Z Syberii do Ojczyzny

16178677_10155752737444167_8866514559153599490_o
Zofia Pęksa: -Przyjmuję z radością każdy dzień i nie lubię marnować czasu…

Życie Zofii Pęksy, mieszkanki Szewny, było splotem różnych, często dramatycznych zdarzeń. Jako 11-latka znalazła się na Syberii. Przeżyła dzięki rybom łowionym w Irtyszu kijem z zawiązanym na nim włosiem końskim i zrywanymi z wierzchołków cedrów szyszkom, które zamieniali na jedno lub kilka jajek albo kawałek dziczyzny.
100 dni w pociągu
Zosia Pęksa przyszła na świat w Głogowicach pod Krakowem 89 lat temu. Była drugim dzieckiem w rodzinie Anny i Józefa Polaków. Ojciec był Piłsudczykiem i za zasługi w walce o wolną Ojczyznę, otrzymał kawałek ziemi pod Wilnem. Tam rodzinę Polaków zastała II Wojna Światowa. Któregoś dnia na początku 1940 r. do ich miejscowości przyjechali czerwonoarmiści z listą rodzin przeznaczonych do zsyłki na Syberię.
-Weszli do mieszkania, postawili rodziców pod ścianą i trzymając ich pod lufą karabinu odczytali decyzję –opowiada pani Zofia. Polecili zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i za godzinę stawić się na stacji kolejowej. Był początek lutego, 40 – stopniowy mróz. Ojciec kazał matce opatulić nas, czyli mnie, siostrę starszą i młodszego brata w pierzyny, a później razem z innymi polskimi rodzinami zapakowali nas do bydlęcych wagonów, oczywiście nieogrzewanych, pociągu towarowego.
To była pierwsza wywózka Polaków. Na Syberię jechali ponad miesiąc. Do Tobolska, celu ich podróży, dotarli wczesną wiosną. Później podróżowali saniami. Dzieci zdziesiątkowały choroby, mróz, brak witamin. Zofia miała wtedy  11 lat, razem z nią był o kilka lat młodszy brat.
-Umieszczono nas w barakach. Mężczyzn wywieziono drugiego czy trzeciego dnia w głąb tajgi, gdzie mieli budować osadę dla deportowanych. Byliśmy zdani wyłącznie na własne siły. Pierwszej zimy temperatura nocami spadała poniżej 50, 60 stopni Celsjusza. Ostrzeżono nas wcześniej, abyśmy zgromadzili na ten czas opał. Trzeba było przez cale noce dokładać drewno do ognia. Gdyby wszyscy członkowie rodziny usnęli, to następnego dnia już by się nie obudzili. Do naszej osady latem można się było dostać jedynie wodą, czyli Irtyszem, a zimą saniami. Najbliższą miejscowością, oddalona o sto kilometrów, był Tobolsk.
Życiodajny Irtysz
Życia na Dalekim Wschodzie nie da się porównać z dotychczasowymi doświadczeniami z łagodnego europejskiego klimatu. W syberyjskiej tajdze cały czas trzeba było walczyć o przetrwanie. Nie tylko dorośli, ale również dzieci podejmowały się często karkołomnych zadań, aby zdobyć pożywienie i utrzymać rodzinę.
1-Tereny, na których przyszło nam mieszkać i żyć, rozciągały się nad doliną Irtyszu, potężnej syberyjskiej rzeki, przebogatej w ryby. Chodziliśmy często z bratem nad brzeg z nadzieją na złowienie ryb. Były to połowy na końskim włosiu zawiązanym w pętle, bo przecież nie mieliśmy wędek. Wchodziliśmy też na wysokie cedry po szyszki. Później łuskaliśmy z nich nasiona, z których następnie tłoczono olej. Worek takich nasion można było zamienić w Tobolsku na jedno lub dwa jajka lub kawałek dziczyzny. Jajko mama dzieliła na trzy części, dla każdego z trojga dzieci. Ale było to niezwykle niebezpieczne zajęcie. Z każdym dniem nabieraliśmy wprawy we wspinaniu się na wysokie drzewa.
Później najmłodsi Sybiracy zostali umieszczeni w Domu Dziecka w Tobolsku. Była to wzorcowa placówka, dobrze wyposażona z opieką lekarską i – co pani Zofia  zapamiętała – bardzo czystą. Trafiła tam z młodszym bratem. Życie około 150 polskich dzieci zmieniło się. Nie musiały już codziennie walczyć o utrzymanie siebie i rodziny.
-Tam dowiedziałam się o gimnazjum oddalonym od naszego domu o 8 km – wspomina pani Zofia. -Bardzo chciałam się uczyć i wyprosiłam zgodę na zapisanie mnie do tej placówki. Codziennie pokonywałam te 8 km pieszo. O ile wiosną i jesienią taka przechadzka była nawet przyjemna, to zimą pokonanie tego odcinka było nie lada wyzwaniem. Śnieżyce zawiewały drogi. Raz idąc do szkoły wpadłam w zaspę, która zasłoniła kilkumetrową wyrwę w gruncie. Nie mogłam wydostać się z tego dołu. Krzyczałam o pomoc, ale w takiej głuszy nikt mnie nie usłyszał. Wiedziałam, że zdana jestem wyłącznie na siebie i jeśli czegoś nie wymyślę, to zamarznę. Zaczęłam zgarniać śnieg i ubijać go, tworząc kolejne stopnie, po których wydostałam się do góry i wróciłam na ścieżkę.
W tym wszystkim miałam sporo szczęścia. Gdybym ubijała śnieg od innej strony, po drugiej stronie wyrwy, nigdy bym na szlak nie wróciła.
Do kraju przez wielką wodę
2Po tym zdarzeniu pani Zofia dotarła do szkoły pod koniec lekcji. Kierownik gimnazjum Władysław Ejmont, który również pochodził z Krakowa, przejął się losem ambitnej uczennicy. Tego dnia nie wróciła już do Domu Dziecka. Znalazł jej pokoik w obiekcie szkoły i tam już mieszkała do ukończenia szkoły.
-Naszą nauczycielką była Bronisława Sołowiowa, Rosjanka polskiego pochodzenia, stąd mogłyśmy uczyć się ojczystego języka. Nie było żadnych restrykcji językowych. W ogóle lekcje były ciekawe. Po pewnym czasie sama zaczęłam uczyć czytania i pisania w języku polskim dzieci, które nie nadążały z nauką za innymi. Pani Bronki nigdy już nie spotkałam. Często zastanawiałam się, co się z nią stało po wojnie i gdzie ją rzucił los?
Do Polski każdy z członków rodziny wracał osobno. Ojciec pani Zofii był w łagrze, a matka w więzieniu. Latem 1946 r. dyrektor domu dziecka wsadził wszystkie dzieci na barkę i Irtyszem popłynęli do cywilizacji, a w końcu do Polski. Razem z bratem znaleźli się w Sopocie. Mieszkali tam przez rok.
3-Przypomniałam sobie o siostrze taty, która mieszkała pod Krakowem. Miałam jej adres, więc napisałam list, że jesteśmy z bratem w Sopocie i że szukamy rodziny. Od cioci dowiedzieliśmy się, że cała rodzina jest już w kraju. Ojciec jeszcze na Syberii dowiedział się, że dom dziecka z Tobolska ekspediowali do kraju i szukał mnie oraz brata, zaczynając pytał o nas rodzinę, która mieszkała w Polsce. Pierwsza wróciła starsza siostra, która przez ostatnie lata wojny pracowała w kołchozie na terenie dzisiejszej Ukrainy. Później przyjechał tata, a jako ostatnia mama. Ojciec jako repatriant otrzymał pod Głogowem gospodarstwo i tam się osiedlił. Pamiętam do dziś, jak jechaliśmy z bratem na Święta Wielkanocne do rodziców. Wtedy tysiące ludzi szukało swojego miejsca i wędrowało po kraju. Zdołaliśmy wywalczyć skrawek miejsca na dachu wagonu towarowego, który jechał w kierunku Wrocławia.

Nauczycielka z zamiłowania
Pani Zofia ukończyła w Nowej Soli Seminarium Nauczycielskie i mogła się oddać swojemu zamiłowaniu, czyli pracy nauczycielskiej. W pierwszej placówce, do której została skierowana, poznała przyszłego męża, który był kierownikiem szkoły. Los rzucał rodzinę Peksów w różne miejsca.
Zmieniali szkoły i miejscowości. Mieszkali w Orsku, Górzynie koło Legnicy, a później w Ścinawie oraz w Białobrzegach koło Radomia. Pierwsza na świat przyszła córka Justyna, która wybrała za miejsce życia Dolny Śląsk. Pracowała w hucie miedzi. Syn Ryszard ukończył szkołę wojskową i obecnie służy w Grudziądzu. Młodsza córka Elżbieta urodziła się w Ścinawie i razem z rodzicami przyjechała do Szewny. Mieszka w Ostrowcu Świętokrzyskim, ale codziennie dojeżdża do mamy. Najmłodszy syn Robert też ukończył studia wojskowe i pracuje w Marynarce Wojennej w łączności. Matka przy każdej rozmowie podkreśla, że ma chłopaków wojskowych i z tego faktu jest niezwykle dumna.
Jak to się stało, że tę życiową, pełną przygód i niebezpieczeństw, wędrówkę pani Zofia zakończyła  pod Ostrowcem?
-Mąż pochodził spod Staszowa -mówi. Zawsze marzył, by wrócić w rodzinne strony. W okolicach Ostrowca i w samym mieście miał kolegów, których odwiedzał. Za którymś razem przyjechał do domu i mówi: „Przenosimy się do Ostrowca”. „Dobrze” – powiedziałam. Marzyłyśmy z córką o własnym domu, przez lata mieszkaliśmy w Domach Nauczyciela. Nie chciałam się włóczyć po świecie. W 1973 r. rozpoczęliśmy nowy etap życia. Kupiliśmy placówkę w Szewnie, którą znaleźli mężowi znajomi i na niej wybudowaliśmy dom.
Energia na całe życie
Kiedy córka i młodsza przyjaciółka pani Zofii proszą, aby w  niedogrzanym pokoju włożyła chociaż sweter, bo może się przeziębić, zawsze słyszą: „to ma być zimno, wy nie wiecie nawet jak wygląda zima”. Na Syberii ludzie musieli żyć i pracować przy minus 50 czy 60 stopniach. Mimo swoich 89 lat pani Zofi a ciągle jest w ruchu, samodzielnie kilka razy w ciągu dnia pokonuje schody z parteru na pierwsze piętro, gdzie ma pokoik.

-Panią Zofię poznałam na targowicy 8 lat termu, gdzie sprzedawała kozie mleko –mówi przyjaciółka pani Zofii. Jest osobą niezwykle mądrą. Zawsze można było liczyć na jej porady czy wskazówki, dotyczące zdrowia, odżywiania się i podejścia do życia – mówi pani Urszula, mieszkanka ulicy Winnica. – Kilka razy w tygodniu odwiedzam panią Zofię. To wspaniała kobieta, która wiele przeszła w życiu i mimo 89 lat imponuje pogodą ducha. Czerpię od niej pozytywną energię życia. Wspieramy się wzajemnie. Przydomowy ogródek pani Zofii jest swoistym zielnikiem znany w całej okolicy, w którym można znaleźć zioło na każdą dolegliwość i oczywiście wzmocnienie sil witalnych. Przyrządza też wspaniałe nalewki. Od kieliszka takiej nalewki rozpoczyna każdy dzień.
13495320_10154962273059167_9178343337446825636_n-Wiedzę dotyczącą ziół i ziołolecznictwa przejęłam od mojej mamy – wyjaśnia. Zioła uratowały całą naszą rodzinę. Dzięki nim przeżyliśmy Przecież ani w drodze na Syberię, ani tam na miejscu nie było lekarza, a dzieci chorowały. Leczyła nas tajga, która była najwspanialszą apteką. Dziś też rzadko sięgam po lekarstwa, a częściej po zioła z ogrodu.
-Mama cały czas jest aktywna –podkreśla córka Elżbieta. Trzyma stadko kóz, z którym jest zżyta od lat. Gdy tylko podejdzie do ogrodzenia i kozy usłyszą jej głos, natychmiast całe stadko pędzi w jej kierunku. Z mleka koziego robi przetwory, głównie sery, które obok ziół są podstawą jej diety. Kozami zajęła się po śmierci męża. Była sama w dużym domu i musiała mieć obok siebie żywe istoty. Z kimś rozmawiać. Bez zajęcia, bez pracy nie wyobraża sobie życia.
Wielkie zaskoczenie
-Przez wiele lat życia nie wiedziałam o syberyjskim epizodzie mamy. Ani tata, ani mama o tym okresie nie mówili – podkreśla córka Elżbieta. Nie mieliśmy jako dzieci zielonego pojęcia o tym, co przeszła w młodości nasza matka. Rodzice skrzętnie skrywali te fakty, bo mówiąc najogólniej takie życiorysy nie były mile widziane w latach powojennych. Dopiero po zmianach w latach 80. mama otworzyła się. Opowiadała o swoich przeżyciach. Przyjeżdżał do nas młodszy brat mamy, z którym jest bardzo zżyta i z którym tyle wspólnie przeszli.
Panią Zofię można było często zobaczyć na wielu lokalnych uroczystościach patriotycznych i wieczornicach. Pewnie wielu naszych czytelników skojarzy widywaną w takich sytuacjach sylwetkę starszej pani. Opowiadając o niezwykle burzliwym i ciekawym życiu z uśmiechem podkreśla, że od samego początku miała problemy, lecz dzięki różnym zbiegom okoliczności, wszystko kończyło się szczęśliwie. Podobnie było z datą urodzenia. Pani Zosia urodziła się bowiem 21 stycznia, ale z powodu choroby mamy, rodzice chrzestni zapisali ją osiem dni później. Stąd do dziś jubilatka śmieje się, że urodziny świętuje przez cały tydzień. Pani Zosia jest szczęśliwą babcią siedmiorga wnuków i prababcią trojga prawnucząt.

Anna Mroczek
Krzysztof Florys

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *