Życie pisane obrazami

Z szarej o tej porze roku osiedlowej ulicy wkraczamy w inny świat – przyjazny, barwny. Na ścianach jednorodzinnego domu państwa Słapków, w pobliżu ruchliwej ulicy Waryńskiego, wiszą dziesiątki obrazów – od małych akwareli, gwaszy, obrazów malowanych akrylem, rysunków wykonanych wprawną ręka autorki, po przyciągające wzrok duże olejne pejzaże oraz uwiecznione na płótnie zabytkowe obiekty Krakowa, Lublina czy Zamościa. Co pewien czas wzrok zatrzymuje się na znajomej kopule kościoła pw. św. Michała Archanioła.
-Jak pan widzi, Michałów jest u mnie dużo, bo znajomi często proszą mnie o panoramę wzgórza kościelnego i samego kościoła. To chyba najpopularniejszy element ostrowieckiej architektury ? podkreśla pani domu.


Po krętych dębowych schodach wchodzimy do pracowni. Pachnie farbami i terpentyną. To królestwo pani Zofii. Tu zaczyna dzień, bo najlepiej maluje jej się o świcie. Poranne słońce daje intensywne, czyste światło. Pozwala wydobyć z obrazu wszystkie barwne niuanse. Na podręcznych stolikach leżą porozkładane palety farb. Artystka miesza je starannie i kładzie czyste, żywe kolory na płótno. W wazonach i na ścianach mnóstwo kwiatów. Są wszędzie.
Zofia Słapek należy do osób rozpoznawalnych w naszym mieście, choć nigdy o to nie zabiegała i nie zabiega. Przez lata uczyła plastyki dzieci i ostrowieckich licealistów, prowadziła sekcje plastyczne w naszym mieście. Z dumą podkreśla, że jej wychowankowie studiowali na ASP, są też cenionymi architektami. W wielu ostrowieckich domach i placówkach kultury spotkać można obrazy podpisane jej nazwiskiem. Akwarele, obrazy olejne, gwasze, akryle pani Zofii rozjechały się też po kraju. Są poszukiwane i cenione przez miłośników jej malarstwa. Ostrowczanie, którzy z miasta wyemigrowali, chcą mieć jakąś pamiątkę z rodzinnych stron. Wszyscy, którzy znają popularną ostrowiecką plastyczkę, podkreślają jej atuty: talent i skromność. Nie zabiegała o udział w wystawach zbiorowych, nie posiada albumów. Codziennie sporo czasu spędza w swojej niewielkiej pracowni, bo jak podkreśla – bez malarstwa żyć nie może. Musi przekazać na płótnie to wszystko, co dostrzega i odczuwa.
Przez Radom do Ostrowca
Pani Zofia pochodzi z historycznego Zamościa. Uczyła się w znanym Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych jednej z trzech tego typu placówek podległych bezpośrednio pod ministerstwo kultury i sztuki. Pracowali tam znakomici nauczyciele, często profesorowie wyższych uczelni – mówi.
Szkoła ta dała mi mocne podstawy. Plany związane ze szkołą średnią były na początku inne. Miała się uczyć w słynnym liceum im. Zamoyskiego. Były już przygotowane dokumenty do złożenia w tej placówce. W tym czasie do szkoły podstawowej przyjechał nauczyciel z liceum plastycznego na podsumowanie konkursu rysunku dziecięcego i po ocenie prac uczniów, zauroczony jej talentem kategorycznie nakazał Zosi: zanieść świadectwo do liceum plastycznego.


-Po maturze zdawałam do Wyższej Szkoły Plastycznej w Łodzi. Pierwszy raz pojechałam do tego miasta. Nikogo tam nie znałam. Nie miałam żadnego wsparcia a liczba miejsc była ograniczona. Moje prace zostały chyba dobrze ocenione, bo przyjęto mnie jako wolnego słuchacza. Rodziców nie było jednak stać na taką formę nauki w dalekim mieście, bez stypendium i akademika. Wróciłam więc do Zamościa. Rodzina ze Starachowic przekonała mnie do nauki w Studium Nauczycielskim w Radomiu. Szkoła ta miała mi zapewnić w przyszłości pracę i stabilizację. Jeszcze w czasie nauki w studium uczyłam wychowania plastycznego w miejscowym liceum, projektowałam i wykonywałam dekoracje do spektakli w radomskim teatrze. Po roku chciałam zdawać na WSP w Warszawie, ale poznałam przyszłego męża, który po studiach w Lublinie rozpoczął pracę w pionie gł. energetyka ostrowieckiej huty. Po ślubie przyjechaliśmy do Ostrowca. Bez problemu otrzymałam pracę w Szkole Podstawowej Nr 2 przy ulicy Polnej. Atmosfera w tej placówce była wspaniała. Przyznam się, że dopiero po długich namowach przyjęłam ofertę pracy w liceum im. Broniewskiego, w którym przepracowałam później wiele lat.
Moja rozmówczyni po czasie dopięła swego. Rozpoczęła studia na wydziale plastyki Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie. Większość wykładowców tej uczelni pracowała w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Podkreśla, że była to kolejna życiowa przygoda i ważny etap kształcenia. Nauka zaowocowała rozwojem warsztatu malarskiego i rzeźbiarskiego oraz rozkwitem talentu. Otrzymała propozycję pracy asystentki na wydziale rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Propozycji pracy ze studentami jednak nie przyjęła z uwagi na sytuację rodzinną.
-Miałam dom, męża pracującego w wyuczonym zawodzie, dziecko i mnóstwo obowiązków rodzinnych. Nie wyobrażałam sobie przeprowadzki. Zostałam w Ostrowcu. Jednak możliwość częstych przyjazdów do Krakowa, spotkań z ludźmi kultury, kontaktu ze sztuką, sama atmosfera tego miasta, ukształtowały moją osobowość. Ale co ja się przy tym namęczyłam, ciągle przewożąc autobusami i samochodami moje prace, rysunki, płótna i rzeźby. Raz nawet zemdlałam w Krakowie ? wspomina.


Zmysłowe kobiety
Jedną z pierwszych propozycji publicznego pokazania swoich prac w Ostrowcu pani Zofia otrzymała od Wiesi Sarby, kierowniczki Zakładowego Domu Kultury.
-Wtedy zaprosiłam na wernisaż moich uczniów z klasy maturalnej – mówi. Jaką oni zrobili mi wtedy niespodziankę! Byli niezwykle zaskoczeni faktem, że maluję i jestem autorką wszystkich prac pokazanych na wystawie. Ich ciekawość przerodziła się w ożywioną dyskusję. Usiedli później na podłodze w kręgu, sytuując mnie na środku i zaczęła się niezwykła rozmowa. Pytali mnie o moje widzenie świata, podejście do sztuki. Musiałam im opowiedzieć o mojej twórczości. Nie ukrywałam, że wszystkiego, co potrzebne malarzowi, nauczyłam się w liceum plastycznym. Rozmawialiśmy długo i szczerze. Wernisaż ten pozostał w jej pamięci na długo.
– Później Jadzia Kwiatkowska z Osiedlowego Domu Kultury zaproponowała mi wspólne przygotowanie wieczoru dla mieszkańców osiedli spółdzielczych -dodaje. Ona sama pisała erotyki i chciała
je zaprezentować, ja z kolei miałam przygotować oprawę plastyczną. Nie było to zadanie trudne. Na studiach często malowałam kobiety. Na zajęciach pojawiały się modelki. Wtedy powstały moje pierwsze erotyki, leżąca kobieta, kobieta w ciąży, zakochana dziewczyna. Wyszło bardzo interesująco. Większość prac kupiono od ręki. Zainteresowanie nimi było tak duże, że musiałam dalej malować, bowiem zwrócono się do mnie o przygotowanie prac na podobną tematyczną wystawę w innym mieście.
Potrzeba malowania
Pani Zofia od najmłodszych lat odczuwa potrzebę malowania. Gdy pracowała w szkole i łączyła obowiązki zawodowe z prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci, nie miała wiele czasu na swoją pasję. Ale po każdej dłuższej przerwie, zaczynała tęsknić za sztalugą i farbami.
-Bywało, że w środku nocy wstawałam, szłam cichutko do pracowni na piętrze, by nie zbudzić domowników i malowałam do rana -mówi. Często pytają mnie o inspirację? Odpowiadam. Jest nim otaczający mnie świat, wspaniała przyroda, inna o każdej porze roku. Idąc do pracy przechodzimy koło parku, drzew, kwietników, ogrodów. Zieleń i woda o każdej porze dnia i roku mają inny odcień. Liście na drzewach zmieniają barwę i kształt. Ja to wszystko widzę i zachwycam się tym. Bardzo lubimy z mężem wracać w jego rodzinne strony, spacerować wiejskimi dróżkami w dolinie rzeki Opatówki, przy których do tej pory rosną tradycyjne polskie wierzby, podziwiać krajobraz, dawne dworki, podworskie parki i stawy. Pasjonuje mnie architektura, urokliwe uliczki i zakątki starych miast.


Mąż pani Zofii, Kazimierz przyznaje, że latem gdy większość dnia spędza na porządkach w przydomowym ogródku, na posesji panuje cisza. Co pewien czas przychodzi do domu i ze schodów pyta głośno, czy wszystko jest w porządku. Gdy usłyszy głos żony z pracowni na piętrze, może dalej spokojnie pracować w ogródku.
– Na emeryturze mam więcej czasu dla siebie i mogę poświęcić się mojej pasji ? przyznaje pani Zofia.-Teraz dużo maluję. Mam głowę pełną pomysłów. Widzi pan ? wskazuje na leżące obok sztalugi akwarele i gwasze – ile się ich już uzbierało. Wnuczka obiecała mi, że latem przyjedzie do Ostrowca, uporządkuje je i oprawi.
Państwo Słapkowie z dumą mówią o rodzinie. Córka odziedziczyła po mamie zdolności plastyczne, dużo i ładnie rysowała, ale zamiast architektury, na co liczyli rodzice, ukończyła medycynę i specjalizuje się w kardiologii dziecięcej. Także jedna z wnuczek ukończyła w Niemczech okulistykę ze specjalizacją międzynarodową. Inna z wnuczek studiowała biochemię nuklearną i pracuje w znanej firmie farmaceutycznej. Z kolei syn poszedł w ślady taty i ukończył politechnikę, a później studia magisterskie i podyplomowe na Uniwersytecie Uppsala w Szwecji (dwa fakultety). Oboje, jak większość młodych, zdolnych ostrowczan, wyemigrowali z naszego miasta. Przyjeżdżają od czasu do czasu, żeby odwiedzić swoich rodziców. Na widocznym miejscu w domu państwa Słapków znajduje się pokaźny zbiór pamiątek przywiezionych przez dzieci i wnuczęta z licznych zagranicznych wojaży. 

Print Friendly, PDF & Email