Katarzyna Cukierska. Mama spełniona

Katarzyna Cukierska to aktywna, pozytywna, nie umiejąca usiedzieć w miejscu, pracująca jako doradca zawody i trener biznesu, szkoleniowiec, mentorka kobiet, współtwórca „Szkoły z Pasją” im. Elżbiety Sołtys, ale przede wszystkim mama trójki dzieci, których wychowanie doskonale połączyła ze swoim rozwojem osobistym i zawodowym.
-Jestem ostrowczanką z dziada pradziada – mówi Katarzyna Cukierska. Moje babcie mieszkały na sąsiednich osiedlach. Mocno się z tym miastem utożsamiam. Mocno je też uwielbiam.
K. Cukierska początkowo uczęszczała do Szkoły Podstawowej Nr 2 (obecnej PSP Nr 4). Gdy wybudowano „czternastkę”, to dzieci z Rosoch do niej się przeniosły i ona również.
-Ale zawsze chciałam chodzić do PSP Nr 9, ponieważ do Denkowa chodziłam często z rodzicami na spacery i do znajomych -mówi. Tak mnie ciągnęło do tej szkoły, że aż się do niej przeniosłam. Zdaje się w 5 klasie. To była fantastyczna decyzja. „Dziewiątka” była dla mnie cudowną szkołą i piękną przygodą. Tam poznałam moje przyjaciółki, ale „Dziewiątka” dała mi także coś niesamowitego, czyli harcerstwo, organizacje w samorządzie klasowym i szkolnym.
Potem były lata szkoły średniej. Jak mówi Katarzyna, przypadkiem trafiła do technikum w Bałtowie, ukończyła klasę agrobiznesu.
-Chciałam dostać się do Staszica do klasy humanistycznej. Ja pisząca wiersze, recytująca, z predyspozycjami humanistycznymi nie dostałam się – wspomina Katarzyna. A, że jestem z wyżu demograficznego i było dużo chętnych wszędzie, to nigdzie nie było wolnych miejsc i jedyną opcją dla mnie było technikum w Bałtowie, gdzie przyjęli mnie z otwartymi ramionami, bo miałam czerwony pasek. Bardzo się ucieszyli ze mnie, a ja z nich, bo klasę miałam cudowną, do dzisiaj mamy ze sobą kontakt.
Wychowawca Marian Pomostowski, rewelacyjny nauczyciel, jak również inni nauczyciele, którzy stali się moimi autorytetami. W tej szkole działy się rzeczy bardzo ważne dla mnie, cały czas samorząd klasowy i szkolny. Dwie nauczycielki z tej szkoły miały na mnie bardzo duży wpływ panie – Anna Wiecheć i Grażyna Mroczek, które organizowały wszystkie akademie. Nie były to zwykłe akademie szkolne, lecz show z elementami zaskakującymi. To dawało mi dużo frajdy, sprawczości, uczyło umiejętności autoprezentacji i organizacji.
K. Cukierska po technikum bardzo szybko została mamą.
-Jestem 18 lat po technikum, 18 lat po ślubie i 18 lat za chwilę skończy mój syn – słyszę. Więc 18-tka w tym roku w moim życiu na wielu wymiarach. Miałam 20 lat, gdy zostałam mamą. Byłam bardzo dojrzała jak na swój wiek i gotowa do wzięcia odpowiedzialności za dziecko. Nie żałuje, a wręcz jestem bardzo dumna ze swojego macierzyństwa.
To wczesne macierzyństwo na chwilę zatrzymało Katarzynę.
-Ale na bardzo małą chwilkę, bo jak Bartek był mały, to już zaczęłam współpracować z Bałtowem jako wolontariuszka – wspomina. Wiedziałam, że coś chcę robić. Stowarzyszenie na rzecz rozwoju gminy Bałtów Bałt zaproponowało mi współpracę, aby działać z młodzieżą. Podjęłam się tego wyzwania. Stworzyłam grupę Junior Bałt. Kilka lat z nimi współpracowałam. Robiliśmy projekty społeczne, lokalne i międzynarodowe również. A ten mój Bartuś malutki, który wtedy miał roczek, gdy zaczęłam tę przygodę, jeździł ze mną na te wszystkie spotkania. Jak miałam coś do zorganizowania, to brałam go w wózek i jechałam. Z tego okresu mamy mnóstwo wspomnień. Kiedyś przyjechali do nas Czesi, Niemcy na projekt międzynarodowy i mój Bartuś wśród tych uczestników biegał za piłką po boisku. Można powiedzieć, że poniekąd został wychowywany przez grupę Junior Bałt. Był z nimi m.in. na Pustyni Błędowskiej, rozpalał ogień, uczestniczył w wycieczkach pieszych. Wkraczał do swojej edukacji już z rozwiniętymi kompetencjami społecznymi. Kilka lat upłynęło Kasi na pracy w Bałtowie, ale też na intensywnym rozwoju.
-Po maturze wiedziałam, że chcę uczyć się dalej, szukałam swojej ścieżki edukacyjnej – mówi Katarzyna. Najpierw zboczyłam ze swojego przeznaczenia, ale to było bardzo fajne doświadczenie. Byłam w szkole kosmetycznej w Kielcach. Myślałam, że będę kosmetyczką. Uczyłam się jak robić hennę, jak robić paznokcie. Uczyłam się anatomii, co jest podstawą szkoły kosmetycznej. W pewnym momencie uznałam, że jednak to nie jest do końca to. Tę historię opowiadam moim uczniom. Jak poszłam na pierwsze praktyki, to naprawdę myślałam, że coś zrobię pierwszej klientce pilniczkiem do paznokci (śmiech). Więc stwierdziłam, że nie jest to dobry objaw. Ja, po prostu, nie miałam cierpliwości. Ja nie umiem usiedzieć w jednym miejscu. Dziewczyny, które robią paznokcie, są tak skoncentrowane, tak uważne na swoje klientki, one jednocześnie są psycholożkami czy terapeutkami dla swoich klientek.
Trzeba mieć odpowiednie predyspozycje. To nie było dla mnie absolutnie. W międzyczasie mój najstarszy syn miał poważny wypadek, długo z nim leżałam w szpitalu – 6 tygodni. Co zasądziło ostatecznie o mojej rezygnacji ze szkoły kosmetycznej.
I od razu na jesieni, jak wspomina Katarzyna, nie zastanawiając się, nie walcząc z losem, nie szukając dla siebie jakichś dziwnych aktywności zawodowych, zdecydowała się na zaoczną pedagogikę w WSBiP.
-Pamiętam pierwsze wykłady z historii wychowania i to uczucie: „wow, jestem w tym miejscu, w którym powinnam być” – słyszę. Tak chłonęłam te treści, tak one mnie wzbogacały. Nie łatwo było mi studiować, mając grupę Junior Bałt (zawodowo pracowałam w turystyce) i małe dziecko. Zdarzało się, że na jakiś egzamin nie mogłam się pojawić, bo w tym czasie byłam z młodzieżą za granicą na projekcie międzynarodowym. Nie było ulgi. Jak zaliczałam w drugim terminie, to nie mogłam mieć już stypendium. Ale wszystkie moje dyplomy obroniłam na 5, zawsze na koniec udowodniłam, że wiem o co chodzi i że bardzo to lubię. Bardzo dobrze wspominam też tę uczelnię. Tam też poznałam świetnych wykładowców, fajne koleżanki, to był super czas. I to jest plus studiowania w Ostrowcu, bo jak odwoływali zajęcia, co na uczelniach jest normalne, jak ci wypada jedno zajęcie, to jest 4 godziny wolnego. Wtedy szłam do domu, wywiesiłam pranie, zrobiłam obiad i wracałam na uczelnię. To nigdy nie był zmarnowany czas. Z pracy w Bałtowie zrezygnowałam po kilku latach. To była dla mnie bardzo trudna decyzja,ale poparta procesem rozwojowym, w którym brałam udział, bo dostałam się do prestiżowej szkoły Liderów polsko -amerykańskiej Fundacji Wolności w Warszawie. To był kilkumiesięczny program rozwojowy. Jestem absolwentką IV edycji, teraz jest już XIV edycja. Ta decyzja odejścia dużo mnie kosztowała, by tak z dnia na dzień z czegoś zrezygnować. Bo to jest stałe, znane. Wiem, że kobiety bardzo często z takim wyborem się boksują. To jednak trzeba mieć odwagę, aby skoczyć na głęboką wodę. Ja, na szczęście, tę odwagę zawsze w sobie znajdowałam. Okazało się, że poza tym miejscem istnieje świat i ludzie mnie w nim znają. Bez problemu zdobyłam kolejną pracę. To była praca przy projektach unijnych. Byłam pracownikiem obsługującym realizację projektów w firmie szkoleniowej w Ostrowcu Świętokrzyskim. Nagle się okazało, że przy tych szkoleniach, przy tym doradztwie, przy wsparciu, przy warsztatach, mam dużo do powiedzenia, mam sporą wiedzę na ten temat. Organizacyjnie jestem sprawna i sprawcza, fajnie mi to wychodzi.
W międzyczasie K. Cukierska zaczęła studia magisterskie w Kielcach. Wybrała kierunek doradztwo zawodowe.
-Pojawiła się druga ciąża i zbiegła się ona ze studiami. Był to dla mnie kolejny trudny czas – wspomina Katarzyna. Bartek miał 7 lat. Pojawiła się nowa, mała istotka i okazało się, że to drugie dziecko nie jest tak grzeczne i tak nierozdarte jak pierwsze, z którym mogłam i czytać, i pisać, i wszystko robić. Aż się zdziwiłam, że dzieci mogą być tak różne. Córka Blanka dała mi do wiwatu, jak była mała. Z nią było trudniej pogodzić to wszystko. Z nią, taką płaczącą, rozdartą wręcz czasami, jeździłam na egzaminy. Dyplom obroniłam na 5, mimo że poród zbiegł się z sesją. Wiedziałam, że chcę być doradcą zawodowym, że chcę pracować z ludźmi. Już wtedy wiedziałam, że chcę być trenerem biznesu. Zanim odebrałam dyplom, to już miałam 100 godzin doradztwa zawodowego doświadczenia w pracy z ludźmi. Powtarzam to na każdym szkoleniu, szczególnie do tych, co mówią, że nic się nie da. To ja im powtarzam, że pierwsze moje doświadczenie zawodowe jako doradca to zarobek 10 złotych na godzinę, z czego 5 złotych płaciłam opiekunce do dziecka. Ale się rozwijałam, wiedziałam, że mam jakiś plan, że robię to po coś. Jak odebrałam ten dyplom mając 100 godzin doświadczenia wypracowanego z naprawdę ciężkimi przypadkami, gdzie dało mi to dużo do myślenia i orientacji na rynku jak jest, z jakimi ludzie się problemami tutaj borykają, to już odważnie weszłam w rynek pracy. Nigdy nie miałam problemu z tym, że szukałam zleceń. Tylko zawsze mnie gdzieś ktoś polecał i tak szło.
W 2010 r., po urodzeniu córki, Katarzyna nie chciała wracać do pracy na etat do firmy szkoleniowej.
-Absolutnie wiedziałam, że to nie jest moje miejsce na stałe, jestem wdzięczna za doświadczenie, ale idę dalej -mówi. Ze znajomymi założyliśmy stowarzyszenie Przestrzeń Inicjatyw Społeczno -Kulturalnych, w którym to chcieliśmy robić niesamowite rzeczy. Pracować z ludźmi i dla ludzi. Budować społeczeństwo obywatelskie i kształtować młodzieżowych liderów, ale też upatrywaliśmy w tym miejsce pracy dla siebie. Pisaliśmy dużo projektów. I tak, pierwsza wygrana, druga wygrana. Pierwszy projekt obywatelski „Usłyszmy głos młodych ludzi”, który pamiętany jest do dziś przez jego uczestników. I tak, krok po kroku. Działamy już 11 lat jako stowarzyszenie. Jako stowarzyszenie prowadzimy od 6 lat „Szkołę z Pasją” .
Nie ma co ukrywać, że Katarzyna Cukierska jest liderem, który najwięcej głowę nadstawia, jeżeli chodzi o prowadzenie szkoły. Ale jak mówi, byłoby to samolubne, gdyby powiedziała, że sama prowadzi szkołę.
-Jako stowarzyszenie zawsze pracujemy w zespole, mimo, że ja jestem liderem, który wszystkich zachęca, namawia i wymyśla niestworzone rzeczy – mówi K. Cukierska. Strasznie mi zależy, aby dzieci trafiały na autorytety,
na ludzi z pasją, na ludzi, którzy wniosą coś do ich życia. Ja tak trafi łam na Elę Sołtys w wieku 15 lat. To był pierwszy warsztat prowadzony metodami aktywnymi, który mnie bardzo zachwycił. Ela Sołtys potem przez moje życie przewijała się regularnie. Pamiętam jak mnie odwoziła kiedyś do domu, a ja do niej mówię: ja chcę tak pracować, a ona do mnie: no dobrze, najpierw trzeba skończyć studia, potem: to i to, i to… nie spiesz się, trener im starszy, tym lepszy”.
Ela Sołtys była, jak mówi Kasia, fenomenalną panią psycholog. Bardzo mocno związaną z poradnią psychologiczno -pedagogiczną, ale też z WSBiP, współpracująca z ministerstwem edukacji, a także z Polską Fundacją Dzieci i Młodzieży. Stworzyła własną markę, czyli Pracownię Psychologiczną Eli Sołtys, którą kontynuował po jej śmierci mąż.
-Dzięki temu, że byłam wolontariuszką w Bałtowie, to skorzystałam z całego cyklu szkoleniowego, który prowadziła Ela, więc wyjeżdżałam na regularną certyfikację dziedzictwa turystyki i kultury – wspomina Katarzyna.
Ela wywarła na mnie olbrzymi, pozytywny wpływ. Zamarzyłam sobie w międzyczasie, że skończę Szkołę Trenerów Elżbiety Sołtys. I tę szkołę skończyłam, niestety już po jej śmierci. Wprowadzam także trenerów, których Ela szkoliła. Przyjeżdżają pracować z moją kadrą. Więc duch Eli jest zawsze blisko.
Jakby tego było mało, Katarzyna założyła swoją firmę jako doradca zawodowy i szkoleniowiec.
-Postawiłam na siebie, na własną firmę, ale także po to, aby łatwiej było mi rozliczać się w różnych projektach – mówi Katarzyna. I ta firma całkiem mi szła. Jeździłam po całej Polsce. Nigdy też nie miałam problemu ze zleceniami. Jakoś to się fajnie toczyło. Stawiałam zawsze na samodzielność moich dzieci. Dużo tej odpowiedzialności musi jednak brać mężczyzna. Jak jest ojcem dzieci, to nie może jedynie jeździć, rozwijać się i pracować, a tylko kobieta ma dbać o wszystko. To musi zostać ułożone. My jako kobiety musimy dać na to sobie pozwolenie, prawo. Z tego, co obserwuje, to dziewczyny, często jak zostają matkami, zapominają o świecie. Dziecko jest najważniejsze. Dla mnie zostanie trzy razy mamą to fenomen, to zagięta czasoprzestrzeń, to jest cud, to jest dar, to jest najwyższa wartość, ale to dziecko także ma tatę. Większość kobiet ubezwłasnowolnia męża, zabrania mu wręcz, bo ty nie umiesz, bo ty coś. Mężczyźni mają wysoką samoświadomość. I skoro się do mężczyzny mówi, że się nie nadaje, to myśli: nie będę się wtrącał, bo będzie krzyczeć na mnie. Nie dlatego, że nie chcą. Tylko się blokują, izolują. Kobiety często rezygnują z siebie i ze swojego rozwoju, bo nie wypada dzieci zostawić swojemu mężowi, ich ojcu. Zawsze tłumaczę kobietom: ty nie jesteś do obsługi wszystkich. Niech każdy się sam organizuje, obsługuje. Nie może pozostawać życia domu na głowie jednej osoby. Bo jak będzie na głowie jednej osoby, to ta głowa w końcu nie wytrzyma. Coś pęknie, coś upadnie, coś się popsuje, a najprędzej mąż będzie niezadowolony. Ja też miałam takie obawy, gdy zostawiałam Bartka, gdy wyjeżdżałam. Mamy od dzieciństwa wtłaczane, że jak masz dziecko, to siedź w domu. Ale ja potrzebuję wyjść do ludzi, rozwijać się, coś organizować, coś robić. Można godzić ze sobą wszystko, tylko trzeba chcieć. Gdy urodziłam Borysa, do pracy wróciłam po 4 miesiącach, mąż skorzystał z urlopu tacierzyńskiego. Mój przykład to nie jeden właściwy model, że wszystkie kobiety muszą być bardzo aktywne. Dzieci pod pachę – jeździć, rozwijać się. To zależy od wewnętrznych predyspozycji, chęci. Tu nie chodzi też o modę. To ma być odpowiedzialność za siebie i dziecko. Jeżeli chcesz przez pierwsze 3 lata koncentrować się tylko na dziecku, na rodzinie, na domu, to rób to. Tylko nie zapomnij o sobie! Szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci. Ja nie mogłam sobie na to pozwolić, aby długo nie pracować ze względów finansowych, ale także zawsze mnie coś pchało do aktywności, rozwoju. Choć wiem, że dziecko do 3 roku życia czuje się jednością z mamą. I nie chodzi o ilość czasu spędzonego z dzieckiem, ale o jego jakość. Nie o odbębnienie tego czasu. To wszystko ma ci przynosić frajdę. A żeby przynosiło ci frajdę, to masz zadbać o siebie, o fi ltrowanie swojej głowy, odpoczynek, też spotykanie się z koleżankami. Każda z nas potrzebuje odpocząć, wyjść do ludzi, co nie znaczy, że w tym czasie zaniedbujesz swoje dziecko. Ja naprawdę mam sporo czasu dla dzieci, ale to kwestia priorytetów. Z czegoś trzeba zrezygnować, ja zrezygnowałam z telewizji i seriali.
Katarzyna w tym roku oddała dyrektorowanie Szkołą z Pasją swojej następczyni Monice Kowalczyk – Kogut. Dzięki czemu wróciła do swojej firmy, do szkoleń, rozwoju osobistego, pracy z kobietami.
-To jest coś, co mnie zawsze fascynowało, jestem dalej w szkole, ale w mniejszym wymiarze – mówi Katarzyna. Większość czasu spędzam na szkoleniach, na budowaniu własnej marki, jeżdżę na szereg różnych warsztatów, podjęłam się merintoringu, wzmacniam siebie i wytyczam sobie własne ścieżki rozwojowe. Od roku prowadzę swoje autorskie warsztaty dla kobiet, które są kwintesencją moich ścieżek rozwojowych. To jest „Moje ja, moja moc”, „Chcę więcej” i „Oto ja”. Dodatkowo od tego roku ruszam z warsztatami „Matka – córka”. Po to, aby ta córka weszła bardzo szybko na świadomą ścieżkę rozwoju.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *