Przerwane marzenia

Historyk Paweł Gotowiecki w artykule, który ukazał się w tygodniku „Gazeta Polska”, pisze, że w słowach: „Panie Dyrektorze, coś się wydarzy” zwierzał się Adamowi Śniadowskiemu, Dyrektorowi Naczelnemu Huty im. M. Nowotki w Ostrowcu Świętokrzyskim, szef hutniczej „Solidarności” Wiesław Standzikowski. Kilka dni później ogłoszono stan wojenny, a w ostrowieckiej hucie wybuchł największy strajk i protest w ówczesnym województwie kieleckim. To był protest przeciwko przerwanym marzeniom blisko siedemnastotysięcznej załogi huty.

Według „Encyklopedii Solidarności”, strajk w Hucie im. Marcelego Nowotki w Ostrowcu Świętokrzyskim 13 – 15.12.1981 – strajk zorganizowany w godzinach rannych 13.12.1981 r. w Zakładzie Hutniczo – Przetwórczym oraz Zakładzie Metalurgicznym Huty im. Nowotki w obronie działaczy NSZZ „Solidarność” internowanych po wprowadzeniu stanu wojennego. Na czele strajku stanęły Komitety Strajkowe, zorganizowane w obu Zakładach Huty w godzinach przedpołudniowych 13.12 (wieczorem 13.12 przekształcone w Komitety Ocalenia Związku). Strajk został zakończony w wyniku rozmów delegacji protestujących hutników z komisarzem wojskowym na woj. kieleckie płk dypl. Stanisławem Iwańskim o godz. 0.25 w dniu 15.12.1981 r.
-Był wtedy początek grudnia 1981 roku. Zostało kilka dni do godziny „G”. Termin jej znała jedynie wąska grupa osób na najwyższych szczeblach władzy, ale ciężka atmosfera i przeczucie, że „coś wisi w powietrzu” udzielały się znacznie szerszym kręgom społeczeństwa. Także przyszłym mimowolnym uczestnikom „polsko – jaruzelskiej” wojny – pisze Paweł Gotiwiecki. -Huta Nowotki zatrudniała w owym czasie około 16 tys. osób, z czego 90 % było członkami „Solidarności”. Miała swoich przedstawicieli w Zarządzie Regionu i w Komisji Krajowej, była też prawdopodobnie najsilniejszym ogniwem „Solidarności” w Regionie Świętokrzyskim. Swą siłę i determinację hutnicy pokazali w czasie kryzysu bydgoskiego i podczas uroczystości poświęcenia sztandaru związkowego 3 maja 1981 r. na stadionie KSZO. Internowany 13 grudnia Marek Osmala wspomina: „nie wiedzieliśmy nic, ale czuliśmy, że Huta stanie w naszej obronie” .
Według Pawła Gotowieckiego, w Delegaturze Zarządu Regionu na osiedlu Ogrody od kilku dni obowiązywał „ostry dyżur”. Około północy z 12 na 13 grudnia 1981 r. została odcięta łączność telefoniczna. Ostatnią wiadomością z zewnątrz był teleks z Regionu Mazowsze mówiący o ruchu wojsk w okolicach Warszawy. Niedługo po północy do Delegatury zaczęli przychodzić członkowie rodzin internowanych działaczy. Żona Henryka Nawojskiego mówiła o wyważonych drzwiach i mężu wyprowadzonym w kajdankach. Wśród zatrzymanych znajdował się Wiesław Standzikowski. Żona jego na szczęście zachowała zimną krew i jeszcze nocą ostrzegła kilku związkowców o grożącym im niebezpieczeństwie.
„…Większość zbudzonych ze snu działaczy „Solidarności” udawała się do Huty. Jednym z pierwszych, którzy znaleźli się na terenie Zakładu Hutniczo – Przetwórczego („Starego” Zakładu) był Wiesław Kwiatkowski, przewodniczący Komisji Zakładowej „Solidarności” na „Starym” Zakładzie. Wraz z Zygmuntem Jakubowskim podjęli pierwsze kroki w celu zorganizowania akcji w obronie zatrzymanych. Udało się uruchomić syreny alarmowe. Była godzina 4.00 nad ranem. Nikt nie wiedział co oznaczają nocne zajścia, nikt też nie wiedział co przyniesie dzień- pisze P.Gotowiecki. -W tym samym czasie akcję informacyjną podjęto również w leżącym na drugim końcu Ostrowca Zakładzie Metalurgicznym („Nowym” Zakładzie). Jako pierwsi dotarli tam mający dyżur w Delegaturze Marceli Czarnecki i zaalarmowany przez niego Jerzy Jabłoński. Bezpośrednio udali się na Wydział Stalowni Elektrycznej, gdzie Jabłoński znał wiele osób spośród załogi. Na godzinę 6.00 zwołano pierwszą masówkę. „Byliśmy zdeterminowani stanąć w obronie zatrzymanych kolegów” – po latach wspomina Jabłoński.

Paweł Gotowiecki pisze, że na „Starym” Zakładzie Huty im. Marcelego Nowotki ojako pierwsza stanęła Stalownia Martenowska. Kiedy wśród pracowników przybyłych na I zmianę 13 grudnia rozeszła się wieść o zatrzymaniach działaczy „Solidarności”, część z nich odmówiła pracy. Wśród protestujących byli suwnicowi, od których zależna była praca całego Wydziału . O godzinie 9.00 dochodzi do powstania Komitetu Strajkowego. Rozdzielono funkcje, lecz nie wybrano przewodniczącego. Waldemar Gumuła z Mieczysławem Leszczyńskim zaczęli organizować Straż Robotniczą, wystawiono warty na bramach. Zygmunt Jakubowski zajął się rozdziałem zapasów – kilku bochenków chleba i 90 kg miodu przeznaczonego dla Caritasu. Do Huty napływali kolejni działacze, na bramie wywieszono listę internowanych. Pierwszy kryzys miał miejsce o godz. 14.00, na przełomie I i II zmiany. Strajk mógł lada chwila upaść. Andrzej Kozieł wspomina o przepychankach w Komitecie Strajkowym. W krytycznym momencie Stefan Kowalski, przewodniczący Komisji Wydziałowej na Stalowni Martenowskiej zaczął zawracać udającą się do domów załogę. „Co wy robicie? Jak Wiesiek Standzikowski był, to wszyscy do Wieśka, a jak nie ma, to każdy się odwraca” – z wyrzutem zwrócił się do pracowników swojego Wydziału wychodzących przez bramę główną. Cała brygada zawróciła. Wieczorem 13 grudnia wprost z posiedzenia Komisji Krajowej w Gdańsku dotarł na „Stary” Zakład Andrzej Dudek. Charyzmatyczny i zdecydowany Dudek stanął na czele Komitetu Strajkowego, przekształcając go w Komitet Ocalenia Związku. Postanowiono kontynuować protest. Z kolei wydarzenia na „Nowym” Zakładzie w dniu 13 grudnia miały podobny scenariusz. O godz. 6.00 odbyły się pierwsze masówki na Stalowni Elektrycznej i Wydziale Obróbki Mechanicznej. Wkrótce potem utworzono Komitet Strajkowy, na czele którego stanął wiceprzewodniczący Delegatury Zarządu Regionu, Jerzy Jabłoński. Zorganizowano Straż Robotniczą, rozpoczęto wydawanie przepustek. Łączność ze Starym Zakładem odbywała się przez kurierów – byli nimi m.in. Franciszek Poprawa, Włodzimierz Sajda, Zdzisław Nowak i wiceszef ”Solidarności” w Kombinacie Budowlanym Józef Fudala, który przystąpił do strajku razem z hutnikami. W trakcie drugiej masówki na Stalowni Elektrycznej ok. godz. 12.00 doszło do kontrakcji ze strony Dyrekcji, namawiającej hutników do zaprzestania protestu. Dyrektor Tadeusz Pachniak został przyjęty gwizdami, sekretarz PZPR Romuald Charko w ogóle nie został dopuszczony do głosu. Ze strony hutników padły żądania zwolnienia internowanych i zniesienia stanu wojennego. Protest trwał.
Artykuł Pawła Gotowieckiego omawia również wydarzenia ranka, 14 grudnia.
-Na Starym Zakładzie Andrzej Kozieł, Mieczysław Kadewski i Kazimierz Rozalicz chodzili po wydziałach z tubą nagłaśniającą. Sporządzano plakaty i ulotki. Jedna z ulotek mówiła: „Musimy stać w jednym szeregu SILNI, SOLIDARNI, WYTRWALI. W rękach naszych jest los nasz i przyszłych pokoleń. Pałka milicyjna i karabin maszynowy nie mogą zabić naszej jedności. Wiele już niewinnej krwi polało się w naszej Ojczyźnie. Nie pozwolimy odebrać sobie godności ludzkiej, za którą oddali życie robotnicy z Poznania, Gdańska i z innych miast polskich. Władza, która strzela, aresztuje i maltretuje swoich obywateli nie jest naszą władzą”. Drugiego dnia strajkowało ok. 1/3 załogi „Starego” Zakładu i 2/3 załogi „Nowego” Zakładu . W godzinach popołudniowych 14 grudnia sytuacja stawała się coraz bardziej nerwowa. Przy bramach wyjściowych obu Zakładów Huty stały jednostki ZOMO i LWP. Dochodziło do utarczek ze Strażą Robotniczą. Kilkakrotnie padły fałszywe informacje
o szturmie milicji na bramy. II zmiana z 14 grudnia nie została wpuszczona na teren Huty, strajkujący czuli się coraz bardziej osamotnieni. Przed wejściem do Huty gromadziły się rodziny protestujących hutników, śpiewano pieśni religijne i patriotyczne.
Paweł Gotowiecki opisuje, że otuchy strajkującym dodawał ks. Jacek Beksiński, wprowadzony wieczorem 14 grudnia na teren „Starego” Zakładu. Na dworze panował mróz, bardzo szybko zapadał zmrok. Na Wydziałach powoli topniała liczba uczestników strajku. Nad Hutą krążył helikopter zrzucając ulotki wzywające załogę do przerwania protestu. Obawiano się interwencji siłowej – znano już dekret o stanie wojennym. W ludziach mimo determinacji powoli gasła nadzieja. Nastąpiła straszna chwila, kiedy właściwe rozmowy na temat zakończenia strajku rozpoczęły się 14 grudnia o godz. 16.00. Prowadzili je Andrzej Dudek i komisarz wojskowy na teren woj. kieleckiego płk dypl. Stanisław Iwański. Ustalono, że z Iwańskim spotkają się dwie pięcioosobowe delegacje z obu Zakładów Huty, upoważnione do pertraktowania w imieniu załogi. Do spotkania doszło
o godz. 0.15 dnia 15 grudnia w świetlicy Stalowni Martenowskiej. Dudek raz jeszcze powtórzył postulaty strajkujących. Pułkownik krótko i twardo odpowiedział, że ich spełnienie nie leży w jego kompetencji. Jeżeli zaś hutnicy nie przerwą strajku, wojsko i milicja użyją siły. Żaden z członków delegacji nie czuł się na siłach wziąć odpowiedzialności za tragedię, która wisiała w powietrzu. O godz. 0.25 15 grudnia zakończono strajk. Pierwsi wyszli hutnicy ze „Starego” Zakładu. Dopiero o godz. 2.00 kolumna około 1500 uczestników strajku
w „Nowym” Zakładzie przeszła przez bramę i w milczącym pochodzie ruszyła w kierunku ulicy Bałtowskiej. Zza szyby samochodu wyjście hutników obserwował Dyrektor Naczelny Adam Śniadowski. „Straszna chwila” – po latach nie ukrywa wzruszenia. Strajk był skończony .
Kto wie, czy w ten sposób nie uniknięto podobnych wydarzeń, jakie miały miejsce w Kopalni „Wujek”. Epilogiem hutniczego protestu były dwa procesy przywódców strajku i 10 wyroków skazujących. Najwyższy wymiar kary otrzymał Jerzy Jabłoński – w wyniku rewizji nadzwyczajnej Ministra Sprawiedliwości zwiększono mu karę z 3 do 4 lat więzienia. Złamanych karier i ludzkich dramatów nikt nie starał się policzyć, a władza „ludowa” – według Pawła Gotowieckiego – raz jeszcze siłą zdołała obronić swoje przywileje.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *