Smutny finał miłości do zwierząt na Kolonii Robotniczej

Od ponad dwóch lat mieszkańcy ul. Kolonia Robotnicza mieli problem z bezpańskim, zdaniem niektórych, i agresywnym psem. Udałam się do wskazanej przez rozmówców części Kolonii Robotniczej.
Na bramie co drugiej posesji widziałam umieszczone tabliczki informujące o groźnych psach. Być może upał spowodował, że na przydomowych podwórzach nie dostrzegłam żadnych zwierząt. Nie było szczekających psów, biegających bez kontroli biegających po ulicy.
-Codziennie spaceruję tu z wnuczką. Gdyby na naszej ulicy był taki problem, pierwsza podjęłabym interwencję. Tu prawie przy każdym domu jest pies. Czasami szczekają, gdy ktoś idzie chodnikiem z innym psem. Ale o żadnym agresywnym psie na tej ulicy nie wiem -mówiła jedna z mieszkanek.
Tymczasem, zdaniem innych osób problem był, a zaangażowane były służby mundurowe ? Straż Miejska, dzielnicowy policji, a nawet Urząd Miasta. Pytam więc kolejnych mieszkańców o co chodzi?
-Od wielu lat na pętlę ludzie podrzucają nam zwierzęta. To droga, która prowadzi do schroniska na Janik.Sama kilka lat temu przygarnęłam wyrzuconego tu psa. Potem kotkę z małymi kociętami. Te psy błąkały się przy posesjach. Żal nam ich było. To jak tu nie dać jeść czy wody? Zadomowiły się przy posesji jednego z sąsiadów. Ma on swoje dwa psy. Pracuje całe dnie. Wpuścił te psy na swoją posesję. Było ich pięć. W tym jeden czarny wilczur.
Bardzo żywotny. Za zgodą sąsiada wchodzimy na posesję i karmimy te psiaki. On też kupuje im karmę, ale dla tylu psów to duży wydatek. Nie są one agresywne i nikomu nie wadzą. Jeden tylko, ten wilczur przeskakuje przez ogrodzenie. Jest niesforny, kocha wolność, ale nie jest agresywny. Sąsiad próbował zamykać go w kojcu, ale to nic nie daje. Potrafi pokonać przeszkodę do 3 metrów ? mówi kobiet mieszkająca przy tej ulicy.
Jednak dokarmianie podrzuconego wilczura Miśka nie podobało się grupie innych mieszkańców. Ich zdaniem pies był agresywny i zagrażał bezpieczeństwu. Zaczęły się interwencje służb mundurowych.
-Niech sobie pani wyobrazi, że jedzie pani rowerem i nagle ogrodzenie posesji przeskakuje duży wilczur. On nie jest agresywny do osób, które go karmią. Tymczasem moja żona wychodząc na spacer z naszym psem zwyczajnie boi się wracać do domu. Dzwoni po mnie, dopiero biorę kija i idę po nią. Ten pies atakuje inne psy i przez to jest niebezpieczny i agresywny. My też kochamy zwierzęta i nie mam nic przeciwko temu, aby sąsiad miał psy, ale niech one nie zagrażają bezpieczeństwu innych. Niech zostaną odpchlone, zaszczepione i trzymane na posesji. Niech to będzie odpowiedzialne. 15 lat temu pies z tej posesji pogryzł moją córkę. Jednak nic się wtedy nie stało.
Nie chciałem robić problemów. Teraz jednak na wakacje przyjeżdżają do mnie wnuki. Nie chcę bać się, że zostaną zaatakowane przez tego psa ? mówi kolejny mieszkaniec tej części miasta.
W sprawie psa interweniowała Straż Miejska, która ukarała właściciela posesji mandatem. Jak potwierdza komendant Straży Miejskiej, Andrzej Kaniewski, po przygarnięciu psa na posesję, mieszkaniec wszedł w prawa właściciela, a zgodnie z przepisami, powinien właściwe zadbać o to, aby pies bez zabezpieczenia i opieki nie biegał po ulicy. Sprawą na wniosek mieszkańców zajął się referat w Urzędzie Miasta zajmujący się bezdomnymi zwierzętami. Podejmowano próby jego odłowienia, lecz bezskutecznie. -Był to około 3 -letni owczarek, nie wykazujący agresji do ludzi. Jednak już na widok samochodu rakarza uciekał. Próbowaliśmy podjąć współpracę w tym zakresie z właścicielem posesji oraz mieszkańcami, jednak nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu. Kontaktowaliśmy się także z fundacją zajmującą się bezpańskimi psami, która oferowała temu psu pomoc behawiorystyczną ? mówi pracownik referatu.
Misiek jednak uciekał i nie dał się złapać. Pomagali mu w tym mieszkańcy, którzy nie chcieli się go pozbyć z ulicy.
-Temu sąsiadowi trzeba pomóc, a nie go karać. Za co? Za dobre serce, że przygarnia zwierzęta, które inni wyrzucają. Tu nawet przyjeżdża dwa, trzy razy w tygodniu wolontariuszka i przywozi jedzenie tym psiakom. One nikomu nie robią krzywdy. To ludzie je skazali na bezdomność. Niezadowoleni sąsiedzi mają pretensje, że dokarmiamy te psy. Straszą nas gazetą, robią zdjęcia. Prawo nikomu tego nie zabrania, a wręcz nakazuje. Jak nie dać wody zwierzętom w taki upał. Będę karmić te psy, czy to się komuś podoba, czy nie. Dlaczego mam wyrzucać pozostałości pożywienia, kiedy mogę je im dać ? mówi kolejna mieszkanka.
Jednak grupa niezadowolona z obecności na ulicy Miśka powiedziała stanowcze ?nie?. W porozumieniu z pracownikiem referatu Urzędu Miasta, po ustaleniu odpowiedniej dawki środka nasennego z lekarzem weterynarii, jedna z mieszkanek otrzymała preparat, aby podać go psu w pokarmie. Misiek otrzymał środek i został wprowadzony w letarg. W międzyczasie mieszkańcy przewieźli go do jednego z zakładów usługowych, gdzie wraz z innymi psami z posesji, miał pilnować terenu i nigdy nie powrócić na Kolonię Robotniczą. Tymczasem po dwóch dniach Misiek przeskoczył ogrodzenie zakładu, pokonał niespełna 4-kilometrową drogę, aby znaleźć się przed znajomą mu posesją, wśród przyjaznych ludzi. Niestety, po kolejnych dwóch dniach mieszkańcy poinformowali mnie o śmierci Miśka.
-Domniemamy, że ktoś podał mu jakąś truciznę. To był młody, zdrowy pies. Na nic nie chorował. Jeśli ktoś w ten sposób traktuje zwierzęta, to strach pomyśleć, jak traktuje ludzi. Człowieka po tym się poznaje? = mówił jeden z mieszkańców.
Telefonów w tej sprawie miałam więcej. Pojawiły się łzy, rozgoryczenie i kłótnie między sąsiadami. Smutny finał historii Miśka podzielił mieszkańców ulicy. A wszyscy deklarowali, że kochają zwierzęta. Czy wyciągną z tej historii jakieś wnioski? Oby.

Print Friendly, PDF & Email