Dra Pawła Gotowieckiego krótki esej o „Solidarności” i postkomunizmie

Solidarność, której 39. rocznica przypada w tych dniach, definiowano na różne sposoby. Poszczególni autorzy czy też sami uczestnicy ruchu widzieli w „Solidarności” wszechpotężny związek zawodowy, pierwszy powojenny oddolny ruch społeczny, określano ją jako „rewolucję godności”, „społeczną krucjatę odrodzenia narodowego”,  dostrzegano w niej elementy polityczne, pierwiastki irredentystyczne, a nawet mesjanistyczne. Pisano o związku w ujęciu historycznym, politologicznym, socjologicznym, także religijnym (nawiązując do nauczania Jana Pawła II, który sankcjonował społeczeństwo jako podmiot historii) czy też zwyczajnie ujmowano go w kategorii osobistych wspomnień. Po czterech dekadach, uwzględniając różnorodność paradygmatów i spojrzeń, nie sposób obiektywnie wskazać jednej satysfakcjonującej definicji tego – co by nie mówić – fascynującego zjawiska 20-wiecznej historii Polski.

Ale wśród większości owych opisów i narracji można znaleźć pewien mianownik, który określiłbym mianem solidarnościowego uniwersum. Zdefiniowałbym je jako swego rodzaju szczególny, integralny, głęboko osadzony w kontekście historyczno-kulturowym fenomen wspólnotowości. Wspólnotowości realnej, osadzonej w sferze wartości, która samoistnie zrodziła się jako przeciwstawienie wspólnotowości narzuconej i ostentacyjnie eksponowanej przez komunistyczną władzę. Ci, którzy tworzyli ową „solidarnościową” comunitas, odrzucili rytualizację zawłaszczonych symboli,  nadając im nowe albo czasem odzyskane znaczenie, uzewnętrzniając głęboką przepaść między nowym, solidarnościowym systemem wartości, a zhierarchizowaną i autorytarną władzą.

Wydaje się, że właśnie owa „solidarnościowa” redefinicja słowa „wspólnotowość”, tak mocno eksponowana w związkowej retoryce lat 1980-1981, winna się stać właściwą spuścizną ruchu. Jeżeli bowiem, naturalną koleją rzeczy, wszelkie postulaty związkowe, społeczne, wreszcie polityczne przestały po jakimś czasie mieć znaczenie, to sam sens i istota „Solidarności”, traktowane w kategoriach aksjologicznych, wpisane nierozłącznie w historię państwa i narodu (jak w historię Francji wpisana jest Wielka Rewolucja Francuska), powinny być najważniejszym dziedzictwem ostatniej dekady PRL-u.

A jednak w moim i nie tylko moim przekonaniu tak się nie stało. Dlaczego?

Homo sovieticus

 Żeby spróbować odpowiedzieć na to pytanie trzeba by się cofnąć do okresu sprzed powstania „Solidarności” i do analizy procesów społecznych, które skutecznie – jak się miało okazać – modelowały polskie społeczeństwo przez ponad cztery dekady Polski Ludowej. Sowietyzacja społeczeństwa, jak pokazała historia ZSRR, ale także PRL, była oddziaływaniem na sferę polityki i gospodarki, ale także  – a może przede wszystkim – efektywną indoktrynacją ideologiczną, mającą charakter inżynierii społecznej. Wykorzystywała ona, w sposób dalece manipulacyjny, naturalne tendencje i dążenia oraz procesy myślowe zachodzące w obrębie poszczególnych grup społecznych, do kształtowania nowego modelu społeczeństwa i – w wymiarze indywidualnym – człowieka. Wyczerpująco opisał ten „zabieg” ks. prof. Józef Tischner w swoim znanym studium poświęconym „homo sovieticus”.

Przykładów komunistycznej inżynierii jest wiele – skupmy się na stanowiącej fundament ruchu „Solidarności” grupie społeczno-zawodowej robotników. Klasa robotnicza, czyli mówiąc popularnym ostatnio określeniem nominalny suweren powojennej Polski, była faktycznym beneficjentem awansu społecznego w okresie stalinowskim. W kolejnych dekadach, a w szczególności w dekadzie gierkowskiej, kiedy realny awans społeczny (może poza kategorią chłoporobotników) coraz trudniej było osiągnąć, robotnicy (zwłaszcza wielkoprzemysłowi), byli sukcesywnie demoralizowani przez przekupywanie grup strategicznych dla gospodarki. I choć jednocześnie w warstwie tej następował zupełnie inny proces identyfikacji niż ten, do którego dążyli komunistyczni decydenci – czerpiący z przedwojennej tożsamości, poczucia godności, wzrostu religijności czy też udziału w kolejnych polskich kryzysach (1956, 1970, 1976), nie wyparł on wypracowanego w poprzednich dekadach postulatywnego stylu myślenia. Warto zwrócić uwagę, że w okresie „karnawału Solidarności”, w związkowych enuncjacjach równolegle z narracją „godnościową” przeplatała się narracja rewindykacyjno-roszczeniowa. Na marginesie, myślę że różnego rodzaju opracowaniach poświęconych historii związku, jest ona niesłusznie bagatelizowana.

Charakterystycznym jest, że w okresie stanu wojennego, władza po użyciu metod siłowych, przystosowanie społeczeństwa zamierzała kupić za pomocą nieudolnych (trzeba przyznać) przynęt o charakterze ekonomicznym. I w dużej mierze jej się udało – przynajmniej trzymając się „klasy robotniczej”. Komuniści nie odzyskali utraconej na zawsze w r. 1980 legitymizacji władzy, nie uzyskali poparcia ani nawet akceptacji dla swych rządów – metodą kija i marchewki, strachu i obietnic, kupili na kilka lat czysto konformistyczne  przystosowanie społeczne i milczący brak sprzeciwu dla swej władzy i rytuałów.

Krótka lekcja postkomunizmu

Nadszedł jednak rok 1989 i początek procesu transformacji, w wymiarze symbolicznym kończący okres komunizmu.    Rysuje się zasadnicze pytanie – czy społeczeństwo polskie, przeorane za pomocą wyżej naszkicowanego eksperymentu społecznego, było gotowe do korzystania z zakontraktowanej (to chyba dobre słowo) demokracji i czy było w stanie w krótkim czasie zbudować taki system wartości, który by  równoważył zdeformowany zbiór norm, zasad i poglądów społecznych odziedziczony w spadku po PRL? Czy po 1989 r. społeczeństwo polskie było w stanie budować swoją zbiorową tożsamość w odwołaniu do wspólnoty wartości czy też na czyniło to na podglebiu innych, społecznych celów i aspiracji?

Zaryzykowałbym tezę, że jeżeli w wymiarze symbolicznym i zbiorowym za kamień węgielny III RP możemy cały wielopłaszczyznowy ruch „Solidarności” z jego systemem wartości, to w wymiarze realnym i jednostkowym schedą odziedziczoną po komunizmie jest głęboka demoralizacja społeczeństwa przez miniony system. Można ją opisać na wiele sposobów – ja wskazałabym na cechy najbardziej charakterystyczne – oportunizm i konformizm, polegający na mechanizmie społecznego przystosowania w zamian za realizację określonych sfer roszczeń.

Jeżeli bowiem w powszechnym rozumieniu słowo „postkomunizm” odnosimy do pewnego szczególnego układu, jaki powstał w okresie transformacji systemowej na styku nieformalnych powiązań między polityką, gospodarką i służbami specjalnymi, to nie wyczerpuje ono istoty tego zjawiska. Termin „postkomunizm” ma swoje głębsze znaczenie, wyłaniające się z analizy stylów zbiorowego myślenia społeczeństwa polskiego przełomu stuleci. Odnajdujemy w nich syntezę prozachodnich, cywilizacyjnych aspiracji z intelektualnym zniewoleniem oraz koniunkturalną uległością i konformistycznym nastawieniem do rzeczywistości.

Nowego nie było, stare wraca

W tischnerowskiej analizie pojęcia „homo sovieticus” człowiek sowiecki po upadku komunizmu wymaga od nowej kasty rządzącej – „kapitalistów”, by zaspokajali te potrzeby, których nie zdołali zaspokoić komuniści. Proces myślowy człowieka sowieckiego przypomina proces myślowy niewolnika, który po wyzwoleniu z jednej niewoli czym prędzej szuka sobie drugiej.

Analiza okresu przemian systemowych zwłaszcza w większości krajów byłego ZSRR świetnie ilustruje wzmiankowane zjawisko. Po krótkim okresie realnych prób demokratyzacji społeczeństwa i implementacji demokratycznych wartości, w krajach takich jak Rosja czy Białoruś następował dosyć gwałtowny zwrot ku autorytaryzmowi – postkomunistyczna wersja tego, co trafnie opisał Erich Fromm w „Ucieczce od wolności”.

Tradycje polityczne Polski oraz ukształtowana na przestrzeni dziejów mentalność zbiorowa oczywiście uniemożliwiają wdrożenie w Polsce wschodniego modelu autorytaryzmu, ale sam mechanizm podporządkowania opiera się na tych samych psychologicznych prawidłowościach przekupienia, przystosowania, kontroli nad społeczeństwem, wreszcie rytualizacji symboliki władzy.

W perfekcyjny niemal sposób te psychologiczne uwarunkowania zdiagnozowała i wykorzystała nasza – mówiąc eufemistycznie – klasa rządząca. Wykorzystując dokładnie te same instrumenty oddziaływania na politykę i gospodarkę, co dekady wcześniej komuniści. umiejętnie rozgrywając społeczne roszczenia i aspiracje, oferując surogat awansu społecznego (kosztowne programy społeczne) oraz socjotechnicznie odwołując się do poczucia godności (słynne wstawanie z kolan)  kupuje się społeczeństwo i w zamian za realizację określonych roszczeń osiąga społeczne przystosowanie.

W tym nowym modelu „komunizmu bez komunizmu”  ideologia, jak za późnego PRL-u, staje się rzeczą wtórną. Monopartie mają swoje mity założycielskie, hufce partyjnych świętych, same zaś – niezależnie od ideowych założeń – stanowią, niczym nieboszczka PZPR, zinstytucjonalizowany organ dystrybucji przywilejów wynikających ze sprawowania władzy. Jednocześnie tworzą zhierarchizowany system klientalny uosabiany przez beneficjentów przemian – grupę uprzywilejowaną z racji pełnionych funkcji i stanowisk w stosunku do ogółu społeczeństwa, oraz akceptującą, z przyczyn ideowych bądź najczęściej koniunkturalnych, istniejące relacje między władzą a społeczeństwem.

Zawłaszczona pamięć

Jak jednak doszło do tego, że w cztery dekady po powstaniu „Solidarności” polskie społeczeństwo znalazło się tak daleko od wolnościowych postulatów tamtego okresu, a mechanizmy sprawowania władzy tak niebezpiecznie przypominają to, co znamy z historii? Myślę, że mamy tu do czynienia z jeszcze jednym zabiegiem z zakresu inżynierii społecznej, tj. zawłaszczaniem pamięci zbiorowej. Nauka zna pojęcie pamięci generatywnej, polegającej na inwokowaniu wspomnień i kojarzenia ich z faktami, które niekoniecznie miały miejsce. Proces generowania pamięci w sposób masowy wykorzystywali komuniści, ale w sposób dalece subtelniejszy jest on kontynuowany we współczesnym świecie, nawet w zachodnich demokracjach. Dla mnie osobiście koronnym przykładem generowania pamięci jest kwestia żołnierzy wyklętych i stworzona na zasadach binarnych narracja na temat celów, sposobów, charakteru i rezultatów ich walki.

W podobny sposób tworzy się projekcje dotyczące najnowszej historii Polski, w zależności od potrzeb gumkując bądź dopisując fakty, zjawiska, najczęściej także kontekst, tworząc galerie bohaterów bądź strącając z piedestału, tworząc mity historyczne, konstruujące spójną wizję odpowiadającą za światopogląd człowieka, porządkujące system jego wartości, wreszcie prowadzące do sakralizacji pojęć albo nadawania im nowego znaczenia. Wreszcie zamiast dyskursu historycznego, dostrzegamy zjawisko rytualizacji pamięci zbiorowej (dobrym przykładem jest niedawny bój o muzeum Westerpaltte), a świadomości historyczna sprowadzana jest do powielanych, językowych klisz.

Czy może dziwić, że tak mało rozumiemy z historii „Solidarności”?

Postscriptum

Można by skończyć niniejszy felieton powyższym pytaniem, jednak nie mogę sobie odmówić dopisania postscriptum. Jedną z najczęściej powtarzanych sentencji dotyczących historii, jest ta o jej powtarzalności. Ta lapidarna myśl jest zresztą w swej istocie bardzo mądra i pouczająca – dla tego, kto się chce uczyć.

Komuniści w schyłkowym okresie swych rządów, jak napisałem w niniejszym szkicu, byli sobie w stanie kupić przystosowanie społeczne i milczący brak sprzeciwu dla swej władzy i rytuałów, nie będąc jednak w stanie odzyskać legitymizacji dla swych rządów. Kolejne załamanie systemu spowodowało, że społeczeństwo, w poszukiwaniu innego ośrodka władzy zdolnego zaspokoić ich aspiracje i roszczenia (a więc to, do czego przez 45 lat PRL byli przyzwyczajani), obdarzało wyborczym mandatem do rządzenia kolejne grupy władzy oferujące a to miraż okcydentalizacji, a to rozdawnictwo o charakterze socjalnym. W Polsce być może brakuje nam perspektywy do trafnej oceny tego zjawiska w czasie i przestrzeni, natomiast jeżeli byśmy chcieli ujrzeć je w makroskali, wystarczy zerknąć na Ukrainę.

Ukraina jest równocześnie dobrym przykładem konsekwencji, do jakich wskazany system społeczno-polityczny prowadzi. Zbudowanie wspólnoty roszczeń i interesów, nie zaś wspólnoty celów i wartości prędzej czy później prowadzi do sytuacji, że władza staje się zakładnikiem przekupywanych grup nacisku, które nie znajdując w końcu ujścia dla swych żądań, zmieniają sobie patrona. To dosyć pesymistyczny, ale niestety w mojej ocenie realny scenariusz dla Polski i wstydliwa spuścizna PRL-u.

Print Friendly, PDF & Email

One thought on “Dra Pawła Gotowieckiego krótki esej o „Solidarności” i postkomunizmie

  • 31 sierpnia 2019 at 10:40
    Permalink

    Dużo słów, a wystarczyło wprost napisać, że do dziś wiele słusznych postulatów Solidarności nie zostało spełnionych i dlatego wielu pracowników wciąż czuje się niewolnikami we własnym kraju i woli uciekać za godną pracą i życiem za granicę.

    A sama Solidarność to dziś bardziej kółko różnańcowe, przybódówka partii rządzącej i tzw. żółty związek zawodowy, który często bywa głuchy na łamanie praw pracowniczych.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *