Trzyma “Ster” od trzydziestu lat

Adam Janik ma za sobą miliony przejechanych kilometrów, setkę odwiedzonych krajów, wspaniałe wspomnienia i mnóstwo przyjaciół.
Jak mówi, większość swojego życia zawodowego poświęcił na podróże i dzisiaj przyznaje, że nie mógłby robić czegoś innego.
-15 kwietnia br. minęło dokładnie 30 lat, kiedy otworzyliśmy biuro podróży Ster, które niezmienne znajduje się cały czas w tym samym miejscu – mówi A. Janik. Jednocześnie przez 2 lata prowadziliśmy gastronomię. Turystyka i gastronomia bardzo się ze sobą łączą. Te dwa kierunki wymagają kreatywności, inwencji, pomysłu. To nie może stać w miejscu. -Mam charakter wolnościowca, czyli człowieka wolnego, nieograniczonego – dodaje A. Janik. Człowieka, który nie należy do określonej partii, nie ma określonych schematów i nie musi często, gęsto słuchać wodza.
Urodził się w Rudkach, gmina Nowa Słupia. Całe dzieciństwo i okres szkoły średniej, do której uczęszczał w Kielcach, mieszkał w okolicach Starej Słupi pod Górą Chełmową, Rezerwat Modrzewia.
-Zawsze się sprzeczamy, bo moja żona Iza jest z Puszczy Jodłowej, a ja zawsze mówię, że modrzew jest dużo bardziej wartościowym drzewem jak jodła -mówi.
W 1976 r. A Janik zaczął pracę w Wojewódzkim Związku Spółdzielni Rolniczych w Kielcach.


-Potem byłem najmłodszym prezesem w historii gminnej spółdzielni w gminie Waśniów, mając jedynie 21 lat – wspomina. Doświadczenie, które zdobyłem w Kielcach, przeniosłem do Waśniowa. -Wychowany byłem w gospodarstwie rolnym. Rodzice mieli gospodarstwo, więc tematy rolnicze były mi bliskie. W 1978 r. przenieśliśmy się do Ostrowca Świętokrzyskiego.
Jak wspomina A Janik, w ówczesnym czasie wyjazdy jakiekolwiek za granicę były mocno ograniczone. O paszport było trudno, a jak już ktoś go posiadał, to musiał go zdawać na policję.
-Moja pierwsza wizyta zagraniczna to NRD – mówi. Gdy pracowałem w WZSR w Kielcach, możliwości wyjazdu ludzi młodych dawała jedynie należności do Związku Socjalistycznego Młodzieży Polskiej. Ja do tej organizacji wstąpiłem z uwagi na to, że można było poza pracą coś ciekawego robić. Z uwagi na to, że wcześniej trenowałem lekkoatletykę, zająłem się sportem i turystyką. Wtedy pojawiła się możliwość zorganizowania Pociągu Przyjaźni. To inicjatywa z ZSMP z odpowiednikiem dawnego Związku Republik Radzieckich. To była wymiana kulturalna młodzieży. Polska młodzież mogła pojechać do Związku Radzieckiego, pojawiła się możliwość wyjazdu do Moskwy i Rygi. I wtedy pojawiło się u mnie ogromne zainteresowanie wyjazdami. To była moja pierwsza tak długa wyprawa, trwała 2 tygodnie. To była styczność z autentycznością, z charakterami, ludźmi.
Pracując w gminnej spółdzielni wybuchł stan wojenny, wtedy człowiek pracujący w jednostkach budżetowych był zmuszany wstąpić do PZPR.
-Gdy jednak zobaczyłem jak funkcjonują dorosłe struktury PZPR, stwierdziłem, że to nie dla mnie – wspomina A. Janik. Przez krótki czas prowadziłem biuro prawne, choć w tamtym momencie nie miałem jeszcze wykształcenia prawniczego. W 1989 r. nawiązałem kontakt z Wojtkiem Marzyńskim, właścicielem pierwszego prywatnego biura podróży w Polsce, mieszczącego się w Łodzi. W tym czasie funkcjonowały państwowe biura podróży Orbis, z naszego terenu Łysogóry, Gromada, Juventur, działające do tej pory studenckie biuro Armatur. Nie było możliwości otworzenia prywatnego biura, bo na to nie pozwalały przepisy prawne.
Gdy pojawiła się możliwość robienia turystyki zagranicznej, A. Janik otworzył ekspozyturę w Ostrowcu pod nazwą Ster.
-Dlaczego Ster? Bo w międzyczasie nasi synowie Kuba i Jarek zaczęli uprawiać waterpolo, czyli przygodę z wodą – mówi A. Janik. -Stąd pomysł na połączenie nazwy z wodą, ale i ze światem, rekreacją i wypoczynkiem – dodaje I. Janik. -Doszliśmy do wniosku, że biuro nazwiemy Ster – słyszę. Synowie poprzez uprawianie tego sportu znaleźli się w Kalifornii, gdzie skończyli szkołę średnią i studia. Obecnie jeden z synów pracuje i mieszka w Chinach, drugi w Teksasie. Zaczęły powstawać pomału inne biura prywatne, pojawiać się wycieczki spod lady, bo do tamtej pory były problemy z paszportami, paszport był na policji. Każdy mógł o niego się ubiegać, ale nie każdy go otrzymał. Z czasem było łatwiej o wizę. Stare biura nie przystawały do nowych warunków. W związku z powyższym, ja brałem z Orbisu autokary i zagospodarowałem te autokary, a Orbis tego nie mógł. To były wycieczki turystyczno – handlowe na wschód, ponieważ była duża różnica cenowa. Od nas jechali z towarem na Litwę i Ukrainę. Na ogół były to kosmetyki i dżinsy. Przerzucane najpierw z Tajlandii samolotami do Polski. Na granicach z Litwą czy Ukrainą trzeba było mieć umiejętność rozmowy z celnikiem, i przygotowane souveniry i zaufanie – wspomina mój rozmówca. Celnik mówił „słuchaj Adam, mamy dzisiaj kontrolę, będziecie trzepani”. Ludzie przywozili sobie elektryczne narzędzia, mięso, chleby, których u nas nie było. Jeździłem non stop. Początkowo w biurze była moja mama Kazimiera, żona zajmowała się dziećmi. Później po odchowaniu dzieci, w biurze pracowała żona. -Wtedy ja byłem na przysłowiowych walizkach Litwa- Krym -Ukraina- mówi A. Janik. Wycieczki liczyły około 5-6 dni. W ciągu miesiąca w domu bywałem 4-5 dni. Tak przez kilka lat jeździłem. Jak weszła Ukraina, to ja nie mogłem spojrzeć na konserwę. Tak mi się przejadł suchy prowiant. Zdarzało się, że staliśmy na granicach. Był jeden epizod, że na granicy ukraińskiej staliśmy 5 dni. Przeważnie były to stałe grupy. Ci ludzie znali się doskonale. Wtedy brakło 5 osób. Okazało się, że złapały żółtaczkę. Zachorowały te osoby, które nie piły alkoholu (śmiech). Alkohol to był produkt główny, więc wszyscy mniej czy więcej go wypijali po drodze, dezynfekowali ręce również alkoholem. Potem jeździliśmy do Republiki Związku Radzieckiego, na Węgry, Słowację, później do dawnej Jugosławii i Berlina, następnie na Sycylię i do Włoch.


Pierwsze lata funkcjonowania biura Ster były ciężkie do przebicia się, współpracy, ale finansowo to były dobre lata.
-Porozumiewałem się w języku rosyjskim – słyszę. Nie było to większym problemem dla mojego rozmówcy, ponieważ uczył się tego języka w szkole podstawowej i przez całą szkołę średnią. -Język rosyjski przydaje się również doskonale na Gruzji – mówi A. Janik. O czym przekonał się przebywając kilka lat temu 2 tygodnie na Gruzji, gdzie większość gości bywa z dawnego Związku Radzieckiego. Te handlówki wymagały znajomości i przeliczników, jechało się załóżmy na Ukrainę, stamtąd na Węgry i do Polski, po drodze przez Słowację, lub od razu z Ukrainy na Jugosławię. Z kolei z Berlina czy Drezna przywoziło się m.in. elektronikę i obuwie. Później wszystko powoli się zmieniało. Ceny zaczęły się wyrównywać. Wyjazdy handlowe przestały się tak opłacać. Pojawił się też towar w Polsce. -Zaczęły się półki wreszcie zapełniać. Przecież u nas wcześniej był tylko ocet i denaturat – mówi A. Janik. W turystyce też zaczęło się zmieniać, ludzie tęsknili za jednym, „żeby nam się ta wycieczka zwróciła”. Niestety, wycieczka nie za bardzo się zwracała. Zaczęła się turystyka kwalifikowana, czyli wczasy, zwiedzanie. Choć bardzo opornie. Ludzie z sentymentem wspominali czasy Litwy, Ukrainy, Węgier. Kiedy wjechałem pierwszy raz na Sycylię, nastąpiła diametralna zmiana, pojawiła się praca zarobkowa. Wtedy wyjechało bardzo dużo ludzi do pracy
najpierw do samych Włoch. Wyjazdy obsługiwała firma Appia, która nie dawała rady z obsługą wyjazdów. Pojawiły się nowe firmy, które zajmowały się przewozem. Dużo osób zaczęło wyjeżdżać do opieki.
Podczas wyjazdów A Janik poznał wiele osób, wiele kultur, języków, posmakował różnorodnego jedzenia.
-Zawsze interesuje mnie kuchnia danego kraju, autentyczność i lokalność – mówi A. Janik. Stale, gdy wyjeżdżam, pierwsze kroki kieruje na bazary, interesują mnie przyprawy, owoce, smakowanie. Będąc w Stanach Zjednoczonych przez rok, kiedy uczyła się tam nasza najmłodsza córka Ola, skończyłem szkołę gastronomiczną i pracowałem w restauracji Hotelu Hyatt.
Smakowanie, kosztowanie interesowało A. Janika zawsze. Jednak jak mówi, nie ma ulubionej kuchni, ulubionych smaków. Każdy kraj ma swoją niepowtarzalną kuchnię, którą lubi popróbować.
-Do niektórych smaków jest nam Polakom trudno się przekonać, ale nie przez to, że coś jest niesmaczne, zwyczajnie nie znamy tego smaku – mówi. Dlatego też często w nas zostają smaki z dzieciństwa.
Na pytanie w ilu krajach był Adam Janik, odpowiada „w ilu nie byłem?” (śmiech)
-Nie byłem w Australii – mówi. W Afryce północnej jak Maroko, Tunezja byłem, ale już Afrykę kontynentalną zostawiałem zawsze na koniec z uwagi na różnego rodzaju zagrożenia, zagrożenia na przykład dla zdrowia. Być może mentalnie troszeczkę to przesada, bo nie można tak podchodzić do sprawy. Nie bardzo byłem zainteresowany tamtym rejonem. Zawsze zniechęcały mnie szczepienia, przygotowania długie do wyjazdu. Oczywiście także ruchy terrorystyczno – plemienne.
A. Janik przyznaje, że do wielu krajów wracał po latach. Obserwował wówczas olbrzymie zmiany wizualne w miejscach, gdzie był jeszcze kilka lat temu.
-O dużych zmianach w Polsce mówią przyjeżdżający do naszego kraju – mówi A. Janik. Nie musi to być 10 czy 20 lat. Wystarczy, że ktoś u nas nie był przez ostatnie 5 lat. Na ogół to są zdecydowanie pozytywne zmiany wizualne.
Choć obserwujemy także zmiany negatywne. Choćby to, że byliśmy krajem o wysoko jakościowych artykułach spożywczych. Polska była znana z tego na całym świecie. Niestety, to się zmienia. Nie jest jednak źle jeżeli chodzi o pielęgnowanie dziedzictwa kulturowego. Najmocniej dba o to Białoruś, ale Czesi w ogóle to dziedzictwo utracili. Kiedy byłem w Pilznie, widziałem jedynie restauracje, ale z samymi hamburgerami. Miałem być tam 3 dni, spędziłem pół dnia i wyjechałem. U nas jest jeszcze wiele festiwali, ale we wschodnich krajach jak Ukraina, Białoruś i Rosja taniec oraz śpiew są wyjątkowo pielęgnowane.
Na przestrzeni lat zainteresowania turystyczne Polaków, w tym oczywiście ostrowczan, zmieniały się. Od turystyki handlowej, poprzez zarobkową, czas przyszedł na odpoczynek i rekreację. Jeszcze kilka lat temu ostrowczanie wybierali bardzo często Grecję, Turcję i Hiszpanie, zwłaszcza Wyspy Kanaryjskie oraz Chorwację, która w ostatnim czasie bardzo zdrożała. Ceny podniósł turysta niemiecki i angielski. Osoby z zasobniejszymi portfelami wybierały Azję, Dominikanę, Karaiby, Kubę, a nawet Amerykę. 
Przy tym nie sposób nie wspomnieć o niezliczonej liczbie pamiątek zagranicznych, które zdobią ściany biura Ster. We wnętrzu są setki breloczków, kubki, laleczki, czapki, kapelusze, kamienie, muszle, a nawet piasek.
-Każdy ma swoje upodobania, jak wyjeżdża kupuje magnes, kubek, breloczek, jakiś gadżet; naszą ideą, kierunkiem zawsze było budowanie społeczności – przyznaje A. Janik. Często to nasi klienci sami przywożą i nam darują pamiątki. Gdy nas odwiedzają po jakiś czasie, często dopytują, „a jest jeszcze ten mój breloczek? (śmiech), o jest”. To jest miłe. To nie tylko pamiątki przekazywane przez klientów biura, to także wiele znajomości i wielu przyjaciół.
-Nasze miasto nie jest miastem turystycznym, z turystyką zawsze mieliśmy po grudzie, choć historycznie mieliśmy duże szanse, choćby stara huta, bardzo ubolewam nad utratą takiej perełki – przyznaje A. Janik. Poprzez wyjazdy ostrowczanek, pojawiło się wiele małżeństw z cudzoziemcami. Wiele takich osób osiedla się w naszym rejonie. A Ci ludzie, często z odrębną kulturą chcą ją nadal pielęgnować. Biuro przez wiele lat organizowało takie spotkania wielokulturowe, a także biznesowe. Te spotkania ogromnie uwydatniły kontakty przyjacielskie, które się u nas zawiązały. Ci ludzie w nasze dziedzictwo kulturowe wnoszą wiele cech, zwyczajów, kulinarnych czy innych.
To nie tylko Włosi. Mamy znajomych z Indii, Nepalu, Gruzji i Afryki. Przez lata prowadzenia biura państwo Iza i Adam Janik napotykali na swojej drodze różne przeszkody i problemy. I wtedy przyszedł marzec 2020 r. Z uwagi na rozpowszechniający się koronowirus z dnia na dzień biuro Ster zostało zamknięte.
-Dziwiliśmy się temu, bo w biurze pracuje jedna, dwie osoby, przychodzi jedna osoba, bądź para lub rodzina i to wszystko – mówi A. Janik. Mieliśmy zobowiązania, pojawiła się masa telefonów, były poumawiane wyjazdy, zadatkowane. Nie wiedzieliśmy co robić. Marzec, kwiecień, maj zero dochodów, tylko koszty. Otrzymaliśmy z tarczy 5 tys. zł. i 2,8 zł. Wówczas było też zwolnienie z ZUS. Jakoś przetrwaliśmy. Praca zarobkowa także stanęła. Całkowity paraliż. W wakacje było troszkę lepiej. Rok 2021 również uważamy, że będzie stracony. Budżet planuje się wcześniej. W turystyce będzie to najpóźniejszy powrót do normalności. Czekamy i wierzymy, że dużo niezorganizowanych logistycznie spraw i czasami nie trzymających się spójności może zniknie. I nastąpi powrót, może w innej formie, ale powrót do normalności. Ludzie mówią, mamy dość tego zamknięcia, chcemy gdzieś wyruszyć…

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *