Krzemionki bronią się same

My, ostrowczanie, Krzemionki – można rzec – znamy jak własną kieszeń i z utęsknieniem czekamy aż obiekt wpisany zostanie na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
same1Ponoć nastąpi to za trzy lata. Zawsze jesteśmy jednak ciekawi, jak postrzegają muzeum i rezerwat, a przede wszystkim neolityczne kopalnie turyści? Akurat przydarzyła nam się okazja, by to sprawdzić, a to dzięki znajomym z Kielc, którzy z naszą pomocą postanowili zwiedzić Krzemionki.
Obecnie dojechać na Krzemionki jest sztuką samą w sobie. Wiadomo, modernizacja drogi wojewódzkiej, po drodze sygnalizacja świetlna, a przy dojeździe do rezerwatu usypane góry żwiru. Pobocza nie ma i od razu nasi znajomi pytają dlaczego, a my nie znajdujemy odpowiedzi. Oczywiście, bardzo dobre wrażenie robi na nich spory parking i okazały budynek muzeum. Sięgamy do portfeli. Bilet wstępu do neolitycznej kopalni krzemienia pasiastego dla dorosłych wynosi 18 zł, dla dzieci powyżej 6 roku życia 12 zł. O, to wyjdzie nam ponad „setka”. Czekamy na przewodnika. Niedługo, jedyne pół godziny… Zaglądamy do budynku, a tam wystawy czasowe. Ciekawe, dotyczące wydobywania krzemienia. W gablotach wyroby codziennego użytku pamiętające czasy sprzed wieków. Obok obiektu gabloty z wizerunkami ptaków, które słychać w oddali w lesie. Świergot ptaków to nagranie, choć przyznajemy, że przyjemne dla ucha. Dzieci wołają pić.  Niestety, nie możemy kupić przysłowiowej kropli wody. Dobrze, że wzięliśmy ją ze sobą. „Scyzoryki” z Kielc pytają, czy nie ma tu huśtawki, skwerku, gdzie dzieci mogłyby pobawić się. No, nie ma. Odciągają je na bok, kiedy z nudów próbują rzucać kamykami, które są wysypane wzdłuż trawników.
Wyglądamy, czy nadchodzi przewodnik. Ktoś mówi, że chętnie napiłby się kawy, herbaty, albo zjadł pyszne ciastko, albo frytki.
Pojawia się przewodnik.  Młoda, ładna dziewczyna. Mówi i mówi. Bez przerwy. Jakby recytowała wiersz. Mamy wrażenie, że niczym nas nie zaskoczy, bo niemal wszystko to już czytaliśmy, choć mina kielczan jest zgoła odmienna od naszej. Utwardzoną alejką dochodzimy do szybów górniczych. Mijamy zrekonstruowaną wioskę neolityczną. Kielczanie dowiadują się, że przez kilka dni w roku ożywa. Są pikniki archeologiczne. Czemu jednak nie odbywają się one co weekend, a latem jeszcze częściej? Jesteśmy przy starym pawilonie kasowym. Tu niegdyś zaczynało się zwiedzanie. Ten sam budynek, te same cztery ławki, jakby czas się zatrzymał. Wchodzimy do oszklonego pawilonu, w którym widać warstwy odkrywkowej kopalni krzemienia.
Dwóch robotników, po wyciosanym balu, wynosi w zawiniątkach krzemień. Do kolejnego budynku idziemy drewnianym pomostem. Piękny las i mnóstwo pagórków porośniętych trawą, ot pozostałości po kopalniach. Schodzimy 12 metrów w dół.
Korytarze wąskie. Półmrok. Dzieci zachwycone. Światło jak dla nas zbyt słabe. Nie możemy robić zdjęć z lampą. Wytwarzają ciepło, a w korytarzach musi być niska temperatura, aby ściany nie porosły glonami. Słyszymy, że jest więcej korytarzy, które nie są udostępnione turystom. W jednym z korytarzy światło jest mocniejsze. Górnicy pracowali tu na siedząco, byli skuleni… Na jednym z filarów jest symbol Wielkiej Bogini. Logo Krzemionek. Jest tu wilgotno. Z sufi tu spadają krople. Na górę wracamy już do innego miejsca. – To już? – słyszymy z grupy. Już.
W starym pawilonie można jeszcze kupić pamiątki. Tych, które mówią o Krzemionkach jest niewiele. Brylują wyroby z gatunku mydło i powidło. Kielczanom opowiadamy, że światowe gwiazdy lubią biżuterię z krzemienia. -Czy ten krzemień został tu wydobyty, czy jest z Chin – pyta z uśmiechem jedna z turystek. Tu także nie ma za bardzo gdzie usiąść, co zjeść, czy napić się. Wspominamy, że niegdyś były tu stoiska z pięknie obrobionym krzemieniem. Stały parasole. Działał punkt gastronomiczny. Teraz nie ma nawet koszy na śmieci.
Wracamy, ale nie aleją przez las, ale dawnym podjazdem, drogą asfaltową. Brama zamknięta. Miejsce unikatowe na skalę światową. Okolica piękna. Świeże powietrze. Szum drzew i śpiew ptaków. Szepczemy, że te Krzemionki muszą się same bronić.
Same muszą zatrzymać turystę na dłużej. Pozwolić mu nacieszyć się tym miejscem. Niestety, kto nie pokocha Krzemionek takich, jakie są, tak jak my, ten tu nie wróci… Po drodze widzimy znaki informujące, jak dojechać objazdami do Bałtowa. O Krzemionkach ani mru mru. A później dziwimy się, że spada liczba odwiedzających ich turystów, że ktoś na sesji mówi o niedoinwestowaniu muzeum, że naukowcy podważają sens prowadzenia ich przez samorząd powiatowy, albo słyszymy
kolejne zapewnienia urzędników, że już wkrótce starsze od piramid kopalnie krzemienia trafią na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Joanna Boleń, Dariusz Kisiel

Print Friendly, PDF & Email

One thought on “Krzemionki bronią się same

  • 17 czerwca 2017 at 17:19
    Permalink

    Ciekawe, że Krzemionki to muzeum, a w nocy muzeów nie bierze udziału – a szkoda…

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *