Dr Paweł Gotowiecki, prorektor WSBiP, o Żołnierzach Wyklętych. Między mitem, a realizmem

-Kim byli żołnierze wyklęci?

-Pojęcie żołnierzy wyklętych zostało utrwalone w latach dziewięćdziesiątych i jest bardzo pojemne – mówi dr Paweł Gotowiecki, historyk i prorektor Wyższej Szkoły Biznesu i Przedsiębiorczości. -Inaczej używają go historycy, inaczej publicyści i politycy. Nazwa ta odnosi się do antykomunistycznej, zbrojnej konspiracji, działającej na ziemiach polskich od 1944 roku. Jest do pewnego stopnia umowna, ponieważ nie wszyscy ci, których zaliczamy do wyklętych, byli żołnierzami powstania antykomunistycznego w ścisłym tego słowa znaczeniu . Przykładem jest tu chociażby generał Aleksander Krzyżanowski „Wilk”, dowódca wileńskiej Armii Krajowej, który został aresztowany w 1944 roku przez Sowietów, po powrocie do kraju był ponownie aresztowany przez UB, a zmarł na zapalenie płuc w 1951 roku w komunistycznym więzieniu. Nie zapominajmy też o walce bez oręża, którą prowadzili działacze mikołajczykowskiego Polskiego Stronnictwa Ludowego, z których wielu zostało zamordowanych w trakcie przygotowań do wyborów w 1947 roku. Próby oporu i przystosowania się społeczeństwa polskiego po 1944 roku trudno rozpatrywać tylko i wyłącznie dwubiegunowo, tak jakby wyłącznie z jednej strony byli komuniści, a z drugiej żołnierze wyklęci.

Paweł Gotowiecki – doktor nauk humanistycznych, historyk, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktoryzował się na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego; prorektor Wyższej Szkoły Biznesu i Przedsiębiorczości; prezes Środkowoeuropejskiego Instytutu Badań i Analiz Strategicznych; autor blisko 40 książek i artykułów naukowych.

-No właśnie, czy pana zdaniem, np. Instytut Pamięci Narodowej nie powinien weryfikować tego, kto powinien być uznany za żołnierza wyklętego?
-Ależ IPN, który prowadzi badania naukowe, stara się to czynić. Powstają lepsze lub gorsze publikacje naukowe, ale pamiętajmy, że mamy do czynienia z dwiema kategoriami. Jedna to funkcjonowanie żołnierzy wyklętych w nauce, a druga w świadomości zbiorowej, jako swoistego mitu historycznego. Utrwalane tego mitu powoduje, że jako zbiorowość traktuje się osoby, które nie zasługują w mojej ocenie na równe upamiętnienie. Z jednej strony mamy szlachetne postacie Witolda Pileckiego czy Łukasza Cieplińskiego „Pługa”, a z drugiej strony postacie kontrowersyjne, jak Józef Kuraś „Ogień” czy Romuald Rajs „Bury”. Ci drudzy walczyli metodami znajdującymi się, delikatnie mówiąc, na granicy prawa i moralności. Oczywiście okoliczności prowadzonej walki i brutalność ze strony komunistycznego aparatu bezpieczeństwa z pewnością były czynnikami wyzwalającym określone reakcje, ale między pewnym usprawiedliwieniem historycznym, a stawianiem niektórym żołnierzom wyklętym pomników jest zasadnicza różnica.
-Stoi pan na stanowisku, że obecnie narodził się mit żołnierzy wyklętych, który odgrywa pewną rolę we współczesnej polskiej polityce. Dlaczego?
-Mit ma na celu porządkować rzeczywistość, utrwalać wyznawany światopogląd, z czasem prowadzi do sakralizacji pojęć. W tym sensie żołnierze wyklęci wpisują się w mitologię prawej strony sceny politycznej. Ich działalność tworzy pewien obraz najnowszej historii Polski, zgodny z wyznawaną przez prawicę ideologią. Rodzi się jednak problem, czy w świadomości młodych Polaków żołnierze wyklęci powinni funkcjonować właśnie jako mit historyczny, czy raczej jako element najnowszej historii naszego narodu, opis faktów i zjawisk? Osobiście do mitologizacji wyklętych mam stosunek ambiwalentny.
-Z jakiego powodu?
-Bezwzględnie żołnierzom wyklętym należy się uhonorowanie ich walki, a często ofiary życia. Jeżeli mówimy o racji historycznej, to leży ona po stronie tych, którzy walczyli o niepodległość, a nie po stronie tych, którzy utrwalali komunistyczną władzę. Natomiast nie do końca podoba mi się przedstawianie żołnierzy wyklętych, jako dwudziestowiecznych Kmiciców, z całą romantyczną wizją ich walki. Ona nie miała nic wspólnego z romantyzmem. To był wielki dramat ludzi, którzy chcieli żyć, którzy powinni żyć i pracować dla Polski, a którym to uniemożliwiano. Wielu żołnierzy wyklętych na falach kolejnych amnestii ujawniało się, ale zagrożeni represjami schodzili do podziemia, gdzie byli ścigani jak zwierzęta, czyniono na nich obławy, obstawiano agenturą. To była walka, która niosła ogromną dozę dramatu i pozbawiona była szans politycznego i militarnego zwycięstwa. Dlatego osobiście wolę gdy poświęcenie żołnierzy wyklętych się honoruje, niż mitologizuje. Mieszane uczucia wywołuje u mnie np. organizowanie biegu na dystansie 1963 metrów, upamiętniającego rocznicę śmierci ostatniego partyzanta antykomunistycznego Józefa Franczaka. Przecież w 1963 roku trwał wyścig kosmiczny, Beatlesi nagrali swój pierwszy album studyjny! Szczęśliwe kraje Zachodu rosły w dobrobyt a w Polsce ginął z bronią w ręku ostatni partyzant dawno zakończonej wojny.
Mój niesmak budzi to, że mitologizacji dokonują często ludzie, którzy są bliżsi raczej tradycji PZPR, niż polskiego państwa podziemnego, a w epoce Solidarności pozostawali indyferentni np. w stosunku do działań upamiętniających przywracających pamięć o Armii Krajowej, jak uroczystości na Wykusie. Owszem, rolą polityków jest walka o głosy wyborców, także przy pomocy polityki historycznej. Budując mity, gubimy jednak pytania zasadnicze, a dla mnie jako historyka najważniejsze, dotyczące oceny historycznej działalności żołnierzy wyklętych i kwestii realizmu politycznego. Wreszcie utrwalamy biało-czarną wizję najnowszej historii Polski.


-Co ma pan na myśli?
-Władza komunistyczna, to oczywiste, została przyniesiona na sowieckich bagnetach. Nie jest jednak tak, że komuniści w ogóle nie mieli poparcia Nie możemy zapominać o tym, że PPR, a później PZPR, między innymi dzięki radykalnym reformom społecznym, stopniowo zyskiwała poparcie polityczne u części społeczeństwa. Wreszcie w 1956 roku, po dojściu do władzy Gomułki, doszło do częściowej legitymizacji władzy komunistycznej. Władzy, którą przypomnijmy, w wyniku konferencji jałtańskiej, uznały zachodnie mocarstwa. Powojenna rzeczywistość polityczna tworzyła więc bardziej złożony obraz. I właśnie na tym tle należy rozważać kwestię realizmu podejmowanej walki przez żołnierzy wyklętych.
-Jest pan zdania, że walka żołnierzy wyklętych po 1945 roku nie miała sensu? Wielu ten punkt widzenia nie przypadnie do gustu…
-Jestem historykiem i do faktów podchodzę w sposób chłodny i analityczny. Przede wszystkim podkreślmy, że większość kadry dowódczej była zwolennikami konspiracji ograniczonej, kadrowej, nastawionej na przyszłą ewentualność konfliktu zbrojnego, czy nawet III wojny światowej. Taki charakter miały organizacje: NIE, Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj, a następnie Wolność i Niezawisłość. Ta konspiracja miała sens. Prowadziła do stopniowego „rozładowywania” ruchu partyzanckiego w lasach, pozbawionego jakichkolwiek szans na zwycięstwo. Natomiast decentralizacja konspiracji prowadziła do powstawania niezależnych od siebie ognisk oporu, które mogły walczyć już tylko o przetrwanie i były prędzej czy później inwigilowane i rozbijane przez rosnący w siłę aparat bezpieczeństwa. Tego typu konspiracja była już tylko dramatycznym, ale niepotrzebnym rozlewaniem polskiej krwi, która w ówczesnych realiach politycznych nie mogła już służyć żadnej sprawie. Rozbijanie więzień może efektownie wygląda w niskobudżetowych filmach TVP, ale w rzeczywistości była to walka straceńcza, a więc politycznie niepotrzebna. Pamiętajmy, że do zaprzestania konspiracji zbrojnej wzywał niejednokrotnie rząd polski na uchodźstwie w Londynie, a więc depozytariusz praw niepodległej Polski, stanowiący centralny ośrodek kierowniczy ówczesnej polityki niepodległościowej.
-Spotkałem się z opinią, że żołnierze wyklęci byli wykorzystywani w rozgrywkach mocarstw, konkretnie przez wywiad amerykański. Też podziela pan ten punkt widzenia?
-Amerykańska polityka była zawsze chłodna i pragmatyczna, zarówno w Jałcie jak i w okresie zimnej wojny. Powstały po 1945 r. dwubiegunowy podział świata nie oznaczał, że Amerykanie przedłożą interes walczącego o wolność narodu polskiego nad swój interes. Jeśli oceniamy stosunek Stanów Zjednoczonych do kwestii podtrzymywania oporu wśród Polaków, to z jednej strony, owszem, możemy mówić o szerokiej akcji informacyjnej wśród społeczeństwa, a z drugiej np. o aferze Bergu, czyli szpiegowskim skandalu, który wstrząsnął polską emigracją na Zachodzie na przełomie 1952 i 1953 r. i sprawił, że nigdy potem nie odegrała już znaczącej politycznej roli. Amerykanie wykorzystali bowiem struktury emigracyjne i ich kanały krajowe do działań szpiegowskich i dywersyjnych.
Dziękuję za rozmowę.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *