Indonezja – sen na Jawie

Szósta rano. W głowie znów pełno wspomnień z niedawnej podróży. Płyną obrazy jak rzeka. Trudno nad nimi zapanować. Było tak intensywnie, że pewnie jeszcze kilka dni potrzebne będzie na ochłonięcie.

MARZENIA… Wiadomo dobrze je mieć. Dużo osób podróżuje i nie jest to nic nadzwyczajnego dla wielu. Jednakże jeszcze kilka lat temu wydawało mi się to mało prawdopodobne, bym mogła udać się w tak daleką podróż. Z różnych powodów, choćby finansowych, ale także takich prozaicznych, jak nieznajomość języka angielskiego. Najważniejsze jednak w człowieku jest przełamywanie barier niemocy. W końcu kilka tysięcy złotych nie jest kwotą nie do zdobycia, a język? Biura turystyczne mają to do siebie, że zadbają o każdego, kto chętny jest na wyjazd. Ponad rok temu, oglądając, tak z ciekawości, reklamy jednego z biur, nagle wpadły mi w oko brzmiące egzotyczne nazwy takie, jak Sumatra, Jawa, Bali. Moje marzenie  nabrało realnych kształtów. Wszystko w jednej pigułce! Rewelacja, pomyślałam sobie. Ręka niemalże sama kliknęła na rezerwację. Za dobry znak uznałam fakt, że impreza zaczyna się w moje urodziny i mam rok czasu na sfinansowanie tej podróży.

MALEZJA. Pod koniec października tego roku, wyruszyłam w drogę. Przelot z Warszawy do Kuala Lumpur z przesiadką w Dubaju przeszedł sprawnie i bez nerwów tylko dzięki naszej pilotce Ani. Lotnisko w Dubaju to moloch trudny do ogarnięcia. Szczęśliwie bez przeszkód wylądowaliśmy w Malezji. Autokar zawiózł nas do hotelu, gdzie był przewidziany pierwszy nocleg.  Zmęczona po wielogodzinnej podróży,  którą odbyłam bez zmrużenia oka, po prostu  marzyłam o spaniu. Okazało się to nierealne. Już w godzinę po zameldowaniu się  wyruszaliśmy na zwiedzanie miasta. Na pierwszym planie znalazły się bliźniacze wieże Petronas, które są symbolem Kuala Lumpur. Rzeczywiście, piękne. W Malezji odwiedziliśmy jeszcze świątynię buddyjską Thean Hou, pałac królewski, budynek sułtana Abdula Samada,  plac Niepodległości i Meczet Narodowy. Po prostu, kolorowy zawrót głowy. Odwiedziliśmy też centrum handlowe. To w ramach naszej ciekawości co, gdzie i za ile.

Kolejne dni to pobyt na Sumatrze, gdzie dotarliśmy samolotem relacji Kuala Lumpur – Medan.

SUMATRA. Skwar,  pot cieknący z twarzy i wszędzie biednie, bardzo biednie. Dopiero niedawno pomyślano o inwestycjach takich, jak nowe drogi. A drogi wąskie, mało dróg i pełno w nich dziur. Ruch lewostronny, a kierowcy szaleni. Nikt nie liczy się z przechodzącymi na drugą stronę. Po kilkudniowej jeździe autokarem pomyślałam, że wszyscy tutejsi kierowcy to kaskaderzy. Ich umiejętności naprawdę są niesamowite. Aby zostać kierowcą autokaru każdy chętny, spełniający warunki medyczne, musi przejść 3-letnią praktykę jako pomocnik kierowcy. Na drogach niesamowita ilość motocykli, skuterów. Ludzie jeżdżą w większości bez kasków, po kilka osób naraz, z malutkimi dziećmi. Widoki dla nas niecodzienne i trudne do zaakceptowania. Widząc śpiące niemowlę na przedzie motoru zastanawiałyśmy się, jak to się dzieje, że nie ma prawie wypadków? Chociaż podobno ostatnio zdarza się ich coraz więcej.

Warunki, w przydrożnych knajpkach, dla turysty przyzwyczajonego do wygód, niecodzienne, bo polowe. Ubikacje, te przydrożne nazwać można raczej wychodkami. Od strony sanitarnej lepiej nie analizować tego tematu. Ale przecież chodzi o to, by przeżyć przygodę. To, że chwilowo jest trudno nie ma znaczenia. Kilkanaście dni szybko mija. Wspomnienia, wrażenia na zawsze pozostaną. Tym bardziej, że hotele na noclegi, naprawdę dobre. Trochę trudniej z jedzeniem. Nie moje klimaty.  Ryż pod różnymi postaciami, ostre, ale słodkawe przyprawy, wszystko smażone na palmowym tłuszczu. Ciężkie. Za to owoce zachwycają swoją różnorodnością. Wszystkich nazw nie pamiętam, ale były tam: liczi, karambola, mangostan, rambutan, salak, marakuja, durian, którego nie próbowałam, bo zapach okropny. Stwierdzam jednak, że nie ma to jak nasze polskie jabłuszka, gruszki, czereśnie itp.

Niezapomnianym doświadczeniem był poranny trekking przez dżunglę w Gunung Leuser, Parku Narodowym Sumatry. Spryskani środkami przeciw komarom, ubrani w długie spodnie wyruszyliśmy na poszukiwanie orangutanów, larungów, makaków i innych małpowatych. Najpierw przed nami huśtany most nad rzeką. Od razu skojarzyły mi się sceny z różnych filmów, gdzie takie mosty zrywają się, albo trudno jest przez nie przejść. Rzeczywiście, tuż po przejściu połowy nagle most zaczął mocno się bujać. Utrzymać równowagę było trudno, ale udało się. Nie wiem, ale może było to celowe, by trochę nas nastraszyć? Po drodze widzieliśmy drzewa kauczukowe. Przewodnik pokazał nam, w jaki sposób nacina się je i opowiedział, do czego są wykorzystywane. Po dwugodzinnym marszu przez dżunglę nastąpiło upragnione spotkanie ze zwierzętami. Z nas ciekł pot, a małpki wdzięcznie pozowały do zdjęć. W ciszy i przy naszych powolnych ruchach, by nie wystraszyć, rozdrażnić zwierząt, pstrykały flesze aparatów. Najbardziej rozbawił mnie i wzruszył widok mamy małego orangutana, która w pewnym momencie zaczęła poprawiać sobie czuprynkę i robić zabawne miny. W powrotnej drodze zobaczyłam pawia. A wsiadając do autobusu dostrzegłam idącego brzegiem dżungli warana, całkiem sporego. Tygrysów i słoni nie spotkaliśmy. Podobno są w dalszej części lasu.

WYSPA SAMOSIR – kolejny punkt wyprawy. Znajduje się ona na jeziorze Toba. Wyspa ciągle rośnie, bo to wulkan i coraz bardziej wypełnia jezioro. Piękne widoki, mnóstwo kwitnących, bardzo kolorowo, krzewów – takie stamtąd wyniosłam wspomnienie.

Na Sumatrze zajrzeliśmy też do wioski ludu Batak. Mieliśmy okazję zapoznać się z ich tradycją i kulturą przechadzając się po wiosce, zaglądając do domostw i uczestnicząc w pokazie tradycyjnych tańców. Z ogromną ciekawością odwiedziliśmy inną wioskę, która niegdyś była zamieszkała przez kanibali. Obecnie nie bardzo są chętni do wspomnień o tych czasach. Ciekawość nasza jednak była duża i udało uzyskać się informację, że to wyłącznie mężczyźni byli narażeni na skonsumowanie. Najpierw wydawany był wyrok przez starszyznę wioski, a następnie ofiarę ze skazańca składano na ołtarzu.

Po tak fascynujących widokach miejsc, nie mniej fascynujące były tzw. shopingi. A w nich kolorowe, bajkowe towary. Na pewno trochę taniej niż w Polsce. Miliony, które otrzymaliśmy w zamian za euro, trochę przerażały. Początkowo trudno było się połapać, jak to z tymi cenami jest. Ryzykiem było spojrzeć z zainteresowaniem na coś, bo sprzedający nie odpuszczali. Kupowaliśmy więc bez opamiętania. Bo żal tubylców, bo tanio, bo kolorowo,  bo… zawsze znajdowało się jakieś bo. A miejsca w walizkach było coraz mniej. Za to, ile frajdy przy oglądaniu, porównywaniu co i za ile udało się wytargować. Targować się trzeba było. Niestety, a może stety, to zależy co komu pasuje. Na pewno było to kolejne fascynujące doświadczenie.

JAWA CZY SEN. Jawa, to kolejny etap podróży. Od razu też i inne odczucia. Sumatra bardzo muzułmańska i smutna. Na Jawie od razu widać było, że ludzie żyją w lepszych warunkach. Rolnictwo lepiej rozwinięte, domostwa ładniejsze i mniej, stanowczo mniej biedy.

Zwiedziliśmy na Jawie piękne, zabytkowe świątynie pochodzące z IX w., które są wpisane na listę Unesco, Borobudur i Prambanan. Ich monumentalizm i architektura, niezwykłe piękno zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Stałam jak wryta. Można powiedzieć, że ich wygląd zaparł mi dech w piersiach. Jakiekolwiek słowa nie są w stanie opisać tych budowli. To trzeba zobaczyć, by poczuć!

Ogólnie Sumatra, Jawa i Bali są pochodzenia wulkanicznego i jest na nich kilkaset wulkanów. Ponad 100 czynnych. Na jednym z nich miałam przyjemność być. Najpierw był wyjazd na wschód słońca. Poranne wstawanie o godz. 3 nad ranem nie należy do fajnych doznań, ale być tak daleko od kraju i nie zobaczyć tego widowiska byłoby wręcz niewskazane. Jazda jeepami bardzo wąskimi i stromymi drogami, to już samo w sobie ciekawe przeżycie. Najpierw zaliczyliśmy punkt widokowy, gdzie opatuleni w kurtki oczekiwaliśmy pojawienia się słońca. Przyznaję, że na pocztówkach lepiej to wygląda, ale i tak było bardzo interesująco. Następnie jeepy zawiozły nas pod wulkan Bromo, który wyrzucał z siebie dym i pohukiwał groźnie. Wejście na niego to nie problem. Są zrobione dla turystów schody. Jest ich 253. Okolica mocno księżycowa, co też stanowi swego rodzaju atrakcję. Wszędzie pełno pyłu, szaro,  a jednak robi to wrażenie.

Fantastycznym doświadczeniem była wizyta na plantacji, gdzie uprawiana jest kawa, wanilia, gałka muszkatołowa, kakao, cynamon, pieprz i różne drzewa owocowe. Dla nas wszystko egzotyczne, ciekawe. Nie wiedziałam na przykład, że gałka rośnie na drzewach, które dopiero po 7 latach wydają owoce, a wanilia to pnącze, którego kwiaty zapyla się ręcznie i owocuje dopiero po kilku miesiącach od zapylenia. Wysłuchałam wiele ciekawych informacji na temat tych wszystkich upraw. Trudno wszystko zapamiętać. Na plantacji  zauważyłam pająki, które były wielkości małego spodka. Z ciekawością się im przyglądałam, bo poza rozmiarem zaintrygował mnie ich kolor.

NA BALI. Ostatnim przystankiem w tej podróży była wyspa Bali, na którą dostaliśmy się promem. Od razu odczuć i zobaczyć można było ogromną różnicę między Sumatrą, a nawet Jawą. Tu domostwa są dostatnie. Bogate rolnictwo. Widać, że turystyka kwitnie i daje dobre utrzymanie wszystkim. Poza tym na Bali przeniosły się bogate rody z innych wysp i to też ma istotne znaczenie. Tu turysta nie czuje się obco. Rzeczywiście to raj dla tych, którzy pragną wygrzać się w słońcu i nacieszyć ciepłym oceanem. Gdy temperatura wody wynosi 32 stopnie, a powietrze rozgrzane jest do czerwoności nie pozostaje nic innego, jak zażywać kąpieli wodno -słonecznej. Sprawdzaliśmy, ile wskazuje termometr. Było 38 stopni o godz. 11, ale przy tej wilgotności odczuwalna temperatura to jakieś 45.  Wychodząc na dwór czułam się, jakbym nagle znalazła się w piekarniku.

To co pokrótce opisałam, oczywiście jest tylko skromnym wycinkiem tego, co zobaczyłam, czy usłyszałam. Wiedza przewodników, różnorodność odwiedzanych miejsc to skarb, który we mnie pozostanie na zawsze.

Podróże kształcą – to z całą pewnością mogę potwierdzić. Nie jest, oczywiście, koniecznością podróżować tak daleko, ale fajnie jest poznawać inne kultury, obyczaje. Zobaczyć to wszystko (o czym się czyta, czy ogląda w telewizji) z bliska. Po prostu, przyglądać się temu co inne, by zmieniać siebie. To również radość z możliwości konfrontowania się z innością i odnajdywanie się w różnych nietypowych sytuacjach. Po prostu, przygoda.

Halina Metryka

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *