Stefan Czarniecki w Ostrowcu. Zapomniana karta historii

Kiedy o nim śpiewamy, stoimy na baczność. „….do Poznania po szwedzkim zaborze dla Ojczyzny ratowania wrócim się przez morze”. To Mazurek Dąbrowskiego, Hymn Polski, a w nim uwieczniony przez Józefa Wybickiego bohater „potopu”, Stefan Czarniecki herbu Łodzia (1599-1665), niestrudzony żołnierz I Rzeczpospolitej, mistrz wojny szarpanej, podjazdowej. Nasz krajan. Urodzony w Czarncy w staropolskim powiecie chęcińskim (obecnie włoszczowskim) z ojca Krzysztofa i matki Krystyny z domu Rzeszowskiej. Jego przebogaty życiorys opisał w opasłym tomie Adam Kersten, ewentualne niedostatki swej pracy usprawiedliwiając  słowami sławetnego pamiętnikarza Jana Chryzostoma Paska: „O Boże! siłaż by na to papiru wyszło, kto by Czarnieckiego z młodych zaraz lat odwagi kawalerskiej chciał wyterminować dzieła należyte!”.

Hetman Stefan Czarnecki. Portret z 1659 roku, Brodero Matthisen

 Szczęśliwie dla Rzeczpospolitej, że w dobie „potopu” miała tak doświadczonego obrońcę. A czas był to ekstraordynaryjny. Nie bez racji niedościgły mistrz pióra, Henryk Sienkiewicz akcję Trylogii umieścił w przełomowym dla I Rzeczpospolitej okresie. Do dziś rzesze czytelników i miłośników filmów Jerzego Hoffmana fascynują się przygodami Skrzetuskiego, Zagłoby, Kmicica i Wołodyjowskiego. To był czas wielkich zdrajców, politycznych szalbierzy, koniunkturalistów,  bohaterów walczących  z obcymi najeźdźcami, czas rebelii Chmielnickiego i prób dokonania pierwszego rozbioru ówczesnego mocarstwa środkowoeuropejskiego, w którym żyli nasi przodkowie. To także walka szlachty z dominium absolutum, warcholstwo, konfederacje  i bratobójcza  druga wojna domowa. To utrata wielu dóbr kultury, dzieł sztuki, cennych księgozbiorów i archiwów. Gigantyczny rabunek. Rzeczpospolita zrujnowana, wyludniona, pęknięta. To gmach, który w kilkanaście dekad później uległ całkowitej zagładzie. Dla nas to ciągle nieustająca, wielka  lekcja historii. Kolejne pokolenia muszą mieć niezachwianą pewność, że wolność i niepodległość nigdy nie jest dana na zawsze. Za błędy i głupotę rządzących przychodzi potem narodowi płacić przez dziesiątki lat bardzo ciężką cenę – śmierci, cierpienia i utraty. Nigdy więcej!

Kiedy Szwecja skonfliktowała się z Rzeczpospolitą Obojga Narodów, wydawało się, że jest to zwyczajny spór dynastyczny w rodzie Wazów. Pretensje króla Jana Kazimierza do korony szwedzkiej nie budziły w szlachcie koronnej entuzjazmu. Gdy armia Karola Gustawa wkroczyła do Polski razem z jawnymi zdrajcami i ich klientelą, natychmiast dołączyli do niej różni polityczni kombinatorzy. Tych, którzy dali się skusić propagandową obietnicą unii ze Szwecją i wizją powstania wielkiego mocarstwa na podobnych zasadach jak unia polsko-litewska, można nazwać bolszewickim terminem „użytecznych idiotów”. Bezwzględny rabunek kraju przez szwedzkiego okupanta, kontrybucje i egzekucje, palenie wiosek, dworów zamków i kościołów, mordowanie niewinnych i opornych szybko otrzeźwiły otumanionych. Szwedzi nie byli już równoprawnymi „panami braćmi”, lecz „lutrami”, „pludrakami” i „szyszkojadami”. Ci trzeźwo myślący od początku nie mieli żadnych  złudzeń i ścierali się zbrojnie ze Skandynawami. Pozornie łatwy, jak się to początkowo wydawało, podbój przeistoczył się w bezlitosną kilkuletnią wojnę, w której udział wzięły wszystkie warstwy społeczne. Na przemoc odpowiedziano przemocą. Uczestnik tych bojów, Wespazjan Kochowski (1633-1700), urodzony w Gaju k. Waśniowa, w swoich Klimakterach wspomina: „Chociaż Czarniecki sam z natury też był bezwzględny, dla jawnych łotrów nie miał pobłażania i gdziekolwiek ich przyłapał, natychmiast wymierzał im karę, a jak nie było gotowej szubienicy na podorędziu, kazał ich wieszać na wystających rynnach domów albo powrozem za nogi przywiązywać  do koni i włóczyć tak długo, dopóki straszliwą śmiercią nie ginęli, mając o kamienie i pniaki poszarpane ciała i wyprute wnętrzności.”  Życie ludzkie straciło wartość, jak to zawsze bywa na każdej wojnie.

Czarniecki w Ostrowcu? Jak? Kiedy? Otóż działo się to w roku 1656, w czasie wyprawy zimowej Czarnieckiego, którą  szczegółowo opisał w 1973 r. historyk Jerzy Teodorczyk. Już w 1655 r. ludność województwa sandomierskiego stawiała opór rekwizycjom szwedzkim, a w województwie krakowskim wybuchło powstanie przeciwko okupantom. W styczniu 1656 r. król Jan Kazimierz  przy współudziale Jerzego Lubomirskiego i Stefana Czarnieckiego podjął decyzję o dalszym prowadzeniu wojny   i o wyprawie regimentarza Czarnieckiego w Sandomierskie.  Uniwersał królewski z 25 stycznia wzywał szlachtę tego województwa do powstania. Ze Stefanem Czarnieckim poszła husaria i jazda kozacka. Razem 2424 konie.  Ruszono zimą, obawiając się wiosennych roztopów. 1 lutego armia ta przeszła po lodzie Wisłę i zajęła miasto Sandomierz, by zgodnie z ówczesnym prawem ogłosić tam przesłane uniwersały. Dlatego też część chorągwi komputowych została z tymi  dokumentami rozesłana do powiatów. Szwedzi pod dowództwem Wittenbacha starali się owej akcji przeszkodzić. Doszło do pierwszych walk.  7 lutego 1656 r. sejmik w Opatowie uchwalił przystąpienie do  antyszwedzkiej konfederacji tyszowieckiej i nakazywał pobór do wojska szlachty, jazdy chłopskiej oraz wszystkich zdolnych do noszenia broni.  Ukończenie mobilizacji i koncentracji wojska ustalono na dzień 14 lutego w Ostrowcu. W tym czasie Czarniecki z kilkoma tysiącami ludzi zdobył zamek w Zawichoście, a w kilka dni potem przyjął kapitulację załogi Solca. Do Ostrowca ruszyła z różnych miasteczek województwa sandomierskiego  szlachta, chłopscy i mieszczańscy rekruci. Cała masa wojska wyposażona w konie, wozy taborowe, odzież i broń liczyła ok. 3000 ludzi.

Łatwo sobie wyobrazić zaśnieżone pola Sandomierszczyzny, skutą lodem rzekę Kamienną, skupisko domostw na ostrowieckim wzgórzu wokół dzisiejszego rynku. Wyróżniającą się bryłę kościoła pod wezwaniem Archanioła Uriela. Poczerniałe ściany, czapy śniegu na dachach, siwe dymy snujące się z kominów w ołowiane niebo. I równinę między Ostrowcem a Denkowem, wypełniającą się stopniowo konnymi, saniami z furażem, taborami, zbrojnym ludem gotowym do walki. W mroźnym powietrzu słychać rżenie koni, gwar rozmów, podniecone pokrzykiwania, szczęk oręża. Brodata postać zagończyka Stefana Czarnieckiego z uwagą lustruje rosnący tłum, oceniając wartość bojową zgromadzenia. Niebawem mają ruszyć. Na Szweda!

15 lutego rano kolumna rekrutów, nowej jazdy chłopskiej (łanowej i dymowej), szlacheckich ochotników pospolitego ruszenia i taborów wyruszyła traktem przez ośnieżone lasy przez Sienno, Lipsko do Solca, aby wieczorem tego dnia być już nad Wisłą. Tam przeprawiła się na jej prawy brzeg. 16 lutego  na miejscu koncentracji w Ostrowcu nie było już nikogo. Piechota łanowa oraz szlachta, która z regimentarzem nie poszła, rozeszły się do domów. Rozpoczęła się gra wojenna, podjazdy i manewry obu walczących stron. Polacy wymknęli się z zasadzki zastawionej na nich przez największego wojownika ówczesnej Europy, Karola X Gustawa. 16 lutego rano wojsko Czarnieckiego minęło Puławy, by dotrzeć do Gołąba, gdzie stoczono bitwę. Brało w niej udział 9500 żołnierzy Karola Gustawa i ok. 2500 Czarnieckiego. Bój zakończył się dla Polaków porażką,  lecz nie klęską, gdyż stracili w nim tylko 147 ludzi. Czarniecki swoim zwyczajem kazał konnym iść w rozsypkę, aby uniknąć okrążenia i całkowitego unicestwienia. Niebawem, bo już 6 marca 1656 r. pod Lwowem mógł królowi Janowi Kazimierzowi zademonstrować armię złożoną  z 6000 ludzi w 75 chorągwiach.

Jeden z uczestników bitwy pod Gołąbem ocenił dowodzenie Stefana Czarnieckiego entuzjastycznie: „Dawno już było, dawno, nie dopiero teraz dawać takiego regimentarza! /…/ Atoli wzięliśmy próbę z tym nieprzyjacielem i wojska się ochrosnęły /…/ i w takim ogniu mało co nam pierza ugorzało /…/ Napiłyby się pola gołąbskie juchy szwedzkiej ad societatem (do syta), żeby nas więcej było”.

Karol X Gustaw po zwycięskiej dla siebie bitwie rozkazał dobijać rannych żołnierzy polskich. Na jego rozkaz sprawdzano, czy w szlacheckich dworach są mężczyźni. Tam, gdzie ich nie było, zabudowania szły z dymem. „Ludzki pan”, nieprawdaż? Nie pierwszy i nie  ostatni na naszych ziemiach.

Walec wojny przetaczał się kilkakrotnie przez nasze okolice. Do Szwedów dołączyli  Węgrzy i kozacy Chmielnickiego… Ponad dwa tygodnie stacjonowały w pobliskim Ćmielowie wojska Jerzego II Rakoczego, składające się z Siedmiogrodzian i kozaków. Czekając na armię szwedzką Karola Gustawa, z którą spotkały się 17 kwietnia 1657 r.,  okrutnie pustoszyły okolice. Spalono wiele zabudowań, zabito ludzi. Mordowano szlachtę i księży. Chłopstwem i łykami (mieszczanami)  nikt się nie przejmował i zabitych nie liczył. Spłonął  także kościół ostrowiecki.  14 kwietnia 1657 r. złupiono i sprofanowano kościół parafialny w Szewnie, a sama miejscowość mocno ucierpiała. W tym samym dniu bestialsko zamordowano w Kunowie ks. Szymona Kocha i rozkradziono majątek kościelny. Miasto spalono, razem z nim z ogniem poszły dwór biskupi, kościół kaznodziejski, kościół szpitalny, szpital oraz należące do niego budynki. Zrabowano fundusze miejskie i zabito część mieszczan. To samo spotkało mieszczan ćmielowskich. Samo spotkanie („dwóch bandytów pod Gawrońcem”) w Ćmielowie upamiętnił stosowną ryciną Eryk J. Dahlberg w dziele Samuela Pufendorfa „De rebus Carolo Gustavo Sueciae rege gestis”  wydanym w 1696 r. w Norymberdze. Najeźdźcy prezentują się w ordynku nader okazale, a na terenie neolitycznej osady na Gawrońcu w Ćmielowie artyleria siedmiogrodzka oddaje salut honorowy.

 Po tej „wizycie nieproszonych gości” z miasteczka i ratusza pozostało rumowisko. Do zakończenia wojny ze Szwedami Polaków czekało jeszcze wiele bitew i utarczek, a „czarniecczycy” zapędzili się za wrogiem aż do Danii.

W 1637 r. parafia ostrowiecka liczyła 500 wiernych. O 100 więcej dopiero w 1682 r. Zrujnowany kraj trzeba było odbudować. Rzeczypospolita bardzo powoli podnosiła się z katastrofalnego upadku…

Miasto bez historii jest tylko zbiorowiskiem budynków zamieszkałych czasowo przez napływową ludność, która szuka dla siebie lepszych warunków życia. To historia czyni miasto sławnym, daje mu starożytną metrykę i nobilituje je do rangi zabytku wartego obejrzenia, a mieszkańcom przysparza dumy z wielkiej przeszłości. Warto więc „dziurawą pamięć historyczną” uzupełniać i gloryfikować tych, co to „nie z soli ani z roli, tylko z tego, co ich boli”. W Warszawie na ścianie Pałacu Kazanowskich znajduje się tablica informująca, że w tym miejscu imć pan Onufry Zagłoba walczył z małpami podczas szwedzkiego potopu. Bohater fikcyjny! A co z ludźmi realnie wówczas istniejącymi?

Uważam, że ten opisany powyżej, z pozoru mało istotny incydent drugiej wojny północnej zwanej u nas „potopem szwedzkim”, zupełnie pominięty w dotychczasowych monografiach miasta Ostrowca, upamiętnić należy w rejonie obecnej targowicy stosownym kamieniem i tablicą informacyjną. Chwała bohaterom!

Na koniec memento dla tych, którzy nie wierzą w ponadczasową powtarzalność pewnych mechanizmów władzy. Bernard O’Connor (Connor) nadworny lekarz króla Jana III Sobieskiego w II tomie swego dzieła The History of Poland in Several Letters to Persons of Quality  pisał o polskim Sejmie:   „Z całą pewnością  w Europie nie ma zgromadzenia bardziej podatnego na nieporządek, częściej odrywanego od ważnych spraw przez intrygi i podziały, a wreszcie – bardziej skorumpowanego przez łapówki i nikczemne zwyczaje. Powoduje to, że sejm polski rzadko doprowadza do końca sprawy, nad którymi pracuje i które rozważa, nawet gdyby to były sprawy o  największym znaczeniu.” Ot, taka już nasza ponadczasowa bolączka, słabość i… zguba.


Literatura:

Kersten A. (1963), Stefan Czarniecki 1599-1665, Warszawa.

Kochowski W. (1966),  Lata potopu 1655-1657, Warszawa.

Markowicz M. (2011), Najazd Rakoczego na Polskę 1657, Zabrze-Tarnowskie Góry.

Nagielski M., Kossarzecki K., Przybyłek Ł., Haratym A. (2015), Zniszczenia szwedzkie na terenie Korony w okresie potopu 1655-1660, Warszawa.

Teodorczyk J. (1973), Wyprawa zimowa Czarnieckiego 1-20 II 1656 r. Bitwa pod Gołębiem (w:) J. Wimmer (red.), Wojna polsko-szwedzka 1655-1660, Warszawa, s. 259-296.

Print Friendly, PDF & Email

One thought on “Stefan Czarniecki w Ostrowcu. Zapomniana karta historii

  • 29 czerwca 2020 at 18:58
    Permalink

    Pouczający i bardzo ciekawy artykuł historyczny o nieznanym szerzej epizodzie w historii Ostrowca. Chciałoby się więcej takich artykułów a nie tylko lokalne kryminałki i sport.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *