Gruzini chętnie mówią: gamarjoba!

Stanisław Dulny, nasz fotoreporter, mówi, że Gruzja, to piękny i otwarty kraj. Wraz z przyjaciółmi zwiedził takie miasta, jak Tbilisi, Bariumi, Akhaltsikhe, Chertvisi, Wargia, Kobuleti, Batumi, Bordżomi i Gori. Wszędzie spotkał serdecznych i wyjątkowo gościnnych ludzi… Gruzini w porównaniu do Polaków żyją biednie, a poziom ich emerytur jest niski. Z zażenowaniem przyglądają się też wysiłkom politykom, którzy po konflikcie w Osetii balansują między sympatią, a nienawiścią do Rosji. To zresztą, temat drażliwy w Gruzji. Powodów do radości nie dają im także ciągle deklarowane starania o budowę silnego i prężnego kraju. Być może dlatego niezwykle szanowana w Gruzji Polska jest dla nich miernikiem pożądanych zmian gospodarczych i wyznacznikiem sukcesu. 

-Na Gruzję leci się blisko trzy godziny, a lot w obie strony, to wydatek zaledwie kilkuset złotych. Połączenia lotnicze są i tańsze i bardziej komfortowe od wyprawy lądowej – mówi Staszek. –Warto więc odwiedzić ten urokliwy kraj nad Morzem Czarnym, także po to, by docenić skalę pozytywnych zmian, do jakich doszło w naszym kraju.    

-By podróżować po Gruzji przydadzą się i dolary i pieniążki w rodzimej walucie, czyli lari, a 10 lari, to około 20 zł – opowiada Staszek. -Co prawda dostęp do bankomatów nie jest aż tak powszechny, jak u nas, ale z wypłaceniem pieniędzy z polskiej karty nie ma problemów. Bez zarzutów działa Internet, ułatwiający kontakt z najbliższymi w kraju. Ceny jedzenia są generalnie niższe, niż w Polsce. Warto pamiętać o tym, że jeszcze niższe na bazarach, na których można negocjować ceny.

Staszek mówi, że nie próbował nawet uczyć się gruzińskiego, bo bez problemów można dogadać się w całej Gruzji po rosyjsku, a w tym języku chyba posługuje się każdy starszej daty Polak.

-Po Gruzji poruszaliśmy się głównie, co jest chyba ciekawe, marszrutkami i jak zauważyłem jeździ się tutaj tak, jak każdy chce  – dzieli się wrażeniami Staszek. –Trzeba jednak pamiętać o tym, by przed taką podróżą konkretnie ustalić z kierowcą cenę usługi. Warto ją negocjować, bo czasami w przeliczeniu za kilkanaście złotych można docierać do naprawdę odległych miejsc. Drogi są w niezłym stanie, ale opinia ta tyczy się tych głównych, w kiepskim stanie są za to te lokalne, na których dodatkowo trzeba niezwykle uważać na przechodzące zwierzęta. Nikogo nie dziwi tutaj spacerująca ulicami krowa.

Jak twierdzi Staszek, Gruzini cieszą się z tego, że ich kraj tak często odwiedzają turyści. Wielu z nich żyje z ciągle rozwijającej się turystyki i trudno się dziwić gościnności. Noclegi są tanie, a ceny kształtuje spora konkurencja. Kosztują około 20 lari za dobę, a dodatkowo gospodarze częstują w nich pysznym winem i czaczą, czyli rodzimej produkcji bimbrem.

-Wiele się słyszy o wspaniałej, niezwykle smacznej kuchni gruzińskiej – mówi Staszek. –Tak, to prawda. Podstawą jest chleb, czyli puri. O dziwo, jest płaski, a wyrabia się go jak ciasto drożdżowe. Pyszny jest, przypominający naszą pizzę, placek z serem, czyli chaczapuri. W różnych rejonach Gruzji spotyka się odmiany tego przysmaku. Chinkali można jeść rękoma. To rodzaj pierogów grzybowych, ziemniaczanych, serowych, fasolowych czy nawet krabowych, z gorącym rosołem w środku. Smaczne są gulasze, np. podobny do naszego bezmięsnego leczo adżapsandali. Lobio podaje się z kolei z fasolą. Serwowany są także z mięsem wieprzowym lub baranim mcvadi, czyli potrawa przypominająca polski szaszłyk. Gruzini na wiele odmian podają dania z bakłażanu. Zawija się je w roladki i posypuje ziarnkami granatu. Zapewne wielu nie będzie zadowolonych, bo do dań dodaje się ogromne ilości kolendry, a przecież nie wszyscy za nią, choćby tak jak ja, przepadają. Niezwykle smaczne są za to soki wyciskane z owoców.

Staszek opowiada, że choć gruzińskie menu jest rozbudowane, to już po kilku dniach można wyczuć, że kubkom smakowym człowieka znad Wisły trudno przyzwyczaić się do jednak monotonnej kuchni gruzińskiej. Nic wiec dziwnego, że Gruzini z jednej strony są dumni z odmienności swej kuchni, ale z drugiej coraz częściej serwują turystom np. dania kuchni włoskiej z pastami i makaronami, czy np. wendy’s, czyli coś co przypomina fast food prosto z McDonalda. Gruzini mają także swojego snikersa, czyli czurczchelę, ot orzechy zatopione w soku z winogron i masie z mąki kukurydzianej z dodatkiem cukru, a wszystko w kształci kolorowego sopla.

To, co rzuciło się Staszkowi w oczy, to nieprzebrane rzesze Gruzinów palących papierosy w miejscach publicznych. –Palą niezwykle dużo, często i jak lokomotywy – podkreśla.

No dobrze, a co warto w Gruzji zwiedzić? I na to pytanie Staszek ma odpowiedź. W stolicy, Tbilisi, warto znaleźć się w Kote Abkhazi – głównej arterii starego miasta prowadzącej do placu Wolności i dalej do reprezentacyjnej alei Szoty Rustavelego, przy której mieszczą się muzea, filharmonia i opera. Do zwiedzania kuszą łaźnie siarkowe i ogrody botaniczne oraz twierdza Narikala. Sercem starego miasta jest katedra Sioni z pobliską bazyliką Anczischati. Natomiast na moście na rzece Kura, nazywanym podpaską, każdego dnia gromadzi się mnóstwo młodzieży. 

W Batumi ciekawie jest na alei Sherif Khimshiashivili, Znajduje się tu antyczny pałac z kolumnadą przypominający rzymskie Koloseum i Biały Dom postawiony do góry nogami. W Batumi znajduje się mierzący 200 metrów wysokości budynek. W tej swoistej wieży mieściła się najpierw uczelnia, ale sprzedano ją jakiejś amerykańskiej formie.

-Zwiedzaliśmy także mniejsze, niezwykle urokliwe miejscowości – opowiada Staszek. –Np. Akhaltsikhe z twierdzą-zamkiem, To miejscowość uzdrowiskowa. Słynie z wód termalnych. Znajduje się tu Muzeum Sztuki Gruzińskiej oraz pomnik królowej Tamary. Chertvisi z kolei przyciąga twierdzą położoną na szczycie wysokiego, skalnego urwiska. Jej początki datowane są na III wiek p.n.e. Wargia, czy też Wardzia, to natomiast miasto skalne, z ponad 250 komnatami na 13 poziomach oraz fragmentami sieci tuneli, korytarzy, schodów i systemu wodno-kanalizacyjnego. Słynie z głównych ośrodków kulturalno-religijnych monarchii gruzińskiej.  Na naszym szlaku znalazła się także miejscowość Kobuleti. To uzdrowisko, w którym leczy się choroby układu krążenia, nerwowego i oddechowego. Miejscowość zyskała specjalne ulgi po to, by rozwijać sieć hoteli i usługi lecznicze. Kolejną uzdrowiskową miejscowością jest Bordżomi z własną wodą mineralną.

Jak podkreśla Staszek, szczególne odwiedziny miały miejsce w Gori. Owszem, znajduje się tu twierdza broniąca niegdyś Gruzję przed najazdami Turków, którą warto zwiedzić, ale przede wszystkim to miejscowość, w której urodził się Stalin. Nie tak dawno, przy protestach mieszkańców, usunięto tu jego pomnik, który przeniesiono do muzeum, poświęconego jednym z największych i najbardziej krwawych przywódców XX wieku.

-Gruzini wszystkim turystom mówią: „gamarjoba”, czyli ni mniej ni więcej, tylko „cześć” – komentuje Staszek Dulny. –W ich luźnym języku „aba he” można tłumaczyć z kolei, jak rzucane przy pożegnaniu nasze „na razie”. Zachęcając wszystkich do podróży na Kaukaz wydaje mi się, że w moim przypadku Gruzji chciałbym powiedzieć to nasze „na razie”, bo chciałbym tam wrócić…

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *