Grupa Aniołów z Przystani Świerkowa 14

Tuż po wybuchu wojny na Ukrainie wiele osób zaskoczyła wiadomość w mediach społecznościowych „oddam dom dla uchodźców”. W informację tę trudno było uwierzyć. Post jednak okazał się prawdziwy. Swój dom dla uciekających z Ukrainy trzech rodzin oddał ostrowczanin Łukasz Dziomdziora.

Łukasz urodził się w Łodzi. Od 8 roku życia mieszkał w Ostrowcu Świętokrzyskim. Wychowywał się na Stawkach. W naszym mieście poznał swoją przyszłą żonę, z którą po studiach wyjechali do Wielkiej Brytanii na 7 lat.

-Mam za sobą życie na obczyźnie – mówi. Po powrocie osiedliliśmy się pod Krakowem.

Dom w Ostrowcu to dom, który zbudowałem razem z rodzicami, miało to być ich miejsce na spokojną emeryturę. Tylko mamie nie było dane wprowadzić się, bo zmarła na nowotwór miesiąc przez przeprowadzką. Ojczym zmarł ponad 2 lata temu, więc dom stoi w sumie pusty. Do tej pory służył nam jako baza weekendowo -wakacyjna oraz schronienie na czas pandemii, bo mieszkaliśmy tutaj 6 miesięcy. Mieliśmy nadzieję tak jak każdy, że wojna na Ukrainie nie wybuchnie. Gdy jednak inwazja Rosji na Ukrainę się zaczęła, zastanawialiśmy się jak możemy pomóc. Ze względu na to, że problem uchodźców napływających do Polski narastał w strasznym tempie, dałem post na Facebooku, oferując swój dom na potrzeby uchodźców, a także pomoc finansową oraz prawną. Nie minęło kilka godzin, a zadzwoniła do mnie kobieta, która jest Ukrainką, mieszka w Ostrowcu od kilku lat, a ta informacja trafiła do niej przez społeczność kościelną w Starachowicach. Zadzwoniła po to, aby się upewnić, czy post jest wiarygodny. Usłyszałem, że ma przyjaciół, którzy są w Warszawie, bo przekroczyli granicę zaraz na drugi dzień po wybuchu wojny. Powiedziałem do niej „ja teraz jestem w Krakowie, niech pani sobie podjedzie pod dom. Będę w ten sam dzień wieczorem, jak pani chce mnie poznać to zapraszam, pokażę też nieruchomość”. Gdy uznała, że wszystko jest wiarygodne odezwały się do mnie rodziny, które szukały schronienia. Wysłali skany paszportów, żeby każdy miał pewność z kim rozmawiamy, ja odwdzięczyłem się zdjęciami domu. Spali dwa dni w samochodach, bo się okazało, że wolnych hosteli w Warszawie nie było, a hotele były za drogie.

W domu Łukasza zamieszkało dwie rodziny czteroosobowe z Ukrainy. Po tygodniu do Ostrowca dojechała jeszcze jedna czteroosobowa rodzina.

-Usłyszeliśmy, że jest jeszcze jedna dziewczyna, która ma chorego syna i chce uciec także z mamą i babcią -mówi. Mieliśmy jeszcze miejsce w salonie, które zaoferowaliśmy Alinie i jej 10-letniemu synkowi, Saszy.

Mama Alinki Ludmiła oraz blisko 90-letnia babcia Feodosia zamieszkały u Iwony i Andrzeja Chuchała, którzy oddali seniorkom swoją sypialnię.

Na Świerkowej w Ostrowcu schronienie znaleźli Ludmiła, jej mąż Sergiej z dziećmi Anastazją (18 lat) i Stasiem (14 lat) oraz Mariana z mężem Igorem oraz ich dzieci – 15-letni Roman  i 10-letni Tymon. Później dołączyła Alina i jej niepełnosprawny 10-letni syn Sasza.

-Po blisko 4 tygodniach pobytu w Polsce czteroosobowa rodzina Alinki zamieszkała w mieszkaniu, które z pomocą darczyńców wynająłem na Stawkach – wspomina Łukasz. Pierwszym wyzwaniem było to, że mieszkanie było nieumeblowane, natomiast Ostrowiec stanął na wysokości zadania i do mieszkania w ekspresowym tempie trafiło piękne wyposażenie. Drugie wyzwanie to takie, że ludzie niechętnie oferują uchodźcom swoje mieszkania pod wynajem. Boją się, że uchodźcy wejdą i nigdy z nich nie wyjdą, bądź znikną z dnia na dzień. Dlatego w tym wypadku to moje nazwisko pojawiło się na umowie, a właścicielka zrobiła ukłon w stronę nowych lokatorów i obniżyła o 15% cenę na pierwszy rok najmu. Koszty mieszkania opłacamy z darowizn, a Alinka i jej rodzina wreszcie mają swój wspólny kąt i mogą się wzajemnie sobą opiekować.

 Dzień przed przyjazdem gości do Ostrowca Łukasz przez Facebooka poinformował także o tym, że temat domu jest już nieaktualny i że oczekuje 2 rodzin z Ukrainy.

-Okazało się, że było mnóstwo ludzi, którzy chcieli pomóc, ale nie wiedzieli, jak mogą to zrobić -mówi Łukasz. Duża część z nich jest rozsiana po Polsce i świecie więc nie mieliśmy kontaktu przez lata. Facebook spełnił swoje zadanie w tym przypadku w 100 proc. Ponieważ w domu na Świerkowej byłem sam, musiałem posprzątać i przygotować pokoje oraz ugotować obiad, zapytałem zatem czy jest ktoś kto może mi w tym pomóc. Przyszło mnóstwo ludzi i znajomi, ale także zupełnie mi obce osoby. Andrzeja pamiętam 25 lat wstecz, z Iwonką chodziłem do liceum. Nie mieliśmy kontaktu przez te lata. Potrzeba zebrała ludzi wokół naszego domu, który niedługo po wybuchu wojny nazwałem Przystań Świerkowa 14. Odezwali się też ludzie, których bym nie podejrzewał, że się odezwą i to było piękne. Płynęła pomoc finansowa, praktycznie codziennie otrzymywaliśmy dary, które magazynowaliśmy w przydomowym garażu.

-Ten pierwszy okres pobytu naszych rodzin tutaj to próba oswojenia się z tym co się działo dookoła. To także czas wewnętrznych rozterek, bo kompletnie nie wiedzieli co robić, czy próbować ułożyć sobie życie w Polsce czy wracać do kraju. Sergiej chciał wrócić i walczyć na froncie. Tylko jak on przekroczyłby granicę to już by nie wrócił do Polski.

Nasze rodziny pochodzą z Czerwonogradu, to jest godzina drogi samochodem od Lwowa. Tam mają swoje mieszkania. Samo miasto na razie nie ucierpiało, ale obecnie jest tam dwa razy tyle ludzi co przed wybuchem konfliktu. Pojawiła się bowiem fala uchodźców ze wschodniej Ukrainy, czyli obszarów bezpośrednio bombardowanych lub zagrożonych działaniami wojennymi. Pojawił się problem z dostępnością nieruchomości pod wynajem, o pracę też jest bardzo ciężko. W międzyczasie Luda i Mariana zdecydowały się wrócić na chwilę do domu po psa, który jest już z nami na Świerkowej. Baliśmy się wszyscy o nie, same też się bały tej misji. Z balkonu swojego mieszkania nagrały wideo regularnych alarmów przeciwlotniczych.

Jak podkreśla Łukasz, fenomenalne jest to, że kilka pierwszych godzin razem i mieli wrażenie, że się znają bardzo długo.

-Jakbyśmy byli rodziną-mówi. Tym bardziej, że to byli zupełnie dla mnie obcy ludzie. Oni są bardzo skromni i wdzięczni, że mają dach nad głową. W pierwszych 3-4 tygodniach drzwi domu nie zamykały się, bo było tyle osób które przychodziły z pomocą. Mamy swoją grupę, nazywamy ją  Anioły Świerkowej. Bez tych osób nic bym nie był wstanie zrobić dla naszych rodzin z Ukrainy, zwłaszcza, że na co dzień mieszkam pod Krakowem, mam na głowie rodzinę i sprawy zawodowe. Regularnie i z pełnym zaangażowaniem w Ostrowcu pomagają mi Iwona i Andrzej Chuchała, Magda Post, Waldek Baka, Ania i Sylwek Michalski i Justyna Nowakowska. Jestem im za tą pomoc ogromnie wdzięczny, również nasze rodziny. Los tak chciał, że tydzień przed wybuchem wojny sprzedaliśmy swój dom pod Krakowem, i planujemy przyjechać na Świerkową na wakacje, bo na chwilę nie mamy gdzie się podziać. Ta moja pomoc, jeżeli chodzi o oddanie domu uchodźcom z Ukrainy, niestety będzie miała swój koniec w czerwcu, bo będę musiał się tutaj wprowadzić wraz z moją rodziną. Ale do połowy czerwca mogą sobie tutaj spokojnie mieszkać nie ponosząc żadnych kosztów.

Po zrywie osób chcących pomóc oraz traumie wybuchu wojny, przyszedł czas na codzienne życie oraz okres na to, że rodziny z Ukrainy chcą się powoli usamodzielniać.

-Nie wiedziałem kto do mnie jedzie, i czym się zajmuje, więc to wyszło przy pierwszej wspólnej kolacji – wspomina Łukasz. Okazało się, że dziewczyny są mistrzyniami w branży beauty. Luda robi paznokcie, Mariana rzęsy, a córka Ludy, Anastazja, brwi. Pomyślałem sobie, super, to chyba dobrze, że „macie fach w ręku”, nie musimy się zbytnio martwić o przyszłość i znalezienie pracy. Zarówno mi, jak i im zależało, aby rodziny możliwie jak najszybciej się usamodzielniły. Szczerze myślę, że lepiej dać wędkę niż rybę. Piękne jest to, że nie musiałem ich do tego przekonywać – wszyscy zakasali rękawy i wzięli się do pracy.  Dzięki temu, że nasze rodziny są coraz bardziej samodzielne finansowo to duża część pomocy, która cały czas napływa, przekierowują do osób, które nie mają takiego szczęścia i możliwości. Przekazali już produkty do PCK, Fundacji Aktywnych Mam oraz innych rodzin potrzebujących pomocy.

Z uwagi na umiejętności, które mają Ludmiła, Mariana i Anastazja stosunkowo szybko pojawił się pomysł na studio beauty.

-Luda potrzebowała biurka, więc oddałem moje na którym regularnie pracowałem ze Świerkowej- słyszę. Część potrzebnych rzeczy przywiozła sobie z domu, lampę, sterylizator itp. Mariana potrzebowała profesjonalnego łóżka, materaca i lampy które pomogłem sfinansować. . Powiedziałem do dziewczyn: „budujcie bazę klientów i zarabiajcie, abyście mogły stać się samodzielne finansowo. Jak się okaże, że chcecie wracać do domu za 2-3 miesiące to się nic nie dzieje, albo ten sprzęt zabierzecie ze sobą albo go sprzedam. Jeżeli będziecie chciały zostać jestem absolutnie zainteresowany, aby z wami ciągnąć tę historię, którą nam wojna napisała, i otworzyć nasze wspólne studio paznokci i rzęs. Mam już w głowie nazwę, logo oraz domenę www.

Łukasz podkreśla, że jest w trakcie ustalania w jaki sposób podejść do formy działalności i zatrudnienia, aby wszystko było w 100% legalne i transparentne.

-Właściwie czekam na to, żeby dziewczyny powiedziały, że zostajemy i startujemy -mówi. Na studio zostałby poświęcony jeden pokój i garaż, który do tej pory był moją „męską jaskinią”, a który bez zawahania oddam na studio.

Jak przyznaje Ludmiła, w branży beauty na Ukrainie pracowała od 4 lat.

-Bardzo cieszę się, że będę mogła tutaj wykonywać swoją pracę- mówi Ludmiła. Chciałabym wrócić do domu na Ukrainę, ale nie wiem, jak będzie z wojną. Nawet jak wojna się skończy to nie wrócimy od razu, bo nie będziemy miały do czego tam wracać. Nie będzie pracy. Nikt nie będzie chciał robić sobie paznokci. To nie jest pierwsza potrzeba.  Jak tylko wstajemy, patrzymy w telefony co się tam dzieje. Mamy kontakt z rodziną i znajomymi na Ukrainie. Na wschodzie Ukrainy dzieją się straszne rzeczy. Cały czas ludzie chowają się w schronach. Tam nie ma spokoju.

Jak mówi Ludmiła, do wybuchu wojny pracowała razem z Marianą w salonie. Wszystko było w porządku. Życie było piękne. Wszystko zmieniło się 24 lutego.

-Wpadliśmy w panikę – wspomina Ludmiła. Od razu zdecydowaliśmy, że uciekamy. Wzięliśmy dokumenty, pieniądze i wsiedliśmy w samochód. Na granicy było już mnóstwo ludzi. Czekaliśmy 14 godzin na granicy. Od razu chcieliśmy jechać do Polski. Pojechaliśmy do Warszawy, ale tam było już wszystko zajęte. Spaliśmy dwie noce w samochodach.  Zadzwoniła do nas znajoma z Ostrowca i dała nam numer do Łukasza. Polacy są bardzo dobrymi ludźmi, bardzo dużo nam pomogli. Byliśmy zdziwieni tą pomocą. Jak przyjechaliśmy to czekało na nas dużo osób. Ugotowali nam obiad. Cały stół był zastawiony. Wszyscy płakaliśmy.

Synowie Mariany poszli już do szkoły w naszym mieście. Biorą także udział w lekcjach zdalnych szkoły, do której chodzili na Ukrainie. 10-letni Tymo jest w 4. klasie, a Staś i Roman chodzą do 8. klasy.

-Jest tutaj spokojnie. Cały czas jednak przeżywamy to, co dzieje się u nas na Ukrainie – mówi Ludmiła. Została tam moja mama, która nie chce wyjechać. Została tam też siostra mamy.

-Cieszymy się, że jest wokół tylu wspaniałych ludzi pragnących pomóc – mówi Łukasz.

Środki pieniężne spływają z różnych stron Polski, Europy i świata. Pomagają też lokalni mieszkańcy oraz firmy. Dzięki Fundacji Pomocy Dzieciom Uśmiech mamy pieniądze na sprzęt rehabilitacyjny dla Saszki. Pomoc rzeczową zapewnił również PKPS Oddział w Ostrowcu Świętokrzyskim, na czele którego stoi obecnie Kamil Mroczkowski.

-Mamy zapowiedź z zagranicy, że ktoś Alinie i jej rodzinie opłaci wynajem mieszkania na rok – mówi Łukasz. Jest to bardzo ważne, bo ludzie pomagają tak długo jak będą mogli sobie na to pozwolić, to jest zrozumiałe. Dlatego każda regularna pomoc jest tak ważna.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.