Jazda w stadzie. Wolniej nie znaczy bezpieczniej

W lutym 2019 r. doszło do wypadku na terenie Radlina pod Kielcami.
Jak wiadomo, od kilku lat działa tam tzw. odcinkowy pomiar prędkości. Dopuszczalna prędkość na odcinku o długości 4 km wynosi 50 km/h. Nie dość na tym – przez środek jezdni wymalowana została podwójna linia ciągła. Wszystko rzekomo w trosce o bezpieczeństwo pieszych i kierowców.
Jazda w stadzie
Zasada, że im wyższa prędkość, tym trudniej zapanować nad autem, czy też zatrzymać się w razie nagłego pojawienia się przeszkody, jest oczywiście słuszna. Nadmierna prędkość należy do częstych przyczyn wypadków drogowych. Ale czy to oznacza, że im wolniej jedzie kierowca, tym lepiej? Życie pokazuje, że tak nie jest, ale wielu z tych, którzy posiadają prawo jazdy (choć nie zawsze potrafią jeździć), tak właśnie sądzi. Pora głośno powiedzieć, że aby móc poruszać się po drogach, trzeba mieć nie tylko prawo jazdy, ale też pewne, minimalne choćby, predyspozycje. Osoby lękliwe, które boją się dużego ruchu, nie potrafiące szybko zareagować na zmieniające się warunki i sytuacje drogowe, nie lubiące lewoskrętów, a także wpadające w panikę z byle powodu – powinny korzystać z pomocy innych kierowców lub z dostępnych kursów doszkalających.
Zbyt wolna jazda, w dodatku jednego auta za drugim, często bez wymaganych odstępów, to nagminny obrazek z naszych dróg. Po prostu, spora część kierowców jeździ stadami – powolny „baran” (tir lub traktor) na czele, a za nim cały ogon posłusznych „owieczek” (zwykle aut osobowych), jadących jedna za drugą i to bez żadnych odstępów między pojazdami. Takie kolumny wolno jadących aut są po obu stronach linii środkowej drogi, stąd też praktycznie jest ona zablokowana w obu kierunkach. Przez długi czas nie ma szans na wyprzedzenie „marudera”, jak i całego przypisanego mu „stada”, dopóki nie zrobi tego pojazd jadący bezpośrednio za nim. A z tym nie jest trak prosto. Dlaczego? Ano dlatego, że jadące w ogonku pojazdy tworzą kierujący, którzy boją się wyprzedzać. Nie wyprzedzają, nie skręcają w lewo – ot, tak dla świętego spokoju. A że tworzą zagrożenie na drodze – kto by się tym przejmował. W końcu droga nie jest dla piratów, ale wszystkich, czytaj i dla „bojaźliwych”. A przecież wolna jazda ani nie chroni, ani niczego nie gwarantuje użytkownikom dróg. Przeciwnie, usypia czujność, powoduje korki i nierzadko stłuczki, w dodatku pomnaża zdenerwowanie innych kierowców. Przez to sytuacja na drodze staje się groźna dla wszystkich. I dla kierowców, i dla tych, którzy mają prawo jazdy, ale i dla pieszych, bo ci ostatni, nie mogąc przedostać się na drugą stronę drogi, biegają pomiędzy autami niczym kury i to w miejscach niedozwolonych. Piesi też bywają leniwi i nie chce im się wędrować do najbliższego przejścia dla pieszych. Co więcej, jadące jeden za drugim pojazdy zasłaniają innym jadącym widoczność, stąd też ci, którzy jadą w ogonku, nie są w stanie zareagować na zagrożenie w postaci pieszego, pojawiające się nagle, w miejscu, gdzie się nikt go nie spodziewa.
Wirtualny mandat
Częstą przyczyną, dla której kierowca nadmiernie redukuje prędkość, jest rozproszenie uwagi.
-Czasem kierowca zwalnia, kiedy chce przyjrzeć się pięknemu krajobrazowi albo wręcz przeciwnie – jego uwagę zwróci niebezpieczne zdarzenie na drodze, np. wypadek – mówi Zbigniew Weseli, dyrektor Szkoły Bezpiecznej Jazdy Renault. Jeszcze bardziej ryzykownym powodem zbyt wolnej jazdy jest rozmowa przez telefon lub czytanie sms-ów. Gdy kierowca nie skupia się w pełni na prowadzeniu auta, bardzo łatwo o wypadek.
Kodeks drogowy wskazuje, że kierujący pojazdem jest obowiązany jechać z prędkością nieutrudniającą jazdy innym kierującym. Oznacza to, że za blokowanie ruchu kierowcy grozi mandat i punkty karne. Ale to głównie teoria, a nie praktyka. Jeśli taki kierowca nie przyjmie mandatu i pójdzie do sądu – raczej ma wygraną w kieszeni. Bo trudno mu cokolwiek udowodnić. U nas niemal każdy, kto się wlecze, jest raczej pokazywany za wzór, a nie za potencjalnego sprawcę niechcianych zdarzeń drogowych.
-Zbyt wolna jazda jednego kierowcy może wpływać na zaburzenie płynności ruchu i powstawanie zatorów na drodze – mówią trenerzy Szkoły Bezpiecznej Jazdy Renault. W dodatku poruszanie się z prędkością znacznie niższą od dozwolonej może skłaniać innych kierujących do wyprzedzania, które należy do niebezpiecznych manewrów oraz do bardziej agresywnej jazdy. I wtedy zjawia się policja. Jak sądzicie, kogo ukarzą? Czy tego, kto się wlókł i spowodował całe to zamieszanie, czy tego, który przekroczył dozwoloną prędkość, bo się zdenerwował? Ukarzą winnego, który przekroczył dozwoloną prędkość, a nie winnego, który jechał zbyt wolno.
Ten panujący od lat stan rzeczy powoduje, że niektórzy ludzie nie dbają zbytnio o przepisy drogowe, lecz jeden usiłuje okpić drugiego. Kierowcy jadący zbyt szybko, starają się okpić policjantów, a policjanci – starają się wyłapywać właśnie piratów. Nikt nie myśli o nagradzaniu tych, którzy jeszcze potrafią sprawnie poruszać się po zakorkowanych drogach. Służby nie mają nawet takich instrumentów prawnych.
Prędkość minimalna?
O tym, że premiuje się u nas tzw. zawalidrogi, świadczą znaki drogowe. Jak Polska długa i szeroka, niemal wszędzie stoją jakieś ograniczenia dopuszczalnej prędkości jazdy, a jezdnie są zamalowane liniami ciągłymi oraz liniami wyznaczającymi tzw. martwe pola. Niekiedy bez sensu – chyba po to, by pokazać pogardę dla publicznych pieniędzy, bo ktoś wydał je na budowę nawierzchni asfaltowej, a ktoś inny zabronił po niej jeździć, malując na asfalcie grube pasy.
Sytuację na drogach wojewódzkich i krajowych mógłby poprawić znak drogowy C-14 z grupy znaków nakazu, zobowiązujący kierowców do jazdy z prędkością nie mniejszą, niż wyrażona na znaku, oczywiście przy zachowaniu ograniczeń prędkości wynikających z przepisów szczegółowych, ale praktycznie się go nie stosuje. Znak C- 14 ustawia się bowiem np. przed wjazdem do tunelu, gdzie m.in. ze względu na ograniczoną widoczność jazda jednego auta ze znacznie niższą prędkością od innych mogłaby negatywnie wpłynąć na płynność i bezpieczeństwo ruchu. Tylko gdzie one są i ile ich jest w Polsce?
Ale i tak warto rozważyć tę propozycję i spowodować, by znaki wyznaczające minimalną, dozwoloną prędkość były ustawiane równie często jak wszechobecne znaki ograniczające dopuszczalną prędkość. Powtórzę – nie stawiajmy ich na wszystkich drogach, ale przede wszystkim na drogach wojewódzkich i krajowych.
Poprawić zarządzanie
Polskie drogi nie są już tak niebezpieczne, jak jeszcze do niedawna. Przede wszystkim zawdzięczamy to coraz lepszej infrastrukturze drogowej oraz coraz bardziej bezpiecznym samochodom, ale nie odpowiedniemu zarządzaniu ruchem, które u nas nadal szwankuje. To nie tylko kierowcy, a więc tzw. piraci, czy tzw. zawalidrogi, powodują korki, ale właśnie złe zarządzanie ruchem w postaci wymalowanych na drogach, niekiedy bez składu i sensu, linii ciągłych oraz niepotrzebnych ograniczeń dozwolonej prędkości. Wystarczy bowiem, że na drodze z linią ciągłą pojawi się traktor, pojazd ciągnący przyczepkę, a cały czar pryska.
Nie można legalnie nic zrobić: ani jechać za tym czymś, ani wyprzedzić. Tworzą się korki, rośnie niezadowolenie. A ci, którzy zdecydują się wyprzedzanie marudera, robią to z poczuciem winy, gdy najeżdżają na ciągłą linię. Dobrze wiem, że do doskonałości sporo nam brakuje. Ale jeśli chcemy odczuwalnej poprawy, a nie pogorszenia stanu rzeczy, musimy baczniej przyglądać się ludziom, którzy zarządzają ruchem. Tym, którzy zbyt łatwo ustawiają znaki ograniczenia prędkości lub nawet na trawie malują tzw. ciągłe linie. Taka polityka, ja to nazywam bezpieczeństwa na siłę, nie zawsze przynosi pozytywne skutki, a raczej szkody.
Jestem przekonany, że czasem lepiej wykazać elastyczność i odwagę, niż uszczęśliwiać ludzi na siłę. Życie bowiem pokazało, że usunięcie przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad wielu z tych rzekomo niezbędnych znaków ograniczających dozwoloną prędkość z dróg krajowych, także na naszym terenie, nie przyniosło szkód, ale wręcz przeciwnie – korzyści i ogólne zadowolenie. Ruch stał się bardziej płynny, przestały tworzyć się korki. Ilość wypadków nie wzrosła, lecz spada.
Polityka kija wyraźnie się nie sprawdza. Może więc warto pójść po rozum do głowy i sięgnąć po marchewkę?

Print Friendly, PDF & Email

One thought on “Jazda w stadzie. Wolniej nie znaczy bezpieczniej

  • 15 marca 2019 at 17:58
    Permalink

    W zasadzie w zgadzam się z treścią tego artykułu. Wiele zależy od zarządcy danej drogi, od projektu nowo budowanej drogi i zdrowego rozsądku. Ile kasy można zaoszczędzić na barierkach odgradzających chodnik od pola czy łąki (nowa droga Ostrowiec -Bałtów), albo ekranach oddzielających las od drogi, a zamiast tego wybudować kładkę -przejście nad ruchliwą drogą? A ile można zaoszczędzić na malowaniu pojedynczej linii ciągłej zamiast podwójnej? Linia jest linią i przekraczać nie wolno. A ile kosztują bezmyślnie ustawione znaki drogowe, które powielają się z przepisami ruchu drogowego ( np. znak zakazu zatrzymywania się i linia ciągła, odległość od skrzyżowania czy przejścia dla pieszych ) ? Albo ograniczenie do 50 przed rondem w terenie zabudowanym?

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *