Mateusz Borkowski: -„Wszystko dzieje się po coś…”

-Mateuszu, mamy już tyle sukcesów lekkoatletycznych na dystansie 800 metrów, że kibice przed telewizorami mogą się zawahać, by wskazać najlepszego biegacza na tym dystansie… Kto jest nim w twojej opinii?


-Myślę, że teraz Patryk Dobek, który w Tokio zdobył brązowy medal. Ten fakt czyni go najlepszym 800- metrowcem w Polsce – mówi nasz olimpijczyk, Mateusz Borkowski. – Ja jestem chyba drugi, bo dzierżę tytuł aktualnego wicemistrza Polski, ale to tak wygląda tylko na obecną chwilę.
– Niewyobrażalne emocje chyba towarzyszyły ci na bieżni w Tokio?
-To prawda, dla mnie były to zarówno te pozytywne, jak i negatywne emocje. W biegu eliminacyjnym wszystko poszło po mojej myśli. Zająłem drugie miejsce i pewne miejsce w półfinale z dużym Q. Niestety, po tym biegu doznałem dyskomfortu stopy. W półfinale odczuwałem to i od razu w takiej stawce rywali odbiło się to na wyniku. Później okazało się, że mam pękniętą kość śródstopia. Bardzo to przeżyłem. Towarzyszyła mi prawdziwa huśtawka nastrojów. Po eliminacjach sam się dziwiłem, że poszło mi tak dobrze. Z kolei po półfinale wiedziałem, że wszystko dzieje się po coś i dlaczego. Jeśli więc tym razem mi się nie udało, muszę być cierpliwy i poczekać na następny. Wziąłem to na klatę i postanowiłem wyciągnąć pozytywne wnioski, bo przecież nadal chcę spełniać swoje cele i marzenia.

-W naszym regionie wszyscy byli dumni z tego, że mają takiego, jak ty olimpijczyka. Wszyscy trzymaliśmy za ciebie kciuki, a w Brodach wywieszono nawet okolicznościowy transparent. Czułeś w Tokio to wsparcie?
-Było to bardzo miłe, zwłaszcza po eliminacjach, po których rozbudziłem apetyty na sukces. Byłem w tym biegu drugi. Przegrałem o jedną setną sekundy, jak się okazało z późniejszym mistrzem olimpijskim. Jak zobaczyłem ten baner w Brodach, to aż serduszko zabiło mi mocniej. Cieszę się tylko, że mam wśród was takich kibiców, jak się okazuje i na dobre i na złe. Chcę wam cały czas dostarczać tylko pozytywnych energii i sportowo rozwijać tak, byśmy wspólnie mogli się cieszyć.

Mateusz Borkowski na międzynarodowej imprezie zadebiutował w 2013, zdobywając złoty medal olimpijskiego festiwalu młodzieży Europy. Startując w biegu na 1500 metrów, zajął drugie miejsce podczas europejskich kwalifikacji i wystąpił na igrzyskach olimpijskich młodzieży w Nankin. Jest brązowym medalistą juniorskich mistrzostw Europy w biegu na 800 metrów (2015). Dwa lata później sięgnął po brązowy medal IAAF World Relays. Został złotym medalistą juniorskich mistrzostw Polski na stadionie (2015) i w hali (2016), a także brązowym medalistą halowych mistrzostw Polski w biegu na 800 metrów (2017). W 2019 roku został młodzieżowym mistrzem Europy, a w 2021 roku halowym wicemistrzem Europy seniorów.

-Marzyłeś o tych na igrzyskach…A co po nich? Myślisz już teraz o starcie w Paryżu i rysujących się pod wieżą Eiff la szansach?
-O, tak. Chciałbym tam pobiec znacznie lepiej. Na pewno te doświadczenia zdobyte na bieżni w Tokio spowodowały, że nabrałem chyba tej pewności siebie i niezbędnego doświadczenia do odniesienia olimpijskiego sukcesu. Tak naprawdę, to w Tokio nie wiedziałem, jak to jest startować na igrzyskach. Teraz już wiem, dowiedziałem się, co muszę poprawić i nad jakimi elementami pracować. Do startu w Paryżu jest nie jak zwykle między igrzyskami cztery, a trzy lata, więc ułożenie polityki startowej i okresu przygotowań do zbudowania optymalnej formy będzie znacznie łatwiejsze. Wszystko to, co działo się w tym olimpijskim roku, odbieram pozytywnie i tak też patrzę w przyszłość.

-No właśnie, w 2021 roku wykonałeś niesłychany skok sportowy w swojej karierze…
-To prawda. Igrzyska miały być w 2020 roku i tylko dzięki temu, że je przełożyli, udało mi się na nie zakwalifikować. Przecież przed rokiem biegałem w czasie 1.45,80, co nie dałoby mi kwalifikacji. W tym roku legitymuję się czasem 1.44,80 i dwa razy potwierdziłem kwalifikację olimpijską. Czyż nie mam więc racji, że wszystko dzieje się po coś?
-W czym tkwi tajemnica twoich tegorocznych sukcesów?
-Myślę, że zacząłem znacznie mądrzej, ciężej i świadomiej trenować. To okazało się kluczem do poprawienia tak swojego rekordu, jak i taktyki na bieżni.
-Czy tak, jak w roku olimpijskim, tak i w przyszłym spotkamysię w sezonie zimowym w hali?
-Tak. Nie wykluczam startów w hali, tym bardziej, że w 2022 roku zaplanowano mistrzostwa świata. Będę chciał się do nich jak najlepiej przygotować, ale wszystko będzie zależało od tego, w jakim stanie będzie moja stopa, czy odpowiednio się zregeneruje, czy też nie. Na razie mam miesiąc przerwy od biegania. Wkrótce odbędę kolejne badanie rezonansem. Jeśli więc tylko dopisze mi zdrówko, to na pewno wystartuję w mistrzostwach i powalczę o jak najlepsze miejsce.


-W latach 50 i 60 mówiono o polskich lekkoatletach „Wunderteam”. To niesłychane, ale obecnie osiągacie jeszcze lepsze rezultaty. Jesteś chyba z tego niesłychanie dumny, że należysz do tego grona wspaniałych lekkoatletów?
-Oczywiście. To niezwykłe uczucie przebywać razem z naszymi lekkoatletami i na własne oczy widzieć, jak zdobywają medale. Są dla mnie wzorem do naśladowania, wyboru najlepszej ścieżki rozwoju sportowego. Podpatrując ich wiem, że ciężką, mądrą pracą można osiągnąć wielki sukces.
-Serce ci bije wkraczając po raz kolejny w szkolne obejścia ostrowieckiej SMS?
-Bardzo się z tego cieszę, że zostałem zaproszony na inaugurację roku szkolnego, tym bardziej, że mieszkam na stałe w Łodzi, tygodniami przebywam na zgrupowaniach kadry i rzadko mam możliwości takiego powrotu do przeszłości. Do Ostrowca przyjechałem więc z wielką chęcią, bo miło wspominam edukację w SMS. Trzy lata mieszkałem w internacie i pamiętam, że fajne rzeczy się w nim działy. Poznałem też wielu ludzi, z którymi utrzymuję kontakt do dzisiaj.
-Dziękuję za rozmowę.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *