowa. Od kilku lat pani Barbara już nie lepi. Część figurek, jakie miała, podarowała znajomym. Na strychu pozostało ich już niewiele, wśród nich są te, do których ma specjalny stosunek, m.in. do przepięknej szopki. Zostawiła je najbliższym: synowi, córce i wnuczkom. Ale ma świadomość że jej „pawiki”, „indorki”, kogutki, ptaszki, przeróżne postaci z naszej historii, znajdują się na wszystkich kontynentach. Zdobią galerie, prywatne zbiory i mieszkania.
-W latach młodości bardzo lubiłam malować. Podobne zainteresowania mają wnuczęta. Całymi godzinami potrafią siedzieć nad kartkami papieru i rysować. Może w przyszłości też poświęcą się sztuce – mówi Barbara Batugowska.

Joanna Boleń, Krzysztof Florys

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *