Zakończył karierę, zbudował hutę

Wśród kilku par małżeńskich, uhonorowanych przez  Prezydenta RP ”Medalem za długoletnie pozycie małżeńskie”, byli: Maria i Andrzej Matysiakowie.
Prezydent miasta Jarosław Górczyński, który celebrował uroczystość w Urzędzie Stanu Cywilnego, podkreślił zasługi pana Andrzeja dla środowiska. Wzorowy mąż, ojciec, budowniczy Nowego Zakładu, ale i jeden z najlepszych w historii piłkarzy KSZO. Przedstawiciel pokolenia zdolnych wychowanków, którzy po raz pierwszy odnieśli piłkarski sukces. Zdobyli mistrzostwo okręgu i walczyli o II ligę.
Centrum życia towarzyskiego
Pani Maria nie ukrywa, że znała Andrzeja na długo zanim został jej mężem. Z ojcem, a później z koleżankami chodziła na mecze KSZO i znała piłkarzy z widzenia. Wtedy miasto liczyło ok. 40 tys. mieszkańców, a na ciekawsze mecze przychodziło po 4 – 5 tys. osób. Udział całych rodzin w niedzielnych meczach należał do lokalnej tradycji. Później wszyscy pieszo szli ze stadionu w kierunku Rynku i oczywiście komentowali to, co wydarzyło się na boisku.

2
-Poznaliśmy się na ulicy. On szedł chyba z piłkarzami z meczu, a ja ze znajomymi. Zatrzymaliśmy się i rozmawialiśmy, a następnie wstąpiliśmy na kawę do kawiarni. Później już regularnie chodziłam na mecze i dopingowałam Andrzejowi. Gdy grali w lidze międzywojewódzkiej, jeździłyśmy z innymi żonami piłkarzy na niektóre mecze  wyjazdowe, np. z Rakowem w Częstochowie, Stalą w Mielcu czy z Wawelem w Krakowie.
-W taki sposób poznała się większość ostrowieckich małżeństw – dodaje pan Andrzej. -W soboty i niedziele na alei 1 Maja można było spotkać wszystkich znajomych. Na tej ulicy toczyło się życie towarzyskie miasta. Z dziewczyną czy z grupą przyjaciół chodziło się na spacer, do kawiarni, do kina lub na zabawę do ZDK. Dlatego rdzenni ostrowczanie znają się i choć minęło trochę lat, twarze niewiele się zmieniły.
Z dzikich drużyn
Przygoda Andrzeja Matysiaka z piłką rozpoczęła się od turnieju dzikich drużyn. Tam wypatrzył go niezapomniany Wacław Krygiel. Pan Wacław do pracy i do klubu jeździł rowerem. Gdy zobaczył chłopców grających w piłkę na placu, zatrzymywał się i obserwował. Najlepszym kazał przyjść na trening do KSZO. W taki sposób trafiło do klubu wielu zdolnych piłkarzy.

3
Ale wracając do pana Andrzeja. Jego drużyna Palermo, w której grał m.in. Rysiek Tomczyk, Dzidek Syropiatko, wygrała turniej i otrzymała ofertę gry w juniorach KSZO. Pan Andrzej wtedy już uczył się w technikum, więc nauczyciel Tadeusz Kaczkowski, kazał mu trenować i grać w międzyszkolnym klubie Zryw.
-Pamiętam, że graliśmy w rozgrywkach strefowych przeciwko słynnym piłkarzom Górnika Zabrze, m.in. Erwinowi Wilczkowi – wspomina. Gdy skończyłem technikum, przeniosłem się do KSZO. Akurat do Ostrowca przyjechał trener Aleksander Kupcewicz, który postawił na młodych. To był bardzo dobry szkoleniowiec i przyzwoity człowiek.
Blisko II ligi
Wtedy zaczęła się już prawdziwa piłka, choć nie mogli liczyć na żadne profity.
-Najpierw grałem na prawej pomocy, a później jako środkowy obrońca z Ryśkiem Tomczykiem. Po bokach mieliśmy: Czesia Kurka i Dzidka Piątkowskiego, a później Aleksandra Gałkę. Wszyscy koledzy pracowali wtedy na montowni, ale krótko po kilka godzin i nie we wszystkie dni. Jako jedyny pracowałem codziennie od godz. 6 do 12 w utrzymaniu ruchu w Odlewni Rur ostrowieckiej huty. Po pracy szedłem na trening.
Dwukrotnie Andrzej Matysiak był blisko II ligi. Najpierw nie udało się tego celu osiągnąć z KSZO, choć miejscowej drużynie kibicował chyba cały Ostrowiec, a drugi raz z Czarnymi Radom. Wtedy był w wojsku i grał w barwach radomskiej drużyny, która miała swoje boisko na terenie lotnisku.
Po zakończeniu służby wojskowej wrócił do Ostrowca. Dalej pracował w hucie i grał w KSZO. Pamięta pierwsze zagraniczne wyjazdy do Niemiec oraz obozy zimowe, na które hutnicy jeździli zazwyczaj w góry do Krynicy, Karpacza czy Szczawnika. Za zdobycie mistrzostwa okręgu, piłkarze otrzymali od władz klubu i władz huty statuetkę piłkarza, odlaną w metalu na jednym z wydziałów huty i pamiątkowy dyplom.
Dobrze słuchać żony
Pan Andrzej widział, że z piłką nie można było wiązać w tamtych czasach przyszłości.
-Dlatego coraz częściej myślałem o zakończeniu kariery -podkreśla pan Andrzej. Zbliżałem się już do trzydziestki. Żona przekonywała mnie, bym zaczął myśleć o rodzinie, przyszłym życiu. Z perspektywy czasu wiem, że te sugestie żony były słuszne, a ja dobrze zrobiłem poświęcając się pracy zawodowej.

4
Pan Andrzej przeniósł się ze Starego na Nowy Zakład w momencie, gdy zaczęła się jego budowa. Na piaszczystym ogromnym placu przez pewien czas leżały sterty korzeni drzew, a później pojawili się robotniczy i specjalistyczne maszyny budowlane. Dziś ma satysfakcję, że miał osobisty udział w tej największej inwestycji przemysłowej Ostrowca.
-Gdy przyszedłem do nowej pracy, teren przyszłego zakładu jeszcze nie był ogrodzony. Pełno było wykopów, drutu, betonu, kolein po ciężkich samochodach. W wydziale inwestycji zajmowałem się nadzorem nad budową od początku prac aż do ukończenia obiektów. Przeszedłem wszystkie szczeble od technologa, inspektora nadzoru, kierownika działu techniczno -ekonomicznego po kierownika działu nadzoru.
Oaza spokoju
Pan Andrzej wychował się w domku przy zbiegu ulic Iłżeckiej i Zielnej. Do przyszłej żony, która mieszkała przy ul. Okrzei, naprzeciwko DPS-u przy ul. Grabowieckiej miał kilkaset metrów. Po ślubie zamieszkali w rodzinnym domu pani Marysi, najpierw z jej rodzicami, a później już sami. Posesja ta tonie w zieleni. Przed domem przez cały rok rosną wspaniałe kwiaty, o które dba pani Maria i wysokie tuje, które pan Andrzej podcina co roku, bowiem mają już kilka metrów wysokości.
Matysiakowie żyją wśród kwiatów i krzewów z dala od miejskiego zgiełku, jak i „U Pana Boga w ogródku”. Często odwiedza ich starszy syn, który mieszka kilka ulic dalej i oczywiście wnukowie. Młodszy syn pracuje i mieszka w Warszawie. Jego pasją jest bieganie. Startuje w największych światowych maratonach.
-Okres gry w piłkę był wspaniałym czasem – podkreśla jubilat. Kochałem futbol, a gra sprawiała mi ogromną przyjemność. Wtedy sport uprawiało się wyłącznie dla przyjemności. Jednak dzięki piłce, sporo podróżowałem, poznałem nowe ciekawe miejsca i wielu ludzi. Poza tym byłem sprawny. Do dziś nie mam większych problemów ze zdrowiem. Codziennie, gdy pozwala na to pogoda, staram się przejechać rowerem od kilku do kilkudziesięciu kilometrów.
J.Boleń, K.Florys

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *