Wspomnienie o profesorze Zygmuncie Krzaku

To wspomnienie o jednym z najwybitniejszych archeologów polskich, naszym krajanie i badaczu Krzemionek i Sandomierszczyzny. Mniemam, że Postać tego formatu winna zaistnieć w pamięci zbiorowej naszego społeczeństwa.


W słoneczne popołudnie, 30 czerwca 2020 r. po mszy pogrzebowej, jaka miała miejsce w kościele parafialnym, złożono w grobie na cmentarzu w Ćmielowie szkatułkę – urnę z prochami.
Nad nią widnieje pionowa płyta z czarnej skały magmowej ze Skandynawii, na której wyryty jest krzyż z gałęzią palmy i napis:
Ś.P. PROF. DR HAB. ZYGMUNT KRZAK
UR. 12.07.1933 ZM. 23.06.2020
PRAC. INSTYTUTU ARCHEOLOGII POLSKIEJ AKADEMII NAUK
W niezwykły sposób wydarzenie to zamknęło krąg Jego życia. Tu się bowiem urodził, tu stawiał pierwsze kroki, zanim wyruszył w „wielki świat”, i tu powrócił, do krainy przodków, wśród których teraz leży. Nieraz opowiadał mi, jak w dzieciństwie pasąc krowy na Górze Zjawiennej opodal Grójca, spoglądał na dolinę Kamiennej i zastanawiał się nad istotą rzeczywistości, zadając sobie fundamentalne pytanie „O CO TU CHODZI?”. To pytanie towarzyszyło mu przez całe życie. Chęć poznania Prawdy nigdy Go nie opuściła i to ona była głównym motorem wszelkich jego życiowych działań. Mówił: „Istnieją cztery postawy życiowe: wiedzieć, przeżyć, być, mieć”. Tę ostatnią cenił najmniej. Nie dbał o dobra materialne. Nie interesowało go zajmowanie jakichkolwiek stanowisk kierowniczych w administracji PAN. A na wspomnianej Górze w czasach swoich studiów czytał Immanuela Kanta Krytykę czystego rozumu. Za najpiękniejszy dzień swego życia uważał koniec II wojny światowej, koniec horroru i permanentnego strachu, niemieckiego terroru i śmierci, którą widział na co dzień. Widok SS-manów w czarnych przerażających mundurach, jadących wojskowymi samochodami, napawał go grozą. To byli realni, bezlitośni „bogowie śmierci”.

Prof. dr hab. Zygmunt Krzak przed swoim rodzinnym domem w Grójcu. 2005 r.

Był krytyczny wobec wielu teorii i ludzi je głoszących, ale nigdy nie wypowiadał się o nich z „zapiekłą nienawiścią”. Nigdy też nie używał ani w piśmie ani w mowie żadnych wulgaryzmów. Będąc już starcem profesor Krzak, potępiając wielowiekowe zbrodnie i kłamstwa wiernych religii monoteistycznych, powiadał: „Bóg musi mieć silne nerwy, kiedy patrzy na wyczyny swoich wyznawców. Najmniej kłopotów ma z ateistami. Ci Mu przynajmniej głowy nie zawracają”.
W młodości był zwolennikiem filozofii materialistycznej. W czasie studiów uległ, tak jak wiele milionów żyjących wówczas ludzi, zaczadzeniu komunizmem, ale potem w 1956 r., gdy ukazał się demaskujący stalinizm referat genseka Nikity Chruszczowa, cisnął legitymację mówiąc: „Oszukiwaliście mnie!”. Nigdy już do tej opcji politycznej nie wrócił, a w 1980 r. znalazł się, co było wręcz oczywiste, wśród członków „Solidarności”.
Wykopaliska na terenie osady społeczności kultury pucharów lejkowatych na wzgórzu Gawroniec w Ćmielowie, które dziś jest wpisane na Światową Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, rozpoczęły jego karierę archeologiczną. Badania prowadziła prof. Zofia Podkowińska, która stała się jego mecenasem i opiekunką naukową w czasach studiów na Uniwersytecie Warszawskim i pracy w IHKM PAN w Warszawie (obecnie IAiE PAN).
Urodził się w pobliskiej wsi Grójec, liceum kończył w Ćmielowie. W 1951 r. dostał się na studia historii kultury materialnej, archeologii i etnografi i Uniwersytetu Warszawskiego, które ukończył 1 lipca 1955 r. uzyskując stopień magistra na Wydziale Historycznym UW. Już w czasie studiów został zatrudniony w Zakładzie Epoki Kamienia Instytutu Historii Kultury Materialnej PAN w Warszawie.
Sandomierszczyzna była jego małą Ojczyzną, pełną tajemniczych znalezisk i wielkiej niezbadanej przeszłości. Jej też poświęcił wczesne lata swej naukowej pasji. Samotne badania powierzchniowe, wędrówka lessowymi wzgórzami i dolinkami dorzecza Kamiennej, odkrywanie licznych stanowisk archeologicznych, a potem prace wykopaliskowe na wybranych obiektach dawały mu wiele radości i satysfakcji. Otwierała się przed nim zapomniana przeszłość rodzinnej krainy.

Mgr Zygmunt Krzak. Członek Ekspedycji Archeologiczno – Górniczej inż. Tadeusza Żurowskiego w Krzemionkach

„Kiedy jestem w Warszawie, czuję się jakbym miał 100 lat. Na Wyżynie Sandomierskiej mam 8 tysięcy lat” – mówił. To była jego prawdziwa Ojczyzna, źródło i kolebka pokoleń, łańcuch generacji. Był zwolennikiem teorii o autochtonizmie Słowian. Ciekawe, że dziś genetycy twierdzą, że w genotypie Polaków istnieje znaczny odsetek „genów neolitycznych”.
Zygmunt Krzak prowadził badania wykopaliskowe w dorzeczu Kamiennej, m.in. w Grójcu, Podgrodziu, Piaskach Ćmielowskich, Piaskach Grójeckich, Skale, Gawrońcu – Pałydze i Ptkanowie. Był współkierującym wykopaliskami na Gawrońcu w Ćmielowie, Złotej sandomierskiej, a także w Krzemionkach (szyb 5, 1969 r.). Uczestniczył wcześniej w ekspedycji badawczo-konserwatorskiej Tadeusza Żurowskiego (szyby 1, 2, 3).
Krzemionkami interesował się zawsze, zarówno badaniami, jak i ochroną rezerwatu. W 2000 r. pisał do władz województwa świętokrzyskiego petycję dotyczącą skutecznej ochrony tego zabytku klasy światowej. Krzemionki po raz ostatni odwiedził w 2005 r., ale już nie schodził do podziemi z powodu problemów z poruszaniem się.
Był uczniem prof. Stefana Krukowskiego, wielkiego badacza Krzemionek. Wraz ze swym kolegą, kieleckim archeologiem Januszem Kuczyńskim brał udział w jego badaniach w Rydnie koło Skarżyska. Osobowość profesora miała na Zygmunta Krzaka tak wielki wpływ, że w pewnym momencie, jak o tym mówili jego koledzy, zapuścił brodę „à la Krukowski”, z którą nie rozstawał się aż do śmierci. W czasach PRLu długie włosy i broda były uważane za akt kontestacji wobec społeczeństwa, a nawet władz i były tępione nie tylko przez szkolnych nauczycieli, czy wojskowych. Młodzi ludzie w latach 60. i 70. nosili długie włosy czesane „na bitlesa”, a po 80. roku brody i wąsy „solidarnościowca”.
Zygmunt Krzak taką brodę miał już kilkadziesiąt lat wcześniej. Ponieważ było to w owych czasach ewenementem, budził swym wyglądem zarówno zdumienie, jak i oburzenie. Skrzętnie te opinie zapisywał, aby po latach opublikować książeczkę pt. O, broda! Czyli sporządzony przez prof. Zygmunta Krzaka rejestr okrzyków na widok jego brody (z lat 1957-2002) opatrzony wstępem Krzysztofa Kowalskiego, (Wyd. Atla 2, Wrocław 2003).
Badania przedwojenne w Złotej, pow. Sandomierz dostarczyły znakomitych zabytków z III i II tys. p.n.e. tylko w niewielkim stopniu opracowanych i opublikowanych. Zygmunt Krzak podjął się tej roboty i dał w 1967 r. archeologii polskiej wspaniałą monografię kultury złockiej (The Złota Culture) oraz wiele o niej artykułów. Stał się najlepszym znawcą tego fenomenu kulturowego. Rozprawa ta była podstawą do nadania mu 3 lutego 1967 r. stopnia doktora nauk humanistycznych w zakresie prahistorii przez Instytut Historii Kultury Materialnej PAN w Warszawie.
Ciężka choroba, jaką przeszedł w 1970 r., otworzyła przed nim nowy etap życia, który można nazwać wędrówką duchową, a zarazem okresem największych odkryć. Krąg jego zainteresowań ogromnie się poszerzył. Był badaczem myśli ludzkiej, zawartej w znakach, symbolach, strukturach i tekstach. Znajomość kilku języków obcych pozwalała mu korzystać bezpośrednio z publikacji niepolskojęzycznych. Przeczytał kilka tysięcy książek, w przekonaniu, że warto poznać całą książkę tylko dla jednej budującej myśli. Doskonała umiejętność analizowania i syntetyzowania, połączona z intuicją dawała mu ogromną wiedzę dotyczącą wielu dziedzin, którą dzielił się z rozmówcami. Przez jego warszawskie mieszkanie przewinęły się dziesiątki osób biorących udział w dyskusjach, towarzyskich grach i rozważaniach. Był bardzo gościnny. Do 60. roku życia bywał jeszcze „w gościach”, potem już tylko przyjmował gości u siebie. Był szczupły. Chodził w garniturze. Odżywiał się prostym jadłem, które zazwyczaj przyrządzał sobie sam. Przez wiele lat poznawał filozofię, teologię i obyczajowość związane z różnymi religiami i ludami. Był zafascynowany Prawdziwą księgą Południowego Kwiatu Czuang -tsego. Z myśli taoistycznych wziął postanowienie: „Mędrzec nie podróżuje. Cały świat ma w sobie i w najbliższym otoczeniu”. Ci z jego znajomych i przyjaciół, którzy po świecie podróżowali, swymi opowieściami potwierdzali tylko to, co już wcześniej wiedział. Kiedy w swym śnie ujrzał reintegrujący psychikę symbol mandali, opisał go w 2001 r. w tekście Moje mandale w piśmie „ALBO albo. Problemy psychologii i kultury” (nr 3, Archetypy, s. 38-40). Pradziejowym mandalom poświęcił też kilka innych rozpraw.
Ponieważ brał udział w słynnych wykopaliskach w Iwanowicach, pow. miechowski, przydzielono mu kierowanie pracami w obszernym wykopie i kilkadziesiąt miejscowych kobiet – eksploratorek.
„Pobieram cztery. Oddalam resztę” – zadecydował. Potem prowadził iście mikroskopowe badania jamy, w której miał odkryć zarys kompletnie rozłożonego drewnianego naczynia podobnego do góralskiego czerpaka.
Kiedy naukowe dyskusje „uczonych mężów” zabrnęły w niemożność uzgodnienia rozwiązania jakiegoś problemu, Zygmunt, mając wątpliwości, zobowiązał się sprawdzić w Warszawie pewne dane i dopiero opowiedzieć się za ostatecznym wnioskiem. Po miesiącu do dyskutantów przyszła kartka pocztowa („odkrytka”) z jednym słowem: „Tak”. Nikt z interlokutorów już nie pamiętał, o czym przed kilkoma tygodniami dyskutowali.
16 czerwca 1988 r. otrzymał stopień doktora habilitowanego za rozprawę Geneza i chronologia kultury ceramiki sznurowej w Europie, a 7 lat potem, 22 listopada 1995 r. z rąk Prezydenta III RP Lecha Wałęsy tytuł naukowy profesora nauk humanistycznych.
Kiedy zwracano się do niego o radę, odpowiadał: „Ja ci radzę, rób tak, jak uważasz”. Wiedział bowiem, że ludzie lękają się odpowiedzialności i dlatego doradców obarczają często winą za swe niefrasobliwe decyzje i źle zrealizowane postanowienia.
Był indywidualistą i domatorem. Palił fajkę (tytoń „Amfora”). Lubił dobre wino (za najlepsze uważał hiszpańską Malagę), grę w kości i brydża. „Świat jest piękny – mówił – bo żyją na nim jeszcze wariaci”. „Wariatami” nazywał ludzi niezwykłych, ponadprzeciętnych, którzy swoją działalnością ciągle ulepszają świat. Był zafascynowany kobiecością, choć zawsze dbał o nienaruszalność swojej wolności osobistej i za sukces uważał swoje starokawalerstwo. I bynajmniej nie wiązało się to z jakąś mizoginią. Wobec kobiet był zawsze szarmancki. Co ciekawe, kierowany przez niego zespół w ramach Ekspedycji Archeologiczno –Górniczej Tadeusza R. Żurowskiego odkrył w podziemiach krzemionkowskich rysunek węglem – neolityczne graffiti słynnego „ludzika”, który dziś jest logiem Muzeum Historyczno –Archeologicznego w Krzemionkach. Jest to schematyczne wyobrażenie pradziejowego żeńskiego bóstwa. Po kilkudziesięciu latach od tego odkrycia prof. Zygmunt Krzak opublikował w 2007 r. opasłą książkę Od matriarchatu do patriarchatu (zadedykowaną Pamięci mojej Wielkiej Matki), w której omówił szczegółowo relacje między obiema płciami w dziejach ludzkości i ku oburzeniu wielu „męskich szowinistycznych świń” (jak o tego typu osobnikach mówią feministki) opowiedział się za czasami, w których władzę dzierżyły kobiety. Największą estymą darzył Mariję Gimbutas, amerykańską archeolog, twórczynię „archeologii kobiecej”, której wiele poglądów w tej materii podzielał.
Współczesnej archeologii „garnkowej”, „materiałowo-typologicznej” nie akceptował, uważając ją za naukę zdegenerowaną. Nie odpowiadała bowiem na podstawowe pytania dręczące od wieków ludzkość, ginąc w jałowych, formalistycznych rozważaniach i tworząc swoistą nieprzystawalną do minionej rzeczywistości „mitologię archeologiczną”. Ponieważ łamał utrwalone kanony i łączył archeologię z wynikami innych nauk (np. psychologii, socjologii, religioznawstwa itd.), był przez badaczy „typologiczno-materialistycznych”, nie posiadających jego wiedzy kompletnie niezrozumiany. Na jego wielkim dorobku pozna się dopiero kolejne pokolenie, nie obarczone stereotypami i nieuzasadnionymi uprzedzeniami poprzedniej generacji. Tego jestem pewien.
Wcześnie stracił ojca i choć miał potem ojczyma, całą swą miłość do rodziców przelał na matkę. Był przekonany, że po wielkim życiowym sukcesie zawsze przychodzi dotkliwa klęska, bo „świat musi być w równowadze”.
Wakacje spędzał w rodzinnym Grójcu. Zabierał wtedy z sobą walizkę książek. W ostatniej dekadzie PRL-u i pierwszej XXI w. intensywnie pracował nad dwoma wyjątkowymi w polskiej literaturze fachowej monografiami kultur megalitycznych w Europie i na świecie. W 1994 r. wyszła drukiem jego książka Megality Europy, a potem w 2001 r. Megality świata. Tak jak i wcześniejsze, opublikowane w 1989 r. wspólnie z Krzysztofem Kowalskim Mówią tysiąclecia”, Echa Atlantydy i Tezeusz w Labiryncie, zrobiły ogromne wrażenie przede wszystkim na czytelnikach nie zajmujących się zawodowo archeologią.
Napisał ponad 330 artykułów naukowych i popularnonaukowych, recenzji i rozpraw w Polsce i za granicą. Popularyzował wyniki badań archeologicznych, m.in. w „Z Otchłani Wieków”. W latach 90. ub. wieku miał także stałą rubrykę w „Rzeczpospolitej” pt. „Sapienti sat!”, w której w sposób syntetyczny przedstawiał wyniki badań archeologicznych w Europie i na świecie. Był promotorem prac magisterskich Iwony Kupczyk i Krzysztofa Kowalskiego (UW) powstałych na bazie badań powierzchniowych wykonanych przez obojga magistrantów na Wyżynie Sandomierskiej w 1969 r.
Był pierwszym, który psychologiczny proces inicjacji powiązał z indywiduacją opisaną przez Carla Gustava Junga. Za największe ze swoich dokonań naukowych uważał badania myśli pradziejowej i dzieje tej myśli, a szczególnie odkrycie złotego prawa decergencji. Ogłosił je w 1993 r. w „Nauce Polskiej” i „Archeologii Polskiej”. Prawo to dotyczy przemiany myśli ludzkiej – inwolucji podlega irracjonalizm, religia, magia itp. natomiast ewolucji – racjonalizacja, laicyzacja i ateizm.
Rzeczywistość polityczną Polski, Europy i świata oceniał bardzo krytycznie. Nie akceptował współczesnej zachodniej cywilizacji, której produktem był „uśmiechnięty, zadowolony z siebie kretyn”. Nie odpowiadał natomiast a krytykę swoich prac, choć najczęściej z uwagami recenzentów się nie zgadzał. Uważał, że wdawanie się w polemiczne boje jest stratą życia i energii. Należy pisać kolejne, lepsze prace i tyle. Nigdy nie odmawiał pomocy w sprawach, o których wiedział i miał na nie wpływ.
Fascynował się postacią przedwojennego warszawskiego oryginała Franciszka Fiszera, myśliciela i filozofa, który nie pozostawił po sobie żadnych tekstów pisanych, ale za to mnóstwo anegdot i wspomnień o nim. W przeciwieństwie do niego Zygmunt wiele pisał i publikował. Podarowywanie swych książek i artykułów swym znajomym, kolegom, koleżankom i przyjaciołom sprawiało mu sporo radości. Zazwyczaj dedykacja na pierwszej stronie składała się z dwóch liter – „O. a.”, co należało odczytać: „Od autora”. Ściany jego mieszkania obłożone były książkami, a po jego przejściu na emeryturę również setkami kopert z nie wysłanymi jeszcze listami. Korespondował z kilkudziesięcioma ludźmi, kolegami i przyjaciółmi zarówno w kraju, jak i za granicą. Mówił, że pisał nawet do prezydenta USA. W listach przedstawiał swoje spostrzeżenia, poglądy, przestrogi i obawy. Wiele tych dzieł epistolografii się zachowało i trzeba mieć nadzieję, że kiedyś doczekają się naukowego opracowania.
Przez dziesięciolecia przyjaźnił się z prof. Andrzejem Wiercińskim, którego poglądy na pradzieje podzielał. Wspominał też swego druha Juliusza Parnickiego, który żartował, że stworzył całkiem nową religię. Jej pierwszym i najważniejszym dogmatem było: „Moja religia jest fałszywa”. Cóż pozostało, kiedy wszystkie istniejące religie twierdzą, że są prawdziwe.
Co jakiś czas robił „remanent” w swoim księgozbiorze. Zmuszała go do tego przede wszystkim ciasnota mieszkania. Początkowo sprzedawał je znajomym za symboliczną złotówkę, a w kolejnych dekadach wręcz rozdawał za darmo.
Charakteryzował się stanowczością, niekiedy wręcz uporem. Nigdy nie nosił okularów ani też aparatu słuchowego. Nie używał komputera ani Internetu. Nie oglądał telewizji, za to słuchał radia. Czytał gazety różnych opcji politycznych. Swe prace i listy pisał ręcznie lub na maszynie.
„Kiedy do mnie przyjdziesz?” – pytał. W latach 90. odwiedzałem go zazwyczaj w czwartek. W następnych dwóch dekadach, kiedy opuściłem Warszawę, widywaliśmy się coraz rzadziej, ale za to częściej rozmawialiśmy telefonicznie i kontaktowaliśmy się listownie. Absorbująca praca, przemieszczanie się poza stolicę i Polskę, starość, choroby i inne życiowe problemy przerzedziły krąg jego gości. Grono jego znajomych i przyjaciół stopniowo zmniejszało się. Odchodziło z tego świata jego pokolenie, potem zaczęli wymierać młodsi. Robiło się pusto. Gdy osiągnął 80. rok życia, stopniowo niedołężniał fizycznie. Aby odpędzić pesymistyczne myśli, nie chciał słuchać złych wieści. Lubił anegdoty, dowcipy i „kawały”. Czytał je przez telefon swoim rozmówcom ze stosownych książek, które kolekcjonował. Wprawiały go w dobry nastrój.
Żył skromnie, w spartańskich wręcz warunkach, a ostatnie lata jego życia można uznać wręcz za żywot anachorety. Zmarł samotnie w swym mieszkaniu, w warszawskiej „miejskiej dżungli”, której tak wiele zawdzięczał w swoim życiu. Jego zwłoki poddano kremacji. Decyzją rodziny został pochowany na cmentarzu przodków w Ćmielowie. Płyta nagrobna jednoznacznie kojarzy się zaprzyjaźnionym z Profesorem archeologom z głazem megalitycznym – dolmenem, repliką obiektu z otchłani praczasów, które Zmarły z takim sukcesem i upodobaniem badał.
Prof. dr hab. Zygmunt Krzak był jednym z najwybitniejszych archeologów i oryginalnych myślicieli europejskich. Znałem go od czasu badań w Krzemionkach w 1969 r., w których wziąłem udział jako student archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. „Piękna dusza”, jak powiada jeden z Jego bliskich – prof. dr Peter Sadowski z Dublina. Szlachetny, dobry człowiek. Mój niezawodny Przyjaciel. Nasz wielki krajan znad rzeki Kamiennej.
Cześć Jego pamięci. Niech spoczywa w spokoju.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *