Betlejem w afrykańskim buszu

Boże Narodzenie to wyjątkowy czas, w którym dzielimy się radością z przyjścia na świat Pana Jezusa.
Czekamy na tę chwilę cały rok, aby po ujrzeniu Pierwszej Gwiazdki, przy wigilijnym stole podzielić się opłatkiem. Jednak są miejsca na świecie, gdzie chrzest i Ewangelia dotarły stosunkowo niedawno, a święta choć przeżywane w katolickiej wspólnocie, mają inną oprawę.
W afrykańskim buszu mieszkańcy nie zdobią zielonych drzewek, nie budują szopek ze Świętą Rodziną, ale dzięki posłudze misjonarzy chcą poznać Boga, nauczyć się Go kochać i Nim zachwycać. Od ponad dwóch lat na misji w Zambii pracuje ks. Andrzej Nowakowski, do niedawna wikariusz parafii w Ślązakach, pomiędzy Nową Dębą, a Baranowem Sandomierskim w naszej diecezji. Młodego kapłana spotkaliśmy u przyjaciół w Ostrowcu Świętokrzyskim, gdzie spędzał pierwszy od dwóch lat urlop. Ks. Andrzej przyjął święcenia kapłańskie w 2010 r. Dwa lata później rozpoczął przygotowania do wyjazdu na misję w Południowej Afryce.
Misje to front Kościoła
chilumbaDecyzja o wyjeździe na misje nie jest łatwa. Misjonarze jadą w najdalsze zakątki świata, gdzie jeszcze nie dotarła cywilizacja, aby głosić naukę Chrystusa. Stać się budowniczymi kościoła dosłownie i w przenośni, a także wspierać i pomagać tubylczej ludności. To ciężka posługa. Jak przyznaje ks. Andrzej, często mówi się, że jest to powołanie w powołaniu.
-To szukanie w powołaniu czegoś więcej. Kiedy słyszymy w sobie powołanie do życia konsekrowanego czy stanu kapłańskiego, mamy świadomość, że chcemy swoje życie poświęcić Bogu poprzez służenie ludziom. W misji wiąże się to z dodatkowymi wyrzeczeniami, stąd często mówi się, że misje to front Kościoła i stwierdziłem, że chcę na ten front jechać –mówi ks. Andrzej.
–Przygotowania trwały od 2012 r. w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. Tam też poddałem się cyklowi badań i szczepień. Pobyt mój w centrum trwał do maja 2013 r. Później przez 5 miesięcy szlifowałem język angielski i w styczniu 2014 r. wyleciałem do Zambii w Południowej Afryce. Dlaczego akurat wybrałem ten kraj? Dlatego, że używanym tam językiem jest język angielski, natomiast duże znaczenie miała też osoba nieżyjącego już kardynała Adama Kozłowskiego, który przez 60 lat budował wspólnoty katolickie właśnie w Zambii.
Każdy misjonarz zgodnie z procedurą podpisuje kontrakt na 6 lat. Pierwszy urlop przysługuje dopiero po 2 latach. Podpisywany jest on przez księdza biskupa wysyłającego misjonarza, biskupa przyjmującego oraz sekretarza ds. Misji Episkopatu Polski.
-Kiedy wylądowałem na lotnisku w Lusace, stolicy Zambii, dalsza droga odbywała się samochodem –mówi nasz rozmówca. –W pewnym momencie urwał się asfalt i wszystkie obrazy znane mi z publikacji w National Geographic stały się bliskie, prawdziwe i jak najbardziej namacalne. Nagle urwał się kontakt z cywilizacją. Znalazłem się w parafii Chilumba. Jest to młoda, budująca się parafia założona przez ks. Jana Krzysztonia. Nie ma tu światła ani Internetu. Chaty buszmenów budowane są z gliny i pokryte trawą. Nie mają okien ani drzwi. W środku znajdują się jedynie maty do spania i ewentualnie sznurki do powieszenia rzeczy. Do parafii Chilumba należy 14 kaplic. Najdalsza znajduje się w odległości 90 km w głąb buszu. Mieszkańcy porozumiewają się w kilkudziesięciu językach tubylczych, lecz językiem wiodącym jest chibemba.
Święta w buszu
W afrykańskich wioskach mieszkańcy rządzą się swoimi prawami, celebrują obyczaje zakorzenione i przekazywane przez kolejne pokolenia.
-Tradycje chrześcijańskie w Polsce wprowadzone zostały 1050 lat temu, zaś w buszu zaledwie 125 lat temu. Stąd też dla nich przyswajanie prawd wiary wciąż jest czymś nowym. Święta Bożego Narodzenia obchodzone są w sposób szczególny, jednak nie taki, jaki celebrujemy w naszej tradycji. Boże Narodzenie przypada w tym samym czasie. Pasterka odbywa się o godz. 16.30, z uwagi na brak prądu nie jest możliwa o północy. Nie ma tam zwyczaju ubierania choinek, zdobienia chat, tworzenia szopek czy też Wigilii. Misjonarze wprowadzają te elementy na plebaniach. Natomiast w kaplicach tego nie ma. Nie jest też tradycją śpiewanie kolęd przez dorosłych. Choć są one śpiewane przez dzieci i młodzież. Nie ma też zwyczaju chodzenia po kolędzie. Raz w roku staramy się  odwiedzać mieszkańców każdej wioski. Wspólnie modlimy się, błogosławimy domy i rozmawiamy. Lokalni buszmeni nie mają w zwyczaju zapraszać do domu. Przybyłego gościa zapraszają do insaki. Jest to okrągły budynek, pokryty trawą. W ich zwyczajach dużą rolę odgrywają posiłki. Celebrują je z wielką starannością. Po każdej Mszy św., która odbywa się raz w miesiącu w kaplicy, kapłan zapraszany jest na wspólny posiłek. Dużym nietaktem byłaby odmowa ze strony księdza. Jest to posiłek spożywany tylko z mężczyznami. Kobiety i dzieci nie biorą w nim udziału. W tym czasie śpiewają lub zwyczajnie plotkują.
Jako gość mam swoje prawa – na przykład jeżeli jemy kurę, muszę zjeść kuper i żołądek. Nie przyjęcie tego byłoby negatywnie odebrane przez buszmenów. Potem jedzą kobiety, a na końcu dzieci. Jest to u nich zjawisko naturalne i każdy zna swoje miejsce w społeczności. Posiłki przygotowywane są ze starannością i miejscowi dzielą się tym, co mają najlepsze. Jest to bardzo ważna część ich codziennego życia. Każda uczta jest na miarę ich możliwości od przygotowywania papek z gotowanej kukurydzy i trawy, poprzez smażone dżdżownice, ważki, pieczone myszy czy też kury i mięso kozie, ale też gotowane ziemniaki czy bardzo smaczne orzeszki ziemne. Jedyną używaną przyprawą jest sól. Pożywienie zależy od zamożności wioski i statusu społecznego.
Jak mówi ks. Andrzej, mieszkańcy wioski tłumnie przybywają na Mszę św. Odbywa się ona raz w miesiącu. Przed każdą Mszą św. odbywa się też spowiedź.
-Buszmeni mają tak zakodowane, że bez spowiedzi nie przyjmują Komunii Świętej. Zawsze przed Mszą św., nawet jeśli w czasie miesiąca nie popełnili grzechu ciężkiego, przychodzą do spowiedzi. Bywają nawet takie zabawne sytuacje, że jeśli ktoś nie był u spowiedzi, a chce przyjąć Pana Jezusa, jest wyciągany z kolejki przez osobę, która wie, że tego dnia się nie spowiadał. Jeśli zdarzy się tak, że nie ma Mszy św. , mieszkańcy wiosek i tak przychodzą do kaplicy, mają Liturgię Słowa czytaną przez katechetów lub modlą się z prey-liderami. Są to osoby stamtąd, przygotowane przez misjonarzy. Buszmeni to ludzie, którzy wiarę przeżywają sobą. Śpiewają i tańczą. Oni nie rozumieją modlitwy w ciszy. Jeśli nastaje cisza, to dla nich oznacza, że już nabożeństwo się skończyło. Wprowadzamy i uczymy adoracji Najświętszego Sakramentu. Buszmeni oddają Bogu szacunek na siedząco. Nie rozumieją postawy klęczenia przed Najświętszym Sakramentem, jak również przed tabernakulum. Chociaż poprzez klękanie oddają szacunek osobom, dla podkreślenia ich znaczenia w społeczności. Na przykład podczas mojego powitania, po Mszy św. stanąłem na środku kaplicy i podeszły kobiety, które klęknęły, przewróciły się na prawy bok, potem na lewy i zaczęły klaskać. Oklaskiwanie to u nich wyraz serdecznego powitania i okazania radości. Najświętszym Sakramentem.
Przesądy i czary
chilumba2W życiu mieszkańców afrykańskich wiosek duże znaczenie mają obyczaje często sprzeczne z wiarą katolicką. Dla misjonarzy to ogromne wyzwanie, aby nauczać Ewangelii i jednocześnie nie narazić się tubylcom na zniewagę.
-Niczego nie możemy im narzucać. Nasza praca polega na spokojnym wprowadzaniu elementów chrześcijańskich do ich życia poprzez Ewangelię –mówi ks. Andrzej. –Zdarza się na przykład tak, że chory prosi o sakrament i oczekuje, że za chwilę wyzdrowieje. Nie wiąże tego ze wzmocnieniem duchowym, ale z fizycznym, zewnętrznym przejawem  obecności Boga. Podobnie bywa z prośbą o modlitwę czy też przeprowadzenie egzorcyzmu. Są to nieraz bardzo trudne sytuacje. Bardzo ważnym wydarzeniem w życiu danej społeczności jest śmierć. Pogrzeby buszmeni celebrują w szczególny sposób. Wszyscy, którzy znali zmarłą osobę, razem z bliską rodziną i krewnymi opłakują ją całą noc. Są to żałobne tańce i śpiewy, które trwają do momentu pogrzebu. W buszu nie ma telefonów, więc informacje przekazuje się ustnie. Jeżeli ktoś nie zdąży przed pogrzebem opłakać osoby zmarłej, ma na to cały rok. Jego obowiązkiem jest przyjść do rodziny i opłakiwać zmarłego. Jeśli tego nie zrobi, uznawane jest, że mógł mieć coś wspólnego z jego śmiercią, jeśli zmarł nagle. Życie buszmenów naznaczone jest przesądami. Są to sytuacje nie do pogodzenia z wiarą katolicką. Tradycje i obyczaje tubylców są wypracowane przez wieki, stąd trzeba nauczać ich spokojnie i etapami. Są też takie sfery życia buszmenów, które traktują w kategorii tabu i w ogóle nie chcą o nich mówić. Z kolei wiele naszych tradycji i obyczajów dla nich też jest niezrozumiałe i często wywołuje nawet śmieszność.
Czas siania ziarna
Dużo upłynie czasu zanim w afrykańskim buszu będzie można zbierać plony zasiane przez katolickich misjonarzy. Misja to swoistego rodzaju Betlejem, gdzie każdego dnia Bóg się rodzi w sercach i życiu ludzi w buszu. To nieustanna praca , dzięki której buszmeni poznają Boga. To duże wyzwanie, wymagające poświęcenia i wyrzeczeń, często z narażeniem życia.
-Dla pierwszych misjonarzy był to czas karczowania i orania. Dla nas to czas siewu. Natomiast dla kolejnych będzie to czas zbierania plonów –mówi nasz rozmówca. –Jednak ważne jest, że między nami, a społecznością tubylców trwa nieustanny dialog. Najtrudniejszym elementem, z którym każdy misjonarz musi się zderzyć jest język, w którym porozumiewają się buszmeni. Tu też należy być bardzo ostrożnym, aby kogoś nie obrazić. Gdy mówimy „Dzień Dobry”, to zależy czy mówimy do osoby w młodym wieku czy starszej. Jeśli do seniora, zwracamy się w liczbie mnogiej, przez „wy”. Pozdrowienie w języku chibemba brzmi „Mulishani”, „dziękuję” – „natotela sana”. Wciąż uczę się tego języka. Duża część moich parafian to ludzie z reguły nie umiejący czytać ani pisać. Nauka jest płatna i zależy od majętności rodziny. Jeśli dziecko ukończy szkołę podstawową i dalej kontynuuje naukę w mieście, potem jego obowiązkiem jest utrzymanie rodziny. Często też ucząc Ewangelii musimy szukać sposobów, które do nich przemówią. Przekonać ich, aby zechcieli wprowadzić Słowo Boże do swojego świata, przy okazaniu szacunku do nich i ich obyczajów. Nie spotkałem się z sytuacjami odrzucenia. Wszędzie jestem przyjmowany życzliwie i z serdecznością, choć znam z opowieści niebezpieczne zdarzenia, które spotykały misjonarzy. Ja tego nie doświadczyłem. Jedynym zagrożeniem w buszu są komary, ze względu na możliwość zarażenia malarią. Poza tym nie ma innych obaw.
Czy kiedykolwiek buszmeni będą ubierać choinkę czy budować żłóbki dla Nowonarodzonego Chrystusa i wypatrywać Pierwszej Gwiazdki? A być może to właśnie my z ponad tysiącletnią chrześcijańską tradycją, w świecie wszechogarniającego materializmu zapominamy o tym, co jest najważniejsze: o narodzinach Boga w sercu każdego z nas i dzieleniu się miłością, czego wszystkim życzę.
Wspomóżmy konieczny zakup samochodu dla misji: mBank 93 1140.0000 3802 6931 3850 z dopiskiem „Chilimba”

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *