Jakże ważna jest wiara w siebie i radość z małych rzeczy…

Magdalena Radlak to osoba ogromnie pozytywna, otwarta, pełna pomysłów, kochająca życie, ludzi, zwierzęta, przyrodę i przede wszystkim Boga.
Maluje, fotografuje, obcina włosy, wykonuje makijaże, aranżuje wnętrza, robi naturalne ozdoby świąteczne, interesuje się modą i zdrową żywnością. Jak mówi, cytując słynną Irenę Kwiatkowską z kultowego „Czterdziestolatka”, żadnej pracy się nie boi.
-Inspiruję się ludźmi, a oni moją osobą, od pokazania przeze mnie kolorowych śniadań, poprzez nietuzinkowe wnętrza, po dzielenie się radością i pocieszaniem dobrym słowem – mówi M. Radlak.
-Talenty rozdaje Pan Bóg, a my mamy wolną wolę i wpływ na to czy je rozwiniemy, czy nie. To od nas zależy czy coś z tym zrobimy, czy nie – podkreśla Magdalena.
Magdalena jest niezwykle ekspresyjna i mocno przekonana o tym, że słowo jest bardzo ważne w naszym życiu. Czy dlatego, czego się nie dotknie, jej wychodzi? Latem wraz z mężem po 10-letnim pobycie w stolicy Norwegii wróciła do rodzinnego Ostrowca Świętokrzyskiego.
-Kocham naturę, las, moje miasto, nie interesuje mnie, jak ktoś mówi, że Ostrowiec to dziura- słyszę.
Norwegia nie była w planach. To mąż Magdaleny zainicjował ten wyjazd. Choć w Oslo byli już jej rodzice, którzy wyjechali za pracą.
– Chcieliśmy zarobić na lepszy samochód i fajniejsze wakacje – mówi Magdalena. Jechaliśmy z myślą wyjazdu na pół roku, a zostaliśmy blisko 10 lat. Będąc jeszcze w Polsce, myślałam, że pojadę w wielki świat i manna będzie mi sama kapać z nieba za nic nierobienie. A tak naprawdę, Norwegia dała nam w kość. To tam nauczyliśmy się prawdziwego życia. Nabraliśmy szacunku do pracy i pieniędzy. Jak przyznaje moja rozmówczyni, w Polsce na nic jej nie brakowało. Zanim wyszła za mąż, rodzice przysyłali jej pieniądze.
-Dobrze zrobiłam, że wyjechałam, bo byłam rozpieszczonym dzieckiem i nie do końca zdawałam sobie sprawę ile pracy to kosztuje, wysiłku ze strony rodziców, abym miała zapewniony dobry byt w Polsce – mówi.
W Norwegii Magdalena parała się kilkoma zajęciami. Sprzątała, obcinała włosy, była kelnerką i pomocą domową. Choć jak przyznaje, na początku nic w Norwegii jej się nie spodobało.
-Zderzyłam się z wielkim miastem, przepych, ruch, język trudny, dziwny – wspomina Magdalena. Żyłam cały czas myślą o powrocie do Polski. Było ciężko, ale po pewnym czasie przyzwyczaiłam się do tamtego życia.
Magdalena od dziecka przejawiała zdolności plastyczne i manualne. Brała udział w różnych konkursach, osiągając sukcesy.
-Pamiętam jak w podstawówce robiłam anioły z masy solnej, kolega z bloku sprzedawał mi je na targowicy – słyszę. Anioły podobały się wszystkim. Zarobiłam wtedy sporo pieniędzy. Magdalena sama obcina i maluje sobie włosy. Gdy została dopytywana przez coraz szersze grono znajomych, gdzie chodzi do fryzjera postanowiła zrobić kurs fryzjerstwa.
-Egzamin zdałam bez najmniejszego problemu, a potem robiłam włosy znajomym, koleżankom, rodzinie – mówi Magdalena. Moja pasja to także moda. Nawet chciałam otworzyć swój sklep i sprzedawać w nim ubrania przez siebie zaprojektowane. Interesuje mnie prostota. Lubię len i bawełnę. To miały być proste kroje. Nie doszło do zrealizowania moich planów, bo wyjechałam do Norwegii.
Nie sposób nie wspomnieć o tym, w czym Magdalena czuję bardzo dobrze, a mianowicie dekorowanie i aranżacja wnętrz.
-Pracowałam m.in. w jednej z sieciówek, gdzie dekorowałam wystawy, witryny, ubierałam manekiny i zajmowałam się wizualnie sklepem- wspomina. Jestem samoukiem, wzrokowcem i przy tym mam dużą wiarę w siebie. Malowałam również obrazy, pastele. Robiłam portrety. Moje rysunki zachowała mama i przechowuje je na strychu swojego domu.
Mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Magdalena podobnie jak jej mama lubi krzątać się w kuchni.
-Mama uwielbia piec pączki, racuchy, lubi potrawy pięknie podać- mówi Magdalena. Stół niemal zawsze wygląda odświętnie. Jest kolorowo i smacznie. Ja się nie chwalę, ja się dzielę. Ktoś powie – o kompot, o porzeczki – pokazuje. Tak cieszę się z kompotu, tak cieszę się z porzeczek. Ktoś może zadać mi pytanie, cieszysz się z kabaczka? Odpowiadam wprost, tak cieszę się z kabaczka. Cieszy mnie każda mała rzecz. Jeśli nie nauczysz się cieszyć z małych, błahych rzeczy, nie będą też cieszyły cię duże.


Magdalena to niezwykle ekspresywna osoba, pełna życia i pomysłów. Przy tym niezwykle kreatywna. Wnętrze domu, w którym wraz z mężem zamieszkali latem, zaaranżowała sama.
-Fascynuje mnie natura, nie lubię zimnego metalu i szkła, kocham kamień, jutę, bawełnę, len i wiklinę – opowiada.
Muszę przyznać, że wnętrze domu Magdy i jej męża robi wrażenie. Ramy olbrzymich luster, drzwi wejściowe, półki, blaty kuchenne zostały zrobione z 120 -letniej rozburzonej stodoły. Drzewo zostało wyszczotkowane i zaimpregnowane. Uchwyty do szafek kuchennych zostały zrobione ze skóry odzyskanej ze skórzanej kurtki zakupionej w sklepie z odzieżą używaną. Ogromne wrażenie robią żyrandole, za ich abażury służy trawa morska.
Wzrok przyciąga duży wianek z trawy pampasowej, która rośnie w ogrodzie mamy Magdaleny. W kuchni stoi surowy pień.
-Przywiózł mi go tata, miało coś na nim stać, ale , że jest z ukosa to tak sobie stoi, można na nim dziabać mięso (śmiech) – żartuje Magdalena. Lubię harmonie, delikatność, nie ma kontrastu.
We wnętrzu są nieliczne akcenty norweskie, to poroża jeleni, które Norwegowie lubią oraz świece. Magdalena ustawiła świece elektryczne, ale muszę przyznać, że łudząco są podobne do naturalnych.
-W Norwegii najwięcej pożarów jest właśnie od świec – słyszę.


Na aranżacje czeka duży taras. Taras będzie kontynuacją wnętrza domu. Będzie tam juta, wiklina, będą wisiały ciężkie lniane zasłony, stały meble z wikliny, na których będą ułożone bawełniane poduszki. W domu pachnie świerk, jodła i jałowiec. To za sprawą pięknych świątecznych, przede wszystkim naturalnych dekoracji, która Magdalena wykonuje sama.
-Wiele naturalnych krzewów i roślin pozyskuję sama z lasu – mówi Magdalena. Wracam cała brudna, oklejone mam ręce, we włosach igły i liście. Za pracownię Magdalenie służy garaż. To tam skrupulatnie dobiera różnego rodzaju krzewy, iglaki, trawy, szyszki, suszone plastry pomarańczy i jabłka, orzechy i komponuje piękne, naturalne wianki oraz stroiki, nie tylko na przysłowiowy stół, ale także na ścianę.
-Mam spore grono zainteresowanych, którzy proszą mnie o to, abym dzieliła się swoją pasją; przyznaję, że chętnie to robię- mówi Magdalena. Powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, że największy wpływ na nasze szczęśliwe życie mają właśnie te małe, codzienne radości, na pierwszy rzut oka niedostrzegalne. Na jakość naszego życia wpływa dobroć, uśmiech, nasze codzienne rytuały. Oczywiście, jedna duża rzecz może „podsycić” poczucie szczęścia. Nie możemy bazować tylko na niej, bo na dłuższą metę będzie niewystarczająca.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *