Fascynujące podróże ostrowczan

Adwokat Bogumił Rup, kilka lat temu spędził urlop nad Bajkałem z grupą ostrowczan. Z kolei na Krymie znaleźli się tuż przed jego aneksją.
W czasie wypoczynku na Karaibach, po ponad dwugodzinnych zmaganiach, złowili na wędkę marlina o długości 2,3 metra. Jak czytaliśmy, z innym marlinem dzielnie walczył stary rybak, bohater książki Ernesta Hemingwaya.
Jachtem po Bajkale
-W dzieciństwie przeczytałem mnóstwo książek przygodowych i marzyłem o zwiedzaniu świata – przyznaje Bogumił Rup, znany ostrowiecki prawnik. -Co prawda jestem rocznikiem wojennym, ale później życie tak się ułożyło, że mogłem w jakimś zakresie realizować te dziecięce marzenia. Po pierwszym roku studiów siostra mamy zaprosiła mnie do Francji. To był mój pierwszy wyjazd za granicę. Przez 6 tygodni zwiedzałem ten kraj. Byłem przekonany, że nikt mi tego czasu i tych wrażeń nie odbierze. Wtedy przecież Zachód był zamknięty dla Polaków.
Bogumił Rup od wielu lat podróżuje po świecie z grupą przyjaciół: rodzinami Jurka Tracza z Warszawy, Zbigniewa Gorazdy i Zdzisława Mozala. Starsi ostrowczanie doskonale znają rodzinę Traczów. Ojciec pana Jurka miał przy alei popularną po wojnie jadłodajnię. Z kolei Jerzy, również prawnik, był jednym z najlepszych w historii pływaków KSZO i pierwszym ostrowieckim olimpijczykiem. Uczestniczył w Olimpiadzie w Rzymie w 1960 r.

Jerzy Tracz był pierwszym ostrowieckim olimpijczykiem

-Urlopy spędzamy na jachcie. – mówi pan Bogumił. -Wszyscy mamy stopnie żeglarza lub sternika jachtowego. Kurs ukończyłem w Ostrowcu Świętokrzyskim i przez lata należałem do hutniczego Jacht Klubu. Moim celem nie jest przeżywanie ekstremalnych przygód. Jacht daje niezwykłe możliwości turystyczne. Umożliwia zwiedzanie ciekawych zakątków świata, do których nie da się dotrzeć w inny sposób.
Nad jezioro Bajkał ostrowczanie wybrali się w 2006 r. Pewnie by do tego nie doszło, gdyby nie Waldemar Kowalski, który był w tym czasie konsulem w Konsulacie Generalnym RP w Irkucku. W czasie urlopu, będąc w naszym mieście, opowiadał o dzikiej syberyjskiej przyrodzie oraz o Bajkale – perle Syberii.
Postanowili spróbować. Do Irkucka polecieli samolotem, by później przesiąść się na statek i popłynął nim około 70 km Angarą do najpiękniejszego jeziora tektonicznego na świecie. Tam wynajęli jacht, na którym spędzili dwa tygodnie.

Rejs po Bajkale

Załamanie pogody
-Nam, Polakom, Syberia kojarzy się z surowym klimatem, więc przezornie wziąłem ciepły śpiwór, który zapewnia bezpieczny wypoczynek nawet w temperaturze – 18 stopni Celsjusza –opowiada nasz rozmówca. Tymczasem aura sprawiła nam psikusa. Gdy dotarliśmy nad Bajkał, termometr pokazywał +38 stopni C. Było upalnie, duszno. Drugiego dnia po naszym przyjeździe, nastąpiło załamanie pogody. Przeżyliśmy jedną z najgwałtowniejszych burz w historii Syberii, o czym poinformowała polska telewizja. Zniszczyła ona jedną czwartą starej, drewnianej jeszcze zabudowy Irkucka. Żywioł uszkodziło także jacht, którym pływaliśmy. Z naszej załogi najbardziej ucierpiał Jurek Tracz.
Nad Bajkałem ostrowczanie poznali Konstantyna Wołkowa, wicemistrza olimpijskiego z Moskwy, którego w pamiętnym finałowym konkursie skoku o tyczce pokonał Władysław Kozakiewicz. Również pływał jachtem po jeziorze. Wiele godzin przedyskutowali o sporcie. W ocenie miejscowych był on trzecim co do zamożności mieszkańcem obwodu irkuckiego.
-Żywił nas Bajkał. Łowiliśmy ryby, które w czasie 2-tygodniowego pobytu na jachcie stały się podstawą naszego menu – wspominają ostrowczanie. -Do czajnika wlewaliśmy wodę prosto z rzeki lub jeziora. Bogactwem Bajkału jest fauna i flora. Żyje tu ponad 50 gatunków ryb, z czego połowa to gatunki endemiczne, które można spotkać tylko w tym miejscu. Na całe życie pozostały nam w pamięci fantastyczne krajobrazy i nienaruszona przez człowieka przyroda. Wybraliśmy się pieszo do źródeł Leny w Górach Bajkalskich, przepięknych, dzikich terenach. W te rejony, przynajmniej w tamtych latach, rzadko docierali przyjezdni. Towarzyszył nam miejscowy przewodnik ze sztucerem i psami myśliwskimi, bowiem w każdej chwili mogliśmy się natknąć na niedźwiedzia. Lena jest jedną z najczystszych i najpiękniejszych rzek na świecie.

Polskie serce Syberii
Wierszyna to polska wioska w samym sercu Syberii. Dziś mieszkają tam potomkowie tzw. dobrowolców, a więc byłych mieszkańców zaboru rosyjskiego, którzy za namową cara pojechali na Daleki Wschód, by zagospodarowywać Syberię. O życiu i problemach naszych rodaków opowiadał nam wielokrotnie Waldemar Kowalski, który utrzymywał z polskimi rodzinami i lokalną parafią bliskie kontakty. Pierwsi przesiedleńcy z południowej Polski, w tym także z naszego regionu, przybyli na Syberię około 1910 r. Otrzymali od cara ziemię i pieniądze na zagospodarowanie. Niewielu jednak zdawało sobie sprawę, na co się
porywają.
-Myślę tu o klimacie i syberyjskich mrozach –mówi mecenas Rup. Rzeczywiście, przez pewien czas naszym rodakom ż yło się tam względnie dobrze. Pobudowali drewniane domy, urządzili się w nowym miejscu. Czuli się niczym pierwsi osadnicy z Europy na bezkresnych terenach Ameryki. Ale gdy nastała nowa władza radziecka, w latach 30. NKWD rozstrzelało pod zarzutem szpiegostwa dla Polski mężczyzn z Wierszyny.
Konsul Waldemar Kowalski pomagał naszym rodakom. Organizował w kraju przeróżne akcje wsparcia dzieci z miejscowej wiejskiej szkoły i polskiej parafii, bo właśnie przez nią można było najskuteczniej wspierać polskich sybiraków.
-My też przyłączyliśmy się do kilku z takich akcji – wspomina Bogumił Rup. -W czasie, gdy byliśmy nad Bajkałem, 61 dzieci z Wierszyny wybierało się w ramach wymiany międzynarodowej na obóz do Francji. Po spotkaniu z opiekunem grupy, złożyliśmy się z przyjaciółmi i każdemu dziecku daliśmy na
ten wyjazd kieszonkowe, oczywiście w euro – wspomina mecenas.
Pamiątkowa tablica
Dziś w Wierszynie mieszka ponad pół tysiąca osób. Jest tam wiejska szkoła, a dzieci z polskich rodzin już od 30 lat uczą się ojczystego języka. W centrum wsi stoi drewniany kościółek, w którym nabożeństwa odprawiane są w języku polskim. Jest też okazały Dom Polski. Poziom życia mieszkańców Wierszyny odbiega od naszego. W najtrudniejszym okresie polskich przesiedleńców utrzymywała tajga. W pamiętnikach można przeczytać, że wszystko co było potrzebne do życia, a więc zwierzęta, jagody, maliny, grzyby, dzikie odmiany warzyw, a przede wszystkim drewno na opał i budulec, dostarczała tajga.
-Za pośrednictwem Waldka Kowalskiego nawiązaliśmy bliski kontakt z przedstawicielami miejscowej parafii – podkreśla Bogumił Rup. Wspólnie uznaliśmy, że trzeba w jakiś sposób upamiętnić tragedię tej wioski. Zaprojektowaliśmy pamiątkową płytę z brązu i wspólnym wysiłkiem wykonaliśmy ją w Ostrowcu. Zbyszek Gorazda był szefem Odlewni na Starym Zakładzie Huty, więc nie było problemu z jej przygotowaniem. Pod informacją o wydarzeniu sprzed blisko 80 lat jest napis Ostrowiec Świetokrzyski. Warto podkreślić, że płyta trafiła na Syberię, drogą dyplomatyczną przez Ambasadę w Warszawie. Na uroczystości odsłonięcia pamiątkowej tablicy ku czci zamordowanych mieszkańców tej miejscowości zaproszona została przez miejscową parafię cała ostrowiecka trójka sponsorów i przyjaciół Wierszyny, czyli Bogumił Rup, Zbigniew Gorazda i Zdzisław Mozal.
-Zrezygnowaliśmy z wyjazdu z uwagi na kwestie paszportowe, finansowe, a przede wszystkim czasowe – podkreśla B. Rup. Na taki wyjazd i pokonanie kilku tysięcy kilometrów trzeba poświęcić co najmniej tydzień. O uroczystościach w Wierszynie przeczytaliśmy w Internecie. Pamiątkową płytę wmurowano w centrum wsi obok kościoła.
Sentymentalna podróż do Krzemieńca
Kiedy Waldemar Kowalski pracował w placówce dyplomatycznej we Lwowie, pomógł zrealizować marzenie rodziców B. Rupa, a mianowicie podróż do Krzemieńca.
-Rodzice urodzili się na Wołyniu i mieszkali przed wojną w Krzemieńcu – przypomina Bogumił Rup. Mama była kierowniczką szkoły i nauczycielką, natomiast tata komendantem hufca harcerstwa i również nauczycielem. Był emocjonalnie związany z tym miastem i często wspominał tamte lata. Pojechaliśmy z Waldemarem Kowalskim do Lwowa i później już sami samochodem do Krzemieńca. Tata miał wtedy 96 lat i pomoc Waldka Kowalskiego polegała na możliwie szybkim przekroczeniu granicy z racji wieku i stanu zdrowia ojca.
Państwo Rupowie zatrzymali się u znajomego księdza. Krzemieniec, to pięknie położona, historyczna miejscowość, w której urodził się m.in. Juliusz Słowacki.
-Zostawiliśmy po sobie pamiątkę fundując z żoną renowację zabytkowego ołtarza w kościele pw. Św. Stanisława –mówi adwokat. W bocznej nawie tego kościoła znajduje się pomnik Juliusza Słowackiego. Świątynia ta cudem ocalała. Nie została zniszczona. Po powrocie z tej wycieczki ojciec napisał wspaniały przewodnik krajoznawczo -turystyczny Lwów – Krzemieniec po 90 latach.

Krym

Śladem Mickiewicza
W sierpniu 2013 r., a więc kilka miesięcy przed aneksją Krymu, grupa ostrowczan pływała jachtem po Morzu Czarnym w rejonie Sewastopola i okolicznych miejscowości.
-Łódź czarterowaliśmy w Jałcie, historycznym mieście –mówi B. Rup. Co roku, pod koniec wakacji, na Krymie hucznie obchodzono Dni Jałty. Były imprezy, pokaz sztucznych ogni. Wszystkim statkom i jachtom kazano wtedy wypłynąć z portu. Byliśmy tam dziesięć dni, w tym dwa dni w Odessie. Opłynęliśmy całe wybrzeże czarnomorskie, poznaliśmy najpiękniejsze zakątki Krymu i co najważniejsze – poczuliśmy tę wyjątkową atmosferę, którą przekazał Adam Mickiewicz w Sonetach Krymskich – wspominają. Ostrowczanie pokazują zdjęcia z miejsc, które odwiedzili, m.in. ruin dawnej genueńskiej twierdzy Czembało, która zainspirowała naszego wieszcza do napisania XVII Sonetu Krymskiego. Twierdza znajduje się w Bałakławie, kiedyś samodzielnym miasteczku, obecnie dzielnicy Sewastopola.
Zdaniem archeologów, to stara osada licząca ponad 3 tys. lat. Podobno wzmianka o niej znajduje się w Odysei Homera. Z kolei w I i II wieku naszej ery stacjonowały tam wojska rzymskie.

Tajna baza foty czarnomorskiej
Pod koniec lat 90. poprzedniego wieku turystom udostępniona została słynna tajna baza radzieckich okrętów podwodnych Bałakława.
-To kolejne niezwykłe miejsce – podkreśla pan Bogumił. -Wewnątrz góry w skale wykuto sztolnię, ukryty suchy dok, do którego przez charakterystyczną bramę, a raczej ogromne wrota ważące 150 ton, wpływały okręty podwodne. Odbywały się tam przeglądy i naprawy statków wyposażonych w głowice jądrowe, a także przechowywano część arsenału jądrowego ZSRR.
Krymska baza powstała na rozkaz Stalina w okresie zimnej wojny i rzecz jasna, stanowiła bunkier odporny na atak atomowy. Po upadku Związku Radzieckiego Bałakława znalazła się na terytorium Ukrainy. Do czasu aneksji Krymu była jedną z największych atrakcji turystycznych Sewastopola. Ostrowczanie byli jednymi z nielicznych, którzy obejrzeli słynną bazę floty czarnomorskiej, zaadaptowaną w 2002 r. na muzeum ukraińskich sił zbrojnych.
-Później pływaliśmy jeszcze jachtem po Morzu Śródziemnym -Z Neapolu wyruszyliśmy na Sycylię, Korsykę, a później popłynęliśmy do Monte Carlo w Monaco, a następnie wzdłuż Lazurowego Wybrzeża. M.in. zwiedziliśmy Niceę i Tulon. Każdy dzień przynosił nowe doznania i przeżycia.
Karaiby
-Karaiby były naszą najdalszą i najbardziej egzotyczną eskapadą – ocenia Bogumił Rup. -W 2008 r. polecieliśmy na Martynikę, górzystą wyspę wulkaniczną. Wypłynęli katamaranem z Santa Lucia do Grenady, grupy małych wysp na Morzu Karaibskim. Kapitan naszego statku, w czasie wcześniejszych rejsów po Morzu Śródziemnym, kupił w jednym z miast włoskich wędkę, na którą mimo wielu prób niewiele złowił.

Złowiony przez ostrowczan marlin miał 2,3 m i ważył 60 kilogramów

O tej wędce przypomniał sobie na Karaibach. Pewnego spokojnego, leniwego popołudnia zarzucił ją w morzu i nagle wędka wygięła się, a on z trudem mógł nad nią zapanować. Przez blisko 2,5 godziny na zmianę walczyli z rybą. Gdy wciągnęli ją na pokład, oniemieli z wrażenia. Był to bowiem marlin o długości 2,3 metra i wadze 60 kg.
-Przypomnieliśmy sobie słynną powieść Ernesta Hemingwaya –mówi B. Rup. Po przypłynięciu do portu, nasz okaz wzbudził ogromne zainteresowanie. Dziesiątki żeglarzy i pracowników portu z uznaniem oglądało i fotografowało marlina. Mięso z tej ryby nie należało do najsmaczniejszych, więc oddaliśmy je w porcie miejscowym rybakom. Ale zachowaliśmy szkielet ryby.
Ernest Hemingway w znanej na całym świecie powieści pt. „Stary człowiek i morze” opisał, opowiedzianą mu przez miejscowych, historię Santiago, doświadczonego kubańskiego rybaka. Stary rybak przez 80 dni nic nie złowił w morzu. Postanowił zaryzykować i wypłynąć poza bezpieczną strefę wód przybrzeżnych. Przez 3 dni walczył tam z ogromnym marlinem, który cały czas płynął, odciągając rybaka od lądu, a później walczył z rekinami. Do domu przypłynął kompletnie wyczerpany i załamany z przywiązanym do łodzi szkieletem ryby.
-Najprzyjemniej wspominam jednak rodzinne, coroczne wakacje na Mazurach – podkreśla adwokat Bogumił Rup. -Z żoną Barbarą i synami, którzy również posiadają uprawnienia sternika jachtowego, pływaliśmy po mazurskich jeziorach, zwiedziliśmy wszystkie zakątki tej krainy.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *