Maluje obrazy sercem i z sercem je żegna

Teodora Pawełko –Kwiatkowska, wierna uczennica Arcymistrza Pana. Wdzięczna za bogate życie w czasach przełomu tysiącleci i pontyfikatu JP II. Urodzona w roku pańskim 1955. Repatryjowana do Polski w roku 1957.
Córka Katarzyny i Józefa. Siostra Janiny, Stanisława i Andrzeja. Żona Stanisława. Matka Marty, Rocha, Marii, Antoniego, Jana i Szymona. Babcia Aleksandra, Ignacego, Dobrochny, Wota, Rozalki i Kajetana. Absolwentka PLSP w Krakowie. Uczennica prof. Stanisława Rodzińskiego. Absolwentka ASP Kraków 1982. Uczennica prof. Juliusza Joniaka. Absolwentka Akademii Macierzyństwo. W zmieniającym się priorytecie ról życiowych: Matka, Filozofka, Nauczycielka, Malarka, Projektantka, Instruktorka warsztatów plastycznych, Dekoratorka, Żywicielka, Znachorka, Kucharka, Praczka, Ogrodniczka, Bukieciarka, Pisarka, Niespełniona pieśniarka, Tancerka.
Teodora Pawełko -Kwiatkowska jest twórcą, matką, nauczycielką, malarką. Kiedy po 20 latach – jak mówi – studiów na akademii „Macierzyństwo” postanowiła wrócić do swojej pasji malowania, odkryła jej sens i cel na nowo.


Spod Lwowa na Śląsk

Lubię Pawełko, bo od Pawła znaczy mały. Teodora -Teo to Bóg i dar. Kwiatkowska to jest ładne nazwisko i chętnie go przybrałam – mówi T. Pawełko – Kwiatkowska. Mąż nie obsypywał mnie kwiatami, ale nazwisko dał mi piękne. Artystka urodziła się w Związku Radzieckim w Mościsku niedaleko Lwowa.
-Moi rodzice repatryjowali w 1957 r. i całe szczęście, bo może byłabym kołchoźnicą- słyszę. Kołchoz pochłonął wszystkie ziemie, ludziom zostawiano tylko przydomowe ogródki. Mama opowiadała mi jak ludzie walczyli desperacko o swoje ziemie, kładąc się pod pojazdy zawłaszczających. Miała 2 lata, kiedy rodzice zapakowali ją w pierzynkę i wywieźli na Śląsk, gdzie jej ojciec miał brata.
-Repatrianci mieli dobrze. Rodzice dostali maleńkie mieszkanko – wspomina czasy dzieciństwa T. Pawełko – Kwiatkowska. Ale to było bardzo dużo, bo ludzie mieszkali w barakach. Lata dzieciństwa spędziłam w Jaworznie.
Talent plastyczny od dziecka
-Już w szkole podstawowej wykazywałam się talentem plastycznym. Wobec czego w ósmej klasie stanęłam przed decyzją, jaką wybrać szkołę- mówi malarka. Wychowawczyni powiedziała do mnie, „powinnaś wybrać się do liceum plastycznego”. Miałam do wyboru Katowice lub Kraków. Wybrałam Kraków. Musiałam przygotować teczkę z 30 pracami, a potem wziąć udział w egzaminach. Okazało się, że był to dla mnie niezły sprawdzian. Byłam z prowincji. Wokół siebie nie miałam uzdolnionych osób w rodzinie. Jak zobaczyłam to liceum na Salwatorze, ul. Mlaskotów w Krakowie z pięknymi oszklonymi pracowniami pomyślałam, że to za wysokie progi dla mnie i nie pasuje tutaj.
Teodora nie miała nigdy gliny w rękach. Czekając na egzamin praktyczny poznała dwie dziewczyny, które wyjaśniły jej jak ma sobie poradzić z gliną.
-Dowiedziałam się, że nie wolno z nią postępować tak jak z plasteliną. Rzeźba z gliny to jest bryła, w której są dziury i trzeba to ładnie pokazać – opowiada artystka. Szybka nauka dała świetne efekty. Tematem pracy konkursowej z rzeźby był „Człowiek i praca”. Wymyśliłam sobie babę nad maślnicą. Praca bardzo się podobała, a ja do dzisiaj robię masło w maślnicy. Egzamin z malarstwa i rysunku nie sprawił mi żadnej trudności.
Czasy liceum
Dostała się do 5-letniego Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie. Jak wspomina moja rozmówczyni – „pracowali” od 8 do 15.
-Oprócz ogólnokształcącego materiału mieliśmy dużo zajęć plastycznych, z malarstwa, rysunku, rzeźby, liternictwa i kompozycji – słyszę. Pamiętam, że bardzo mocno nas poruszyły wizyty w sierocińcach, gdzie robiliśmy dekoracje.
Jak wspomina Teodora, społeczność szkolna w liceum była rewelacyjna. Pamięta, że baczna uwaga była zwracana na dzieci, które mają słabszą psychikę.
-Byliśmy uwrażliwiani na różne braki, na inność, na ubóstwo, bo były dzieci biedne, ale utalentowane- mówi T. Pawełko- Kwiatkowska. Liczył się człowiek i jego umiejętności. Profesorami byli artyści Adam Hoffman, Stanisław Rodziński czy Józef Kluza. W liceum poznałam mojego przyszłego męża Stanisława. Koniec liceum łączył się z decyzją co mam dalej zrobić ze swoim życiem. Uznałam – najlepiej iść na studia artystyczne. Interesowałam się Akademią Sztuk Pięknych, ale niestety na kierunek malarstwo na 9-10 miejsc było bardzo dużo chętnych z całej Polski. Akademia była najbardziej znaną uczelnią. Uznałam, że nie mam szans. Zdecydowałam się na Łódź dlatego, że było tam projektowanie ubrań, czym się interesowałam. Egzamin mnie zawiódł, cieszyłam się, że się nie dostałam, bo ani uczelnia, ani Łódź nie spodobały mi się. Na domiar złego Teodora straciła dotychczasowy dorobek malarski w Łodzi. Prace, które złożyła, gdzieś przepadły.


Projektantka futer
Malarka wróciła do Krakowa. Podjęła się ciekawej pracy w Zakładzie Doświadczalnym Futrzarstwa.
-Pracowałam tam na etacie projektantki futer – mówi T. Pawełko -Kwiatkowska. Moje projekty brały udział w Kongresach Mody Futrzarskiej w Bułgarii, Niemczech, gdzie zdobyłam 2 złote medale za pelerynę na planie koła w jodełkę, robioną z centymetrowych pasków w trzech kolorach i futro z białych lisów umalowane na żółto.
Marzenia o ASP
Teodora postanowiła zdawać do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W ciągu roku zrobiła nowe prace, choć jak przyznaje, nie było ich wiele i nie była z nich do końca zadowolona.
-Przez to nie chciałam zdawać, ale wtedy Staś powiedział: chodź zawiozę ci je i moje prace przeszły- wraca pamięcią malarka. Mogłam przystąpić do egzaminu. Co się okazało, znalazłam się pośród 9 przyjętych osób. Prac było złożonych około 600, a ok. 150 osób mogło przystąpić do egzaminu. Stanisław też zdawał. Należał do 3 najlepszych asów w liceum. Był pewniakiem. Wszyscy wieszczyli mu sukces. Niestety, nie dostał się. Próbował się odwołać. Nic jednak to nie dało. Na uczelnię dostał się na drugi rok.
Studia w cieniu strajków
-Najpierw wynajmowaliśmy mieszkanie, później zamieszkaliśmy w akademiku- opowiada artystka. Na studiach spotkały nas pierwsze strajki w Polsce. Studia to okres kiedy byłam przewodniczącą samorządu. To były trudne czasy. Powstał Niezależny Związek Studentów, zapisaliśmy się do niego. Kierowałam pracownią plakatu strajkowego. Stan wojenny przerwał nam wszelką działalność. W 1982 r. kończyłam Akademię Sztuk Pięknych będąc w ciąży. W styczniu 1983 r. na świat przyszła córeczka Marta. Stasiu ma zdolności architektoniczne. Myśleliśmy o zaadoptowaniu jakiegoś strychu i mieliśmy zamiar wieść życie artystyczne w Krakowie. Jednak nie mieliśmy książeczek mieszkaniowych, nie mieliśmy pieniędzy. Nie chcieliśmy się tułać z małym dzieckiem. Postanowiliśmy osiąść na prowincji.


Życie na prowincji
-Zamieszkaliśmy w rodzinnym mieście męża, Opatowie- mówi artystka. Chciałam pracować w Domu Kultury, ale byłam w ciąży i nie dostałam tej pracy. Urodziłam syna Rocha. Przez 2 lata prowadziłam edukację z artystą. Następnie zostałam przyjęta do Społem jako dekoratorka witryn sklepowych na 80-lecie Społem. Na świat przyszła Marysia i następnie Antoni. W 1993 r. dostałam propozycję pracy w Liceum Ogólnokształcącym w Opatowie. Urodziłam Jasia. W 1997 r. w wieku 42 lat urodziłam Szymona.
Akademia „Macierzyństwa”
Teodora przez 20 lat wychowując dzieci, nie była w stanie oddać się swojej pasji malarskiej.
– Czas ten nazwałam Akademią Macierzyństwa – mówi T. Pawełko – Kwiatkowska. Dopiero, gdy Szymek miał 4 lata, mogłam wrócić do malowania, wcześniej nie było szans, aby wejść do pracowni i móc swój czas poświęcić malowaniu obrazów. W 2002 r. ukończyłam 2-letnie studium pedagogiczne na Akademii Sztuk Pięknych. To było bardzo miłe spotkanie z moimi profesorami i z uczelnią. Od tamtej pory maluję. Najbardziej lubię technikę pasteli, kolaże, techniki mieszane oraz rysunek piórkiem. W 2009 roku zrobiłam wielką wystawę w Galerii Wystaw Artystycznych w Sandomierzu. To było jak erupcja wulkanu. Te wszystkie tematy, które tkwiły w mojej głowie od lat. Był to odpoczynek nie w sensie laby, ale zaczynanie czegoś od początku.
Motylkowe Szpitale w Opatowie
T. Pawełko -Kwiatkowska ma za sobą prowadzone przez wiele lat wraz z innymi artystami tęczowe plenery w Sandomierzu. Nie sposób nie wspomnieć o wyjątkowej pracy malarskiej, jaką Teodora wykonała w opatowskim szpitalu. Pod koniec lat 90. z inicjatywy ordynator pediatrii Danuty Szczuchniak w ramach konkursu ogłoszonego przez fundację Motylkowe Szpitale Jolanty Kwaśniewskiej, Teodora pomalowała ściany oddziału dziecięcego.
-W ciągu 1,5 tygodnia, bo tyle miałam czasu, na korytarzu oddziału namalowałam 101 dalmatyńczyków pędzących do drzwi wejściowych, na ścianach pokoju telewizyjnego pojawiło się dno oceanu ze skarbem, koralowcami i rybami, w pokoju przyjęć namalowałam szafki z zabawkami, a w salach, gdzie leżały dzieci, piękną łąkę z krecikami, motylami i bocianem – wylicza artystka. Zajęliśmy II miejsce, a szpital otrzymał bon pieniężny na 100 tys. złotych. Zmieniły się nie tylko ściany na oddziale, ale także panie pielęgniarki włożyły różowe kitle. Na łóżkach dziecięcych pojawiła się kolorowa pościel. Absolutnie oddział nie przypominał dawnego, zimnego, biało- szarego szpitala.


200-lecie ASP
Pięknym podsumowaniem artystycznej drogi T. Pawełko -Kwiatkowskiej było 200-lecie Akademii Sztuk Pięknych.
-Zostałam zaproszona do udziału w wystawie w Pałacu Sztuki w Krakowie, do zaprezentowania pracowni mojego profesora Juliusza Joniaka i absolwentów tej pracowni- mówi malarka. Obrazy jak ptaki Malarka nie liczyła ile wyszło prac spod jej ręki. W zamian cieszy się, że gdzieś te jej ptaki, jak nazywa swoje obrazy, zagnieździły się.
-Maluję je z sercem, ale i z sercem je żegnam- mówi artystka. Moje obrazy są metaforą i dialogiem. Przedstawiają znajome formy, klimaty, ale każdy człowiek z obrazem musi prowadzić swój własny dialog. Zaś interpretacja obrazu nie polega na tym co artysta miał na myśli.
Jak przyznaje malarka, aby namalować obraz, musi mieć natchnienie i wizję.
-Nie można sobie powiedzieć, dzisiaj namaluje sobie obraz. Nie może być nic na siłę. Malowaniu obrazu musi towarzyszyć radość tworzenia, przyjemność, lekkość, a nie przymus. Dany obraz przypomina nam o pewnych stanach ducha. Każdy mój obraz jest inny. Nigdy się nie powtarza.
Blisko ćwierć wieku w liceum
T. Pawełko -Kwiatkowska w opatowskim liceum przepracowała 22 lata.
-Bardzo lubiłam tę prace- przyznaje. To była dla mnie pewna misja. Starałam się objaśnić, jakże dla wielu ludzi ten świat artystyczny jest skomplikowany. Jak malowałam z sercem, tak z sercem uczyłam. Uczniom pokazałam świat od strony wizji artysty. Uczyłam twórczego myślenia. Uczyłam równoważyć problem. Mówiłam o tym, jak bardzo ważna jest odwaga.
Obecnie malarka mieszka i tworzy w pięknie wystylizowanym przez swojego męża na dworek budynku, który niegdyś był kompleksem obory, kurnika i kuchni letniej.
-To będzie nasze trzecie Boże Narodzenie tutaj- dodaje artystka. Muszę przyznać, że malinowa herbata, z nutą syropu z czarnego bzu, dodatkiem imbiru, pigwy i miodu w otoczeniu pięknych obrazów i przede wszystkim w towarzystwie artystki smakuje wybornie.

Print Friendly, PDF & Email

One thought on “Maluje obrazy sercem i z sercem je żegna

  • 4 stycznia 2021 at 19:45
    Permalink

    Piekne. Te skrzydelka to chyba tak tuz przed snem malowane, tak zeby machnac i juz sie z tym nie meczyc i isc spac. Ma to jednak przekaz nabierania swietosci. Mnie sie podoba. Zyczymy pani, aby nie przyszlo do glowy pani aby sobie obciac ucho. Znam takiego, co obazy bajerem maluje, tylko nastepnego dnia musi caly obraz przemalowywac zeby sie z tego jakos wykrecic. Jednak pasja formuje swiadomosc i z konsekwentnego tworzenia moze powstac jakies dzielo ponadczasowe, moze nawet dzielo sztuki. W ostatecznosci dzielo tworzenia ktore moze byc punktem wyjcia do malowania myslą i niekoniecznie taka ze juz chce mi sie spac. A i z takiej cos moze wynikac. Bywa ze dzielem przypadku powstanie dzielo i z tego prawdziwe dzielo, przemawiajace do pokolen. Tak po prostu ot nasunelo mi sie, lub tak jak z tymi skrzydelkami,wciaz sie dzieje, lub powstanie wynikiem wieloletnich obserwacji. Tak jak to bylo u Michala Aniola. Przynajmniej mozna ksztaltowac sobie technike, jesli obraz nie zgadzal sie z wizja. W kazdym razie, w kazdym przypadku tej wizji mozna sie doszukac, a to czasem tez jest sztuka. Np. nasz miejscowy artysta Mr Gąbka, potrafil malowac i tworzyc piekne zeczy, a jakie mial wizje? A ile potrafil wchlonac? Artystyczny swiat nie ma ram, dla tego mozemy go odkrywac tylko fragmentami. Klatka po klatce. Gratuluje pasji. To mila forma spedzania czasu, Tworzaca obraz na podobienstwo swiata. Badz swiata artysty. Zawsze podziwialem ludzi o uzdolnieniach plastycznych, muzycznych, i literackich. Artysta malarz tu bochnal, tam maznol i czasem cos z tego wyszlo, lub nie. Taki muzyk, zeby cos stworzyc to najpierw musi sobie stworzyc swoj wlasny swiat, a wlasciwie punkt widzenia na swiat i nie moze sie pomylic z jakims falszywym dzwiekiem. To w nim musi brzmiec, Po mimo, ze w swiecie jest cale mnustwo falszywych dzwiekow. Co zupelnie nie dotyczy np. politykow i bardzo czesto to oni je wydaja, lub specalnie falszuja. Politycy czasem wydaja z siebie takie dziwne dzwieki, zwlaszcza, gdy chca cos powiedziec z sensem, a sie na tym nie znaja, ze ludzie bardziej zastanawiaja sie po czym tak mu sie gada, a nizeli o co mu chodzi. A literaci? Tez maja trudno . Bo ile czsem sie musza nalgac, zeby to prawdziwie zabrzmialo. A sa tez tacy co tworza fakty po faktach, w oparciu o fakty, to dopiero wymaga zaangazowania. Lub tacy jak Orwel, na bazie mechanizmu istniejacego swiata potrafia trafic w to jak ten swiat bedzie sie dalej rozwijal. Ot moral taki, ze nie kazdy dazy do perfekcji. A powinien. Docenmy tych ktorzy tej perfekcji szukaja i do niej Dąza. Wyciaganie wnioskow jest zawsze bardziej tworcze niz skladanie wnioskow.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *