Dr Paweł Gotowiecki: -Między zabetonowaną sceną polityczną, a wyborami mniejszego zła

-Czy jest pan zaskoczony wynikami I tury wyborów prezydenckich?

-Nie jestem specjalnie zaskoczony, choć uważałem, że różnica między Andrzejem Dudą, a Rafałem Trzaskowskim będzie nieco mniejsza – mówi dr Paweł Gotowiecki, rektor Wyższej Szkoły Biznesu i Przedsiębiorczości w Ostrowcu Świętokrzyskim. –Pewnym zaskoczeniem, choć też nie do końca, okazały się bardzo słabe wyniki kandydatów lewicy i PSL. Tym bardziej że początek kampanii był dla Władysława Kosiniaka-Kamysza całkiem dobry, co znajdowało swoje odbicie w sondażach. Warto jednak zauważyć, że  w przypadku tych formacji porażki w wyborach prezydenckich stanowią już pewien trend, a kandydaci tych ugrupowań z wyborów na wybory mają problemy z przekroczeniem granicy 3 proc. poparcia.

-Czy ta dość duża, sięgająca 13 proc., przewaga urzędującego prezydenta nad rywalem opozycji oznacza, że wybory są już rozstrzygnięte?

-Nie będę oryginalny i tak, jak większość komentatorów uważam, że Trzaskowski nie jest skazany na porażkę, chociaż oczywiście odrobienie tych 13 proc. będzie dla niego niezwykle trudne. Co prawda jest on w lepszej sytuacji, jeśli chodzi o pozyskanie nowych wyborców, ale – pamiętajmy – że przy tak wysokiej frekwencji wyborców, którzy nie poszli głosować w I turze, a mogą potencjalnie iść do urn wyborczych w II turze, będzie niewielu. Spośród tych, którzy głosowali na innych kandydatów, większość zagłosuje na Rafała Trzaskowskiego, który niejako jest naturalnym wyborem dla osób popierających poprzednio Roberta Biedronia, czy Szymona Hołownię. Pytanie tylko, czy będzie w stanie przejąć na tyle dużą grupę wyborców, która odwróci proporcje i da zwycięstwo kandydatowi opozycji? Trzaskowski musi spróbować odciąć się od ścisłego zaplecza partyjnego i postawić się przed oczyma Polaków, jako kandydat wyrastający ponad swój polityczny matecznik i w ten sposób sięgać po głosy wyborców centrowych, niekoniecznie bliskich Platformie Obywatelskiej, ale jeszcze bardziej niechętnych  Prawu i Sprawiedliwości.

-Podziela pan opinie, że te wybory są co najmniej dziwne? Gra przecież toczy się nie na programy i wizje sprawowania urzędu, a na to, kto wywoła większe emocje…

-Kandydatom, to fakt, nieszczególnie zależy na przedstawieniu swojego programu. Rafał Trzaskowski zrobił to bodaj na dzień przed ciszą wyborczą. Wybory mają więc charakter plebiscytowy, choć samo konstytucyjne usytuowanie pozycji prezydenta w Polsce nie do końca sprzyja formułowaniu przez niego dalekosiężnego, kompleksowego programu politycznego.  W sytuacji, gry prezydent oraz rząd i premier są z innej opcji politycznej, rola głowy państwa sprowadza się praktycznie do wetowania ustaw. Taka sytuacja będzie miała miejsce, jeśli prezydentem zostanie Rafał Trzaskowski. Z kolei Andrzej Duda odwołuje się do przeszłych i przyszłych dokonań legislacyjnych rządu PiS, przedstawiając je jako swoje inicjatywy, ale każdy uważny obserwator sceny politycznej doskonale wie, że ciężar decyzyjny w ostatnich 5 latach leżał na Wiejskiej czy Nowogrodzkiej, a nie w pałacu prezydenckim.

-Czy wyniki tych wyborów prezydenckich będą miały przełożenie na wybory parlamentarne?

-Do wyborów parlamentarnych pozostało jeszcze trzy lata. Myślę, że to zbyt długi okres czasu w polityce, by mówić o jakimś bezpośrednim przełożeniu. Co innego, gdyby wybory te odbywały się w krótkim odstępie czasu. Pamiętamy, jak Pawłowi Kukizowi udało się na podstawie dobrego wyniku uzyskanego w wyborach prezydenckich zbudować formację polityczną, którą wprowadził do Sejmu. W tych wyborach takim Kukizem jest Szymon Hołownia, ale jeśli nie dojdzie do wcześniejszych wyborów parlamentarnych, to okres trzech lat może okazać się zbyt długi, by stworzył ruch polityczny ze strukturami terenowymi, a następnie, bez finansowania z budżetu państwa, utrzymał go w stanie mobilizacji.

-Przewiduje pan w ogóle scenariusz, w którym z racji czekającego nas wielkiego kryzysu doszłoby do przedterminowych wyborów parlamentarnych?

-Uważam, że scenariusz taki byłby prawdopodobny w sytuacji, gdyby wybory wygrał Rafał Trzaskowski, czego następstwem byłby paraliż procesu legislacyjnego. Wówczas, przy niewielkiej większości głosów w Sejmie, braku pełnej kontroli nad partią Gowina, Kaczyński mógłby zdecydować się na zagranie va banque. Natomiast w przypadku zwycięstwa Dudy możliwość wcześniejszych wyborów, niezależnie od zewnętrznych przesłanek, jak nadciągający kryzys, jest niewielka. Przecież PiS to nie tylko stratedzy z Nowogrodzkiej, którzy tak czy inaczej mają zapewniony sejmowy byt, ale armia działaczy i ich rodzin, którzy są profitentami obecnego układu politycznego. Ryzyko powtórki sytuacji z 2007 r., kiedy PiS doprowadził do przedterminowych wyborów i je przegrał, mogłoby się wiązać z oddaniem synekur i przywilejów wynikających ze sprawowania władzy. Choć oczywiście w polityce nigdy nie można mówić nigdy. Jeżeli Duda wygra bez większych problemów, a sondażowe poparcie dla PiS-u sięgnie 50%, wówczas Kaczyński może zdecydować się na nowe rozdanie, w celu wyeliminowania z gry Jarosława Gowina i umocnienia sejmowej większości. Ale zaznaczam, że jest to scenariusz dużo mniej prawdopodobny, choć nie niemożliwy.

-W Internecie krążą opinie, że przeciętny wyborca Andrzeja Dudy, to wręcz ciemniak, bez wykształcenia, którego łatwo kupić obietnicami wyborczymi, zaś wyborca Rafała Trzaskowskiego, to człowiek z elit inteligenckich, zatroskany o wolność i siłę gospodarki. Odpowiada panu taki podział wyborców?

– Jest on uproszczony i stygmatyzujący. Natomiast faktem jest, że profil wyborcy Andrzeja Dudy odbiega od tradycyjnego profilu zwolennika partii prawicowych. Przede wszystkim w swej masie  nie kieruje się on względami ideologicznymi, lecz pragmatycznymi. Przykład naszego województwa i samego Ostrowca pokazuje, w jak szerokim stopniu nastąpił transfer elektoratu od tradycyjnej centrolewicy, w kierunku bardzo silnie akcentującego kwestie socjalne PiS. Ludzie, którzy głosują na partię Jarosława Kaczyńskiego i personalnie na Andrzeja Dudę, są – niezależnie od swoich poglądów wynikających z tradycyjnej typologii politycznej – przede wszystkim bezpośrednimi beneficjentami rozwiązań społeczno-gospodarczych wprowadzonych przez Prawo i Sprawiedliwość.

Natomiast w przypadku Rafała Trzaskowskiego faktem jest, że poparcie dla tego kandydata jest nadreprezentowane w środowiskach wielkomiejskiej inteligencji, średnich i dużych przedsiębiorców, ludzi wolnych zawodów, nie mówiąc już o kręgach artystyczno-celebryckich. Wiąże się to jednak z ogólnym poparciem dla Platformy Obywatelskiej, jako partii reprezentującej środowiska liberalno-demokratyczne.

-Czy w tych wyborach udało się, w sensie politologicznym, wykreować osobowość, która cieszyłaby się powszechnym autorytetem i zdolna byłaby kształtować scenę polityczną w przyszłości jako mąż stanu?

-Andrzej Duda mężem stanu nie jest, choć jest kreowany na takiego przez swój obóz. Mam też ogromne wątpliwości, czy na męża stanu wyrasta Rafał Trzaskowski. Powiedziałbym że pod względem osobowościowym – choć raczej jako ekscentrycy niż przyszli mężowie stanu – uwagę przyciągali raczej kandydaci spoza mainstreamu, ale oni zupełnie nie przebili się ze swymi poglądami. Myślę więc, że tegoroczne wybory nie wykreowały żadnej interesującej osobowości, może poza Szymonem Hołownią, który jednak w moim przekonaniu szybko odejdzie w zapomnienie.

-Dlaczego, pana zdaniem, nie mamy możliwości wyboru prezydenta spośród uznanych i niekwestionowanych autorytetów, choćby ze świata nauki? Wielu nie poszło do urn, bo właśnie kwestionowało możliwości wystawionych do walki o fotel prezydenta kandydatów…

-Ponieważ sami konsekwentnie od lat niszczymy wszelkie wartości i autorytety, nie łudźmy się, że wyrośnie autorytet, który będzie łączył wszystkich Polaków. Ostatnim, ale w charakterze symbolu, a nie realnego uczestnika życia publicznego, był Jan Paweł II. Wszyscy inni, cieszący się nawet szacunkiem na świecie, byli często opluwani we własnym kraju. Nie widzę możliwości, by dziś szanowany powszechnie, cieszący się uznaniem i społeczną estymą intelektualista zasiadł na fotelu prezydenta. Nie jest to możliwe w systemie, który wymaga ostrej walki politycznej, brutalizacji  zachowań i silnego zaplecza partyjnego. Być może możliwe byłoby to przy pośrednich wyborach głowy państwa przez parlament.

-Podziela pan opinie, że którykolwiek z dwójki kandydatów zostanie prezydentem, to i tak nadal trwała będzie wojna polsko-polska?

– W świecie realnej polityki, wartości, ideologii obozy popierające Dudę i Trzaskowskiego są na przeciwstawnych biegunach. Jeśli wygra Trzaskowski, który na etapie kampanii zapowiedział blokowanie rządów PiS, będziemy mieli permanentną wojnę na górze. Jeśli wygra  Duda, to sytuacja przewagi, czy wręcz monopolu politycznego, będzie się utrzymywała, a walka przeniesie się na poziom samorządów, Parlamentu Europejskiego, może na ulicę. Wojna polsko-polska będzie trwała, mam jedynie nadzieję, że uda się ją nieco ucywilizować.

-Dlatego tak wielu wyborców wybierających się na II turę wyborów prezydenckich mówi o wyborze mniejszego zła?

-W takiej sytuacji znajdą się osoby, którym  nie odpowiada wizja kraju, polityki, wartości prezentowana przez żadnego dwóch pretendentów do fotela prezydenckiego. Demokracja wymaga jednak od nas partycypacji w życiu publicznym i dokonania wyboru – choćby wspomnianego przez pana „mniejszego zła”. 

-Dziękuję za rozmowę.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *