Dr Paweł Gotowiecki o wyborach z 4 czerwca 1989 roku. Wolność kocham i rozumiem

-Jak pan, jako badacz najnowszej historii naszego kraju, ocenia wybory czerwcowe 1989 roku? Ich wynik był sukcesem ruchu solidarnościowego, czy raczej miękkim lądowaniem komunistów

-Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest jednoznaczna, a obie tezy wzajemnie się nie wykluczają. Z jednej strony wybory czerwcowe i cały proces transformacji ustrojowej stanowił „miękkie” lądowanie dla ludzi obozu rządzącego oraz formę legitymizacji aparatu PZPR w nowych realiach polityczno-prawnych – mówi prorektor Wyższej Szkoły Biznesu i Przedsiębiorczości w Ostrowcu Świętokrzyskim, dr Paweł Gotowiecki. – tzw. uwłaszczenie nomenklatury, transformacja partii komunistycznej  w socjaldemokratyczną i powrót na scenę polityczną po krótkim okresie ostracyzmu stanowią politologiczny fakt. Z drugiej strony mamy marsz po władzę nieprzygotowanej do tego „Solidarności” i historyczne dywagacje, czy trzeba było iść szybciej i bardziej bezkompromisowo czy tak jak poszła opozycja – wolno i ostrożnie. Niestety, historia nie jest nauką eksperymentalną, i nie da się zrobić doświadczenia, co by było, gdyby… Łatwo jest dzisiaj mówić, że „Solidarność” powinna pewniej sięgnąć po władzę i wykorzystać koniunkturę polityczną do szybkiego demontażu ustroju, bez przystawania na kompromisy i półśrodki. Tyle, że z ówczesnego punktu widzenia nie dało się przewidzieć, czy proces zmian w całym bloku komunistycznym będzie postępował cały czas w kierunku liberalizacji. Pamiętajmy, że przez 45 lat bloku wschodniego, jego polityczna historia stanowiła amplitudę stopniowej liberalizacji systemu i dokręcania śruby przez rządzące ekipy.

– Wynikiem wyborów wydaje się, że zaskoczeni byli nie tylko komuniści, ale i okrągłostołowa opozycja, jak wtedy mówiono o ruchu solidarnościowym uczestniczącym w Magdalence w swoistym, politycznym kontrakcie stulecia…

– Zgadzam się z tezą, że wszyscy byli do pewnego stopnia zaskoczeni. „Solidarność” mimo wszystko skalą zwycięstwa, a komuniści skalą porażki. Decydenci partyjno-rządowi rozpisali pewien scenariusz, którego elementem były częściowo wolne wybory, tyle że aktorzy w pewnym momencie przestali grać narzucone sobie role. O co bowiem chodziło ekipie Jaruzelskiego? Dla komunistów wybory czerwcowe były próbą wprzęgnięcia zalegalizowanej „Solidarności” w system polityczny i obarczenia ją częścią odpowiedzialności za niepopularne decyzje gospodarcze. Kosztem częściowej liberalizacji systemu władza chciała osiągnąć ponowną legitymizację. Mechanizm ten nie był nowy, znamy go choćby z 1956 r.

– Dlaczego jednak „Solidarność” podjęła w 1989 roku grę z komunistami?

-„Solidarność” z 1989 roku nie była „Solidarnością” z lat 1980 -1981, która wyprowadzała komitety partyjne z zakładów pracy. Ruch solidarnościowy przeszedł bowiem w podziemiu głęboką przemianę. Charakterystyczne, że czołowymi twarzami „Solidarności” w 1989 roku byli nie dawni radykałowie, lecz Mazowiecki czy Geremek, akcentujący z jednej strony potrzebę ostrożnej taktyki, z drugiej strony gotowość do kompromisu. Komuniści nie chcieli i nie mogli zlekceważyć tych potencjalnych partnerów do gry.

-Czy nie jest jednak tak, że w wyborach 4 czerwca 1989 społeczeństwo odrzuciło część z ustaleń okrągłostołowych, bo przecież chociażby przedstawiciele komitetów obywatelskich zdobyli wszystkie mandaty przeznaczone dla bezpartyjnych?

-Akurat te mandaty były wynikiem okrągłostołowego kontraktu, choć jak wspomniałem nikt się nie spodziewał skali klęski PZPR. Ale zgadzam się z panem, wybory pokazały że ruch „Solidarności” chce czegoś więcej niż jedynie dopuszczenia do uczestnictwa w jawnym życiu polityczno-gospodarczym. Tyle że najbliższa przyszłość pokazała, że wyborcza ekscytacja była tyleż intensywna ile krótkotrwała. Wiosną i latem 1989 roku entuzjazm, wzbudzony możliwością przeprowadzenia pierwszych, częściowo wolnych wyborów, przesłonił wszystkie inne kwestie. Jednak najbliższe miesiące i lata pokazały, że społeczeństwo jest mocno spolaryzowane, ale i zmęczone rozpoczynającą się dopiero „wojną na górze”, że kwestie społeczno-gospodarcze przeważają nad ideologiczno-politycznymi, a proces transformacji ustrojowej niesie za sobą duże koszty społeczne, za które Polacy obarczyć mieli właśnie „Solidarność”

-Z tamtych lat zapamiętałem wypowiedź szefa komunistycznej partii Mieczysława Rakowskiego, że owszem partia oddaje władzę polityczną, ale ekonomicznej jeszcze długo, długo nie odda…

-Komuniści nie zakładali likwidacji systemu, ale jego przebudowę, oczywiście ze swoją, dominującą w życiu polityczno-gospodarczym rolą. Jakkolwiek proces transformacji ustrojowej przekroczył ramy scenariusza, nie można powiedzieć żeby aparat partyjny był na tych przemianach szczególnie stratny, zwłaszcza pod kątem ekonomicznym. Dawnej nomenklaturze stosunkowo łatwo było wcielić się w rolę nowej klasy kapitalistów.

-Dziś 4 czerwca obchodzony jest jako święto wolności. No właśnie, czy nie uważa pan, że to święto zawłaszczone zostało przez ugrupowania lewicowo – liberalne, a prawica ma do niego raczej ambiwalentny stosunek?

-Wynika to z próby budowania własnej bogatej w symbolikę polityki historycznej przez dzisiejszych aktorów sceny politycznej. Dla prawicy 4 czerwca 1989 roku nie jest do końca wygodną datą. Z jednej strony część liderów obecnego PiS żyrowała ówczesne porozumienia, aktywnie uczestnicząc w kontrakcie Okrągłego Stołu, z drugiej strony narracja obozu prawicowego budowana jest na zupełnie innych wartościach, chociażby silnie akcentowanym antykomunizmie i dekomunizacji, które nie pasują do 4 czerwca 1989 roku. Bliższa ideałom prawicy spod sztandaru Kaczyńskiego i Macierewicza jest rocznica „nocnej zmiany” z 1992 roku. Z kolei dla  środowisk lewicowo-liberalnych data 4 czerwca 1989 roku jest istotnym punktem ich narracji, opartej na tezie o ewolucyjnym procesie przemian ku demokratyzacji i integracji ze strukturami zachodnimi, przy jednoczesnym odrzuceniu wszelakich radykalizmów i ekstremizmów. Mówiąc o 4 czerwca 1989 roku  mamy zatem do czynienia z dwiema płaszczyznami – symboliczną i faktograficzną.

-A czy stosunek do 4 czerwca 1989 roku nie zmienił się wraz ze zmianą oceny działalności Lecha Wałęsy, z którym zdjęcie wyborcze gwarantowało mandat poselski, a który dziś uznawany jest za tajnego współpracownika służb bezpieczeństwa?

– Stosunek do tego święta jest wynikiem obecnej partyjnej retoryki i ideowo-politycznego pozycjonowania się niektórych polityków. A przecież jedną z ważnych postaci rozmów Okrągłego Stołu był Lech Kaczyński, z kolei Bronisław Komorowski bojkotował wybory, jako formę układu z komunistami. Czasem to współczesne pozycjonowanie się wygląda mało poważnie. Groteskowa w tym kontekście jest wypowiedź choćby prezydenta Warszawy, który mówił przed kilkoma dniami w Gdańsku, że w 1989 roku jako 17-latek udzielał porad i tłumaczeń, czyniąc w tej sposób z siebie wręcz doradcę ówczesnej „Solidarności”.

-Chyba musimy jednak pamiętać o tym, że wiele środowisk politycznych na wyborach czerwcowych nie ugrało nic i kontestowało polityczną rzeczywistość?

-Oczywiście, ówczesna scena polityczna wykraczała poza partyjno-solidarnościowy mainstream, byli też dogmatycy po stronie PZPR, a także związkowi radykałowie. Jako ciekawostkę powiem, że po wyborach jeden z ostrowieckich działaczy z najdłuższym stażem partyjnym (sięgającym jeszcze KPP) stwierdził, że wybory 4 czerwca 1989 roku były niedemokratyczne, gdyż mieszał się w nie Kościół. Dosyć oryginalne  stwierdzenie po 45 latach fałszowania wyborów albo urządzania ich fikcji. Po drugiej stronie mieliśmy np. działaczy Konfederacji Polskiej Niepodległej, którzy co prawda startowali w wyborach, ale kwestionując porozumienia Okrągłego Stołu. Do tego mieliśmy kompletnie pozasystemową opozycję, która wybory zbojkotowała i stawiała maksymalistyczne żądania niepodległości. Jednak realnie oceniając – skrajności po obu stronach stanowiły wiosną 1989 roku zaledwie margines ówczesnej polityki.

-Dziękuję za rozmowę.

Dariusz Kisiel

Wybory 4 czerwca w Ostrowcu Świętokrzyskim

W wyniku porozumień Okrągłego Stołu ustalono, że wybory do Sejmu i Senatu miały być częściowo wolne. W skomplikowanej ordynacji wyborczej kraj podzielony był na 108 okręgów wyborczych do Sejmu, w których wybierano 425 posłów (resztę wybierano z listy krajowej) oraz 49 okręgów wyborczych do Senatu, w których wybierano 100 senatorów.  Tylko 35% mandatów sejmowych mandatów podlegało wolnym wyborom – reszta  była zarezerwowana dla strony partyjnej – PZPR i jego stronnictw sojuszniczych. Całkowicie wolne miały być wybory do Senatu.

W Ostrowcu Świętokrzyskim kierownictwo PZPR ustaliło że z mandatów „partyjnych” startować będą reprezentujący hutę Stanisław Wieteska, oraz dyrektor Zespołu Szkół Hutniczych Sławomir Kopański – mówi dr Paweł Gotowiecki. Nadzieje wiązano zwłaszcza z osobą 56-letniego Kopańskiego, doświadczonego przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej. Ostatecznie postanowiono wycofać kandydaturę Wieteski, a sam kandydat przekazał swe głosy Kopańskiemu. Jak się wydaje, przyczyną takiego stanu rzeczy był postępujący rozkład struktur partyjnych w hucie.

Grono wywodzących się z Ostrowca i reprezentujących stronę rządową kandydatów uzupełniali 55-letni Władysław Ścibisz, nadleśniczy w Nadleśnictwie Ostrowiec, oraz 45-letni Bogumił Rup, rekomendowany przez Zrzeszenie Prawników Polskich. O mandat senatora ubiegał się z kolei reprezentujący ZSL 42-letni rolnik ze Świrny Leszek Bugaj.

Kampania wyborcza PZPR prowadzona była w starym, pompatycznym stylu, choć sam Kopański starał się przedstawiać jako człowiek umiaru, myślący o przyszłości. W swoim programie podkreślał potrzebę zmian w systemie nauczania, troskę o lokalne środowisko, zaznaczał przy tym własną uczciwość i kompetencje.

Dużo sprawniej niż strona partyjna przygotowała się do wyborów solidarnościowa opozycja.  12 kwietnia 1989 powstał Obywatelski Komitet Wyborczy w Ostrowcu Świętokrzyskim. Jego prezydium tworzyli nauczyciel Zygmunt Waszka – przewodniczący, oraz nauczycielka Małgorzata Życka-Oruba i pracownik huty Jarosław Baranowski – wiceprzewodniczący.

W 1989 roku w komitecie obywatelskim w Ostrowcu, jak i w całej Polsce, pierwsze skrzypce grała inna  kategoria działaczy, niż ci z 1980-81 roku – mówi dr Paweł Gotowiecki. Miejsce robotników wielkoprzemysłowych zajęła inteligencja wywodząca się głównie ze środowiska nauczycielskiego. „Solidarnościowym” kandydatem na posła został nie hutnik, a właśnie nauczyciel, Adam Mitura. Zapewne w realiach 1980-81 kandydat na posła wywodziłby się z hutniczej „Solidarności”.  .

Kandydatura Mitury – 67-letniego emerytowanego nauczyciela, znanego przede wszystkim jako świetny mówca i orator z lat 1980-1981, nie była zresztą jednomyślnie przyjęta przez całą opozycję, a wśród działaczy hutniczej „Solidarności” mówiono z sarkazmem o dominacji nauczycieli w Komitecie Obywatelskim i rosnących wpływach tego środowiska.

Kampania „Solidarności” prowadzona była sprawnie i żywiołowo. Wpływ na to miała duża liczba wolontariuszy świadcząca o spontaniczności, oraz mniej lub bardziej skrywane wsparcie Kościoła. Sam Adam Mitura prezentował się w kampanii jako zwolennik zmian głoszonych przez „Solidarność”, ale jednocześnie jako osoba daleka od radykalizmu przyświecającego części opozycji. W swych wystąpieniach wyborczych opowiadał się za ewolucyjną drogą ku demokracji, podkreślając wielkie zadania legislacyjne czekające nowy Sejm.

Adam Mitura nie był jedynym ostrowieckim kandydatem startującym z mandatu „społecznego”. PZPR na terenie całego kraju udzielała oficjalnego, bądź nieoficjalnego poparcia osobom bezpartyjnym, konkurującym z kandydatami strony solidarnościowej. W Ostrowcu Świętokrzyskim taką osobą był znany lekarz Tomasz Chudzicki, dyrektor ostrowieckiego ZOZ. Komitet Miejski PZPR liczył, że rekomendowany przez środowisko służby zdrowia Chudzicki będzie godnym kontrkandydatem Adama Mitury w walce o mandat poselski nr 171. Pomimo deklarowanego wsparcia PZPR Chudzicki w ostatniej chwili zgłosił się jako szósty kandydat do mandatu nr 170 uznając, że da mu to większe szanse niż walka z Miturą. Zaskoczony I sekretarz Komitetu Miejskiego PZPR Zdzisław Czechowski na wieść o wolcie dyrektora o mało nie podał się do dymisji.

W całym kraju oprócz dwóch wielkich bloków startowało też kilka marginalnych partii i środowisk, z których za najpoważniejszą siłę polityczną uchodziła Konfederacja Polski Niepodległej. Dość prężna ostrowiecka KPN nie wystawiła jednak swojego kandydata, a przywódczyni partii w Ostrowcu Danuta Wilczyńska zrezygnowała z walki o mandat poselski na rzecz Adama Mitury.

Wynik głosowania w dniu 4 czerwca oznaczał prawdziwą klęskę obozu rządowego. W Ostrowcu Świętokrzyskim do urn wyborczych poszło ponad 35,5 tysiąca wyborców, co stanowiło 67,3% uprawnionych do głosowania. Zwycięstwo wyborcze odnotował Adam Mitura, deklasując jedyną kontrkandydatkę ze Starachowic. Drugi „niezależny” mandat poselski w województwie otrzymał Michał Chałoński, pokonując, także w Ostrowcu, m. in. Tomasza Chudzickiego. Z kandydatów partyjnych najlepszy wynik osiągnął Sławomir Kopański, ale nawet jemu nie udało się przekroczyć progu 50% + 1 głos, co oznaczało dość przykrą walkę o mandat w drugiej turze. Zwłaszcza, że upojony zwycięstwem elektorat „Solidarności”, nie wybierał się na powtórne głosowanie w dniu 18 czerwca.

Ostatecznie Sławomirowi Kopańskiemu udało się zdobyć w II turze wyborów, przy upokarzającej frekwencji 23,3% mandat poselski, ale refleksje strony partyjnej były raczej gorzkie. Wskazywano na zbyt późne rozpoczęcie kampanii, słabość propagandy, oraz wstydliwość agitatorów, rozklejających plakaty pod osłoną nocy. Najtrafniejszym było jednak stwierdzenie, że dla zdecydowanej większości wyborców liczyła się przede wszystkim przynależność kandydata do opozycji. Wybory w 1989 miały charakter plebiscytowy, natomiast już wybory samorządowe w 1990 roku uwidoczniły ogromną polaryzację społeczeństwa. 

Dariusz Kisiel

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *